Tag Archive for wolny rynek

Google nie płaciło podatków w W. Brytanii – co to znaczy dla nas?

doodle

Press.pl: „Barney Jones, były dyrektor brytyjskiego oddziału Google, oskarżył swojego dawnego pracodawcę o to, że zyski wygenerowane w Wielkiej Brytanii przepuszcza przez oddziały w Irlandii, a następnie przelewa do raju podatkowego na Bermudach.”

Co taka informacja znaczy dla Polski? Bardzo dużo, bo po raz kolejny potwierdza, że obecność zagranicznych koncernów na polskim rynku nie jest zbyt korzystna. Od roku 1989 zagraniczne inwestycje to był termin, który utożsamialiśmy z rozwiązaniem wszystkich problemów. Zagranicznych inwestor miał znaczyć lepsze technologie, utrzymanie miejsc pracy, rozwój gospodarki. Rzeczywistość weryfikuje te oczekiwania. Utrzymanie miejsc pracy tylko na jakiś czas, lepsze technologie czasami tak, czasami nie. Bardzo często chodziło tylko o to, żeby wejść na nasz rynek z produktem z rodzimego kraju koncernu usuwając polską konkurencję. W przypadku rynku chemii gospodarczej dziś wiemy, że niemieckim firmom chodziło o zalanie polskiego rynku proszkami i płynami, które chociaż nazywają się tak samo jak niemieckie odpowiedniki, są dużo gorszej jakości. Dlatego tak wielu konsumentów albo kupuje na bazarach oryginalną chemię sprowadzaną z Niemiec, albo odkrywa na nowo polskie produkty firm, które pozostały w polskich rękach i jednocześnie dużo lepiej dbają od jakość (np.: Biały Jeleń).

Zagraniczne koncerny na rynku to przede wszystkim unikanie podatków (efekt „jazdy na gapę” jak nazywają to ekonomiści). Te wielkie firmy korzystając z infrastruktury, do której dorzucają się podatnicy w Polsce (drogi, Policja, infrastruktura komunikacyjna, utrzymanie zieleni) stosują mnóstwo trików, które pozwalają im wyprowadzać dochody bez opodatkowania albo do firm matek w rodzimych krajach, albo do rajów podatkowych. I tak na przykład zagraniczna firma kurierska działająca w Polsce płaci mniej na utrzymanie dróg w naszym kraju niż Jan Kowalski, który po tych drogach jeździ mniej.

Zagraniczni inwestorzy czasami czują trend rodzącego się w Polsce patriotyzmu gospodarczego i szczególnie mocno podkreślają, jakimi są polskimi patriotami. Temu służą wykupione znaki Teraz Polska wiszące na sklepach niemieckiej sieci Lidl, czy kampania „My Polacy tak mamy…” w należącej do portugalskiej rodziny sieci Biedronka. Jest w tym drugie dno, bo nawet jeżeli w tych sieciach są polskie produkty, to czy dostawcy polscy nie muszą bardziej ustępować, żeby umieścić swoje produkty niż dostawcy z rodzimego kraju sieci? Nie istniejąca już na naszym rynku sieć hipermarketów reklamowała się kiedyś hasłem „30% produktów polskich”. Pytanie, ile procent obrotów tej sieci (w PLN) stanowiło te 30% polskich produktów i ile z tego mieli dostawcy?

Czasami zagraniczne inwestycje są wprost działaniem wrogim. Tak było w przypadku wielu polskich browarów, które kupiono tylko po to, żeby je zamknąć. Tak obecnie jest z próbą przejęcia największych zakładów chemicznych w Polsce przez spółki rosyjskie. W tym drugim przypadku chodzi o uzależnienie polskiej gospodarki od dostaw gazu z Rosji oraz przejęcie kilku ciekawych patentów.

Czy można coś z tym zrobić? Po pierwsze musimy wymagać od rządzących, żeby chcieli i umieli walczyć z wykorzystywaniem nas przez koncerny. I rozliczać ich z tego przy urnach wyborczych. A między wyborami możemy sami kierować się na zakupach patriotyzmem konsumenckim wybierając produkty i usługi firm z polskim kapitałem.

P.S. Według badania Megapanel serwisy Grupy Google są od wielu lat liderem w Polsce pod względem liczby odwiedzających jej osób.

Zabetonowany rynek prasy regionalnej w Polsce

mapa1

W marcu 2013 dokonała się fuzja prasy regionalnej w Polsce. Należąca do do niemieckiej Verlagsgruppe Passau spółka córka Polskapresse kupiła 100% udziałów w Mediach Regionalnych (dotychczas należących do brytyjskiego Mecomu). W ten sposób powstaje koncern, który skupi prawie całą prasę regionalną oraz około setki portali lokalnych w jednym ręku. W ten sposób rynek prasy regionalnej został praktycznie zabetonowany niemieckim betonem. W komentarzach na temat tej transakcji możemy znaleźć wiele informacji o biznesowej stronie, czyli o nowych możliwościach, które zyskuje Polskapresse i idealnym uzupełnianiu się dwóch dotąd odrębnych organizmów. Komentarze te taktownie utrzymywane są w ramach przekonania, że „kapitał nie ma ojczyzny”.

Kapitał może i ojczyzny nie ma, ale właściciele kapitału już tak. A właściciele Polskapresse są Niemcami i ten fakt należy rozważyć. W tej chwili o tym co pisze się o Polsce wojewódzkiej i powiatowej będzie decydował w całości ktoś w Niemczech. Nie będzie oczywiście jawnych instrukcji ani zaleceń. Istnieje jednak w pracy dziennikarzy coś jak autocenzura. Ilu z nich zawaha się, gdy trzeba będzie drążyć sprawę uchybień w zakładzie należącym do jakiegoś niemieckiego koncernu?

Ile z nich będzie bało się chwalić niemieckosceptycznych polityków polskich lub ilu zacznie na wszelki wypadek promować polityków niemieckoentuzjastycznych? Pamiętajmy, że obecnie samorządy mają bardzo duże znaczenie w organizacji życia i gospodarki. Rozdzielają duże środki unijne, wyłaniają wykonawców dużych kontraktów. Do tych przetargów bardzo często przystępują firmy z Niemiec. Niemieckie prawo skarbowe pozwala odpisać od podatku duże kwoty wydane na tzw. fundusz reprezentacyjny o ile zostały wydane za granicą (w praktyce chodzi o dane za granicą łapówki). Pracy naszych samorządów głównie przyglądają się gazety regionalne, które obecnie należą do niemieckiego koncernu.

Sama obecność obcych koncernów w naszej gospodarce nie przeszkadza mi. Wprowadzają element rywalizacji, który służy potem konsumentom, w przypadku gazet: czytelnikom. W przypadku mediów, które pełnią rolę IV władzy służy to również wszystkim obywatelom, czyli również tym nieczytającym. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z powstaniem monopolu na rynku gazet regionalnych. A monopole nie służą poprawie jakości usług, wręcz przeciwnie. Monopole zawyżają ceny i obniżają jakość usług. Dlatego czułbym się dużo lepiej, gdyby w Polsce na poziomie wojewódzkim i powiatowym obok Polskapresse działały też rodzime media o tym samym zasięgu. A takich nie ma lub są bardzo niszowe. Tam gdzie jednak powstają dużo zależy od nas, zwykłych ludzi, bo to my wybieramy po jakie medium sięgniemy.

 

Jednolity patent europejski szkodzi polskim firmom! Wyślij petycję.

czerwony telefon

Trwają rozmowy dotyczące przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do jednolitego patentu europejskiego. Wszystko wskazuje na to, że byłaby to szkodliwa dla Polski umowa. Według rzeczników patentowych, PKPP Lewiatan, Business Centre Club, Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, NSZZ „Solidarność” oraz licznej grupy naukowców jednolity patent będzie faworyzował międzynarodowe koncerny i postawi w dużo gorszej pozycji polskie firmy. Stanie się tak, bo zgłoszenia patentu można dokonać w języku angielskim, niemieckim lub francuskim. Więc koszty tłumaczeń będą trudne do udźwignięcia dla mniej zamożnych polskich firm. Patent zgłoszony gdziekolwiek w Europie ma automatycznie obowiązywać we wszystkich państwach, które przystąpią do porozumienia. W związku z tym każda firma, zanim zacznie produkcję nawet tylko na polski rynek, będzie musiała zainwestować w przeszukanie tysięcy dokumentów, by sprawdzić, czy dane rozwiązanie nie zostało już opatentowane w innym kraju.

„Czeka nas czwarty rozbiór Polski. Tym razem dokonany na naszej gospodarce”  – tak skomentowała możliwość przystąpienia do jednolitego patentu europejskiego Anna Korbela, prezes Izby Rzeczników Patentowych.

Spróbujmy to zatrzymać! Czasami masowy sprzeciw „otrzeźwia” trochę polityków. Wyślij proszę poniższą petycję do Ministra Administracji i Cyfryzacji oraz do Premiera RP Donalda Tuska. To w ich rękach leży możliwość przystąpienia lub nie do jednolitego patentu.

Podaj swoje imię i nazwisko oraz adres email, następnie kliknij „Wyślij”.

STOP jednolitemu patentowi europejskiemu

406 signatures

Poleć petycję znajomym

 

Sprzedaż Onetu a sprawa polska.

Onet.pl w 2000

Stało się: niemiecko-szwajcarski Ringier Springer Media  kupił od TVN portal Onet.pl. Za 956 mln złotych stał się właścicielem 75% akcji. Oznacza to, że jeden z głównych graczy w polskim internecie i jeden z nielicznych wśród czołowej dziesiątki, który jeszcze należał do polskiego kapitału przechodzi w obce ręce. Inna sprawa, że gdyby pozostał w ręku TVN to też przestałby być polskim, bo koncern telewizyjny przechodzi w ręce francuskiego Vivendi (Canal+).

Należy się liczyć z tym, że w związku z tym część podatków powędruje zagranicę i na pewno cały zysk. W przypadku takiej branży jak media sprawa jest o tyle istotna, że nie chodzi tylko o pieniądze, ale o wpływ na nasze zbiorowe wyobrażenia. Czy dziennikarz zatrudniony w gazecie, radiu, TV czy portalu należącym do niemieckiego właściciela nie zastosuje samoograniczenia w dociekliwości w sprawie np.: wykorzystywania pracowników w niemieckiej sieci sklepów działającej w Polsce? Mam nadzieję, że nie, ale jestem przekonany, że w mediach tych, często przeczytamy/usłyszymy, że kapitał nie ma ojczyzny, że obcy kapitał inwestujący w Polsce to same dobrodziejstwa, a patriotyzm to przestarzała idea, która musi ustąpił przed prawem do nieograniczonej konsumpcji. Na Onet.pl co miesiąc wchodzi 70% polskich internautów – to potężne narzędzie, które między wierszami tysiąca informacji dziennie wskazuje nam co jest fajne, a co wypada taktownie wyśmiać.

Powyżej opisany mechanizm uważam za normalny – nie zamierzam z nim walczyć. Chodzi jednak o to, że pozostawanie części gospodarki w rękach narodowych to najlepszy mechanizm zabezpieczający demokrację przed zakusami wielkich koncernów, które na dłuższą metę ideę demokracji wypaczają i wykorzystują tylko do pomnażania zysków kilku osób na szczycie. Należy pamiętać, że kupiła go firma, która w Polsce posiada już jedną z najczęściej czytanych gazet codzinnych: Fakt, tygodnik opinii Newsweek,  Forbes’a oraz kilka pomniejszych portali tematycznych. Nasz umysł działa tak, że jeżeli usłyszymy jakąś informację raz to nie koniecznie jej ulegamy, ale już powtórzenie w niezależnym źródle uprawomocnia wiadomość. Ilu odbiorców informacyjnej papki czytając coś w Newsweeku i na Onecie jednocześnie będzie wiedziało, że to nie są niezależne źródła informacji? Jest to w pewien sposób zagrożenie dla pluralizmu.

Rozwój mediów internetowych ciągle postępuje. Chociaż nadal nie zarabiają one tak dużo, jak telewizje to jednak wielu analityków oczekuje, że w najbliższym czasie nastąpi tu duża zmiana. Na zakończenie pozostaje pytanie, dlaczego rodziny założycieli Grupy ITI sprzedali Onet.pl? Ano musieli! Sukces tej spółki został opłacony z kredytów, które w końcu trzeba spłacić. Niestety nie udało się stworzyć polskiego koncernu, który reprezentowałby naszą gospodarkę na arenie światowych mediów. Została stworzona silna telewizja, która będzie francuska (ciekawe, czy Canal+ w ogóle pozwoli na zachowanie marki TVN) oraz duży portal, który w naszym kraju będzie reprezentował interesy niemiecko-szwajcarskiego koncernu.

Kto trzyma IV władzę?

print

Media to IV władza – przyjmijmy to stwierdzenie jako prawdziwe, a będziemy musieli przyznać, że rządzą nami obcokrajowcy. Od czasu śmierci Kazimierza Wielkiego my Polacy uparliśmy się obsadzać nasze władze przez kogoś z zewnątrz. Zwykle nie kończyło się do dla nas dobrze. Dość powiedzieć, że jeden z najlepszych nabytków zagranicznych, Władysław Jagiełło najpierw nie przyłożył się do pełnego wykorzystania owoców zwycięstwa pod Grunwaldem a potem zaniedbał możliwość odzyskania Śląska. Jego synów nie liczę, bo mam wrażenie, że byli oni już spolonizowani. A potem byli królowie elekcyjni, jeden gorszy od drugiego.

Może to historyczne dziedzictwo kazało nam w latach 90. dużą część naszej IV władzy oddać w obce ręce. W obcych rękach są rozgłośnie radiowe (w tym mająca najwięcej słuchaczy RMF), prasa (w tym zdecydowana większość dzienników regionalnych) a niedługo do rąk zagranicznego kapitału ma trafić jedna z najpopularniejszych polskich telewizji: TVN. W polskich rękach pozostaje jeszcze pewna liczba tygodników lokalnych. Większość z nich skupiona jest w Stowarzyszenie Gazet Lokalnych. Organizacja jest ostoją polskiego kapitału, chociaż taki cel nie był wysuwany na plan pierwszy i realizowany jest niejako przy okazji. Jak mówi prezes Stowarzyszenia, Dominik Księski SGL ma wspierać wydawnictwa w małych miejscowościach, a ponieważ są to podmioty zakładane przez osoby z tych miejscowości, a nie przez koncerny to przy okazji wspierają też polski kapitał. Dodaje też, że jest sens w tym, żeby polska prasa była w polskich rękach i nie tylko jest sens, ale oni (Stowarzyszenie) to robią i nie dają się przejmować.

Szansą dla zwiększenia udziału polskiego kapitału w mediach było pojawienie się Internetu. Koszty założenia biznesu internetowego (np.: lokalnego portalu informacyjnego) są dużo mniejsze niż lokalnego tygodnika drukowanego. Oczywiście ten rynek zaczęli też zagospodarowywać gracze zagraniczni tworząc sieciowe portale (np.: naszemiasto.pl kontrolowany przez należący do niemieckiego kapitału Polska Presse), ale polscy właściciele również potrafili zdobyć sobie kawałek rynku. Dobrym przykładem  jest portal trojmiasto.pl – prawdziwa potęga internetowa jednej z głównych polskich aglomeracji. W Białymstoku z kolei mamy dwa lokalne portale bialystokonline.pl oraz bstok.pl, a na Dolnym Śląsku rozwija się grupa TuPolska, z której najsilniejszy jest tuwroclaw.com. Jednak zarówno wydawcy prasowi jak i internetowi nie postrzegają polskości jako swojego dodatkowego atutu. Maciej Grzmiel prowadzący Tygodnik Tucholski i Czas Chojnic mówi, że nigdy nie odczuł, żeby to się liczyło w biznesie i przyznaje, że dla niego liczy się przede wszystkim uczciwość kontrahentów, którą nazywa, jak sam przyznaje: niepasującym do biznesu określeniem, honorem. Rozmówca w redakcji tuwroclaw.com mówi, że jeżeli ktoś z kontrahentów pyta o pochodzenie kapitału ich firmy to informują o polskości, ale nie jest to czynnik pierwszoplanowy. W podobnym tonie wypowiada się również Dominik Księski (który oprócz funkcji prezesa SGL prowadzi też tygodnik Pałuki) twierdząc, że swojej polskości tygodnik nie wykorzystuje promocyjnie co najwyżej informacyjnie i nigdy jako głównego argumentu.  Tomasz Kutkiewicz z z kolei zwraca uwagę, że pojęcie patriotyzmu (w tym również gospodarczego) ma raczej słabe przebicie w Białymstoku, ponieważ jest to konglomerat wielu kultur, podziały społeczne przebiegają raczej wg linii prawosławie – katolicyzm a nie wg polski kapitał – zagraniczny kapitał.

Jednak to czy jest to polski czy zagraniczny kapitał ma znaczenie dla użytkowników polskich: dróg, chodników, szkół, przedszkoli, ławek w parku, szpitali, przychodni, kolei i wszystkiego, co jest finansowane z podatków. Poza tym nie wiem czy dziennikarzowi pracującemu np.: dla niemieckiej redakcji nie włączy się mechanizm autocenzury, gdy przyjdzie zająć się sprawą nieuczciwych praktyk stosowanych przez firmę niemiecką na polskim rynku. Problemem polskich mediów jest być może to, co jest problemem innych gałęzi gospodarki. Zostały one wystawione na konkurencję z zachodnimi podmiotami w sytuacji, gdy za tamtymi stoją duże pieniądze i duże doświadczenie organizacyjne. Czy polskie media będą rosły w siłę zależy tak naprawdę od użytkowników informacji. Informacja sama w sobie jest wartością symboliczną, nienamacalną. Czy w ramach tej symboliki jest miejsce na biało-czerwoną tożsamość?

Prawdziwa wolność

Na kanwie artykułu Piotra Kowalczyka „Dobre, bo toskańskie”, Rzeczpospolita 11 X 2011, s. A13.

Gdy przeczytałem ten artykuł – pierwsze co mi przyszło do mojej poskolonialnej głowy to pytanie „Czy w Unii Europejskiej tak wolno?” O co chodzi? Chodzi o właśnie o wolność.

Rzymski korespondent Rzeczpospolitej napisał, że władze włoskiego miasteczka Forte dei Marmi właśnie zakazały sprzedaży w restauracjach potraw innych niż tradycyjnie włoskie lub najlepiej toskańskie. Z nadmorskiego kurortu, który co roku przyciąga setki tysiące turystów mają zniknąć lokale serwujące hamburgery, frytki, sushi, kaczkę po pekińsku, czy smażonego w głębokim oleju kurczaka. Władze miasta już wcześniej zablokowały możliwość otwierania się nowych placówek banków i firm ubezpieczeniowych, a także międzynarodowych sieci odzieżowych.

Na pierwszy rzut oka jest to skrajny przypadek braku poszanowania wolności. Na tym nie koniec. Zgodnie ze słowami polskiego dziennikarza – każdy inwestor chcący postawić w centrum Forte dei Marmi nową kamienicę musi zagwarantować, że część powierzchni najmu zarezerwuje na preferencyjnych warunkach dla lokalnych przedsiębiorców.

Ksenofobia? Zamach na wolność? Nie. Świadome korzystanie z posiadanej wolności. Wolność przejawia się bowiem tym, że jesteśmy w stanie suwerennie decydować o sobie, a nie pozwolić innym decydować za nas.

Wcześniej mieszkańcy Forte dei Marmi obserwowali jak ich lokalne butiki są wypierane przez sieciowe sklepy odzieżowe, a lokalna kuchnia zastępowana fastfoodowymi hitami sprzedaży. Nie estetyka i smak mieszkańców zostały podrażnione, ale ich portfele. W efekcie kolonizacji handlu i usług przez duże sieci ceny nieruchomości poszybowały w górę, a lokalni producenci żywności nie mieli kogo zaopatrywać. Straty ponosili miejscowi przedsiębiorcy. Do Forte przybywali turyści, ale wydawane przez nich pieniądze tylko w niewielkiej części zostawały na kontach miejscowych firm.

Decyzje podjęte przez burmistrza Umberto Buratti być może zniechęcą część turystów do przyjazdu (co jest raczej mało prawdopodobne), ale to co wydadzą na wakacjach zostanie w mieście i w mieście zostanie ponownie wydane, zamiast trafić na konta firm nie mających z miastem nic wspólnego. Myślę, że kurort odzyska także coś więcej – swoją tożsamość.

Jaka jest puenta tej historii? Wolność jest po to żeby nam służyć, a nie my po to żeby służyć (często źle pojętej) wolności. Jak widać na przykładzie Forte dei Marmi oraz kilku innych włoskich miast, które przywołuje Piotr Kowalczyk, w Unii Europejskiej nie tylko można w ten sposób korzystać z wolności, ale tak się właśnie w Unii robi. W mojej historii nie chodzi o to, żeby wszystkie miasta w Polsce promowały golonkę i pierogi, ale żeby ich władze nie miały takich defetystycznych myśli jak ja i jeśli uznają, że im się to opłaci – bez skrupułów zakazały serwowania w mieście glonów, kotletów w bułce i piwa w zielonych butelkach.

Patriotyzm ekonomiczny a wolny rynek

Wielu współczesnych publicystów uważa idee wolnego rynku za bezdyskusyjne co do zasady, do dyskusji co do szczegółów. Postulaty deregulacji są w świecie wprowadzane od lat – z różnymi skutkami. To, co nazywamy od lat 90. globalizacją, jest właściwie postępującym procesem upraszczania i ujednolicania zasad obrotu handlowego i inwestycyjnego w świecie, a więc przynajmniej w teorii, jest działaniem mającym na celu budowę globalnego, wolnego rynku. Piszę „w teorii”, ponieważ jest wiele kontrowersji związanych z preferencjami, które kształt nadawany globalizacji daje pewnego rodzaju podmiotom gospodarczym, co w zasadzie przeczy idei równości i konkurencyjności podmiotów gospodarczych.

www.naludowo.pl

Po upadku żelaznej kultury, po bankructwie systemu sowieckiego nastąpiło, zwłaszcza w naszej części świata, globalizacyjne przyśpieszenie, zresztą z różnymi konsekwencjami, które warto będzie kiedyś, w osobnym wątku, opisać i przedyskutować. Natomiast w czasach kryzysu pojęcie deregulacji zaczyna wśród wielu osób budzić wątpliwości, a państwa zaczynają interweniować w obszarach, które miały być oddane tzw. prawom rynku.

Bez względu jednak na nasz stosunek wobec idei wolnego rynku i deregulacji, wszyscy dobrze wiemy, że idealny wolny rynek nie jest empirycznie możliwy, tak jak nie jest empirycznie możliwy  w pełni kontrolowany rynek. Z jednej bowiem strony pewne sfery muszą być poddane kontroli – nie jest np. możliwe, aby każdy z nas emitował swój pieniądz lub by każdy produkował broń atomową, z drugiej zaś nie da się kontrolować wszystkiego, gdyż takie próby prowadzą do powstawania czarnego rynku (tu akurat mamy duże doświadczenie – wielu z nas pamięta jak sprawy się miały ponad dwadzieścia lat temu). Gdzieś właśnie pomiędzy tymi dwoma skrajnymi niemożliwościami może sytuować się realny wolny rynek – jego rzeczywista lokacja zależy oczywiście od poglądów prawodawców, polityków,  działań lobbystów itd.

Wolny rynek to przede wszystkim daleko posunięte uwolnienie konkurencji, którą konsumenci premiują lub karzą swoimi decyzjami konsumenckimi. Według teoretyków wolnego rynku to właśnie konsumenci powinni kształtować rynek swoimi wyborami, a państwo/prawo powinno jak najszerzej umożliwić sprzedawcom i producentom usług oraz towarów konkurować jakością i ceną (oraz innymi walorami, bliżej nieokreślonymi). Rynek jest więc wolny w jakimś – mniejszym lub większym – stopniu, gdy to kupujący i sprzedający dzięki kalkulowaniu swojej opłacalności i związanymi z nią decyzjami kształtują jego formę.

Czy patriotyzm gospodarczy zakłóca funkcjonowanie wolnego rynku?

– postawienie tego pytanie wydaje się konieczne, jeśli weźmiemy pod uwagę realia współczesnego świata oraz przewodni wątek tego bloga.  Patriotyzm ekonomiczny – jak wskazywałem – to patriotyzm konsumencki + patriotyzm gospodarczy.

Patriotyzm konsumencki w żaden sposób nie koliduje z ideą wolnego rynku, ponieważ jest wyrazem woli konsumentów, na którą rynek musi reagować. Naturalnie, wyklucza bądź stawia w gorszej pozycji niektóre podmioty gospodarcze, to jednak o niczym nie decyduje. W świecie pozbawionym patriotyzmu konsumenckiego wiele podmiotów również jest w naturalny sposób w gorszej pozycji od innych.  Moglibyśmy dla przykładu twierdzić, że geografia koliduje z wolnym rynkiem, ponieważ firmy fińskie nie są w stanie wyprodukować bananów, które konkurowałyby z bananami wyprodukowanymi w Ameryce Południowej. Podobne przykłady, sprowadzające obiekcje wobec patriotyzmu konsumenckiego do absurdu, można by  - jak widać – podawać w wielu wariantach, nie tylko w geograficznym.

folkownia.pl

Mówienie więc, że patriotyzm konsumencki szkodzi wolnemu rynkowi przypomina argumentację, że bycie Eskimosem szkodzi wolnemu rynkowi, ponieważ Eskimosi niepotrzebnie koncentrują się na zakupie ciepłej odzieży, zamiast kupować również stroje kąpielowe i leżaki do opalania. Eskimosi kupują to, co wydaje się im potrzebne, co opłaca im się kupować, podobnie jak osoby, które kierują się w wyborach patriotyzmem konsumenckim.

Patriotyzm gospodarczy – czyli druga strona medalu – wydaje się być mniej koherentny z ideą wolnego rynku. Wszak potencjalnie wchodzą w jego zakres decyzje osób publicznych – urzędników i polityków. Jednak decyzje tych osób również powinny się kierować kryterium opłacalności oraz dodatkowo kryterium woli suwerena, czyli obywateli.  Nie ma więc powodu, aby sądzić że istnieje jakaś fundamentalna sprzeczność między opłacalnością, kalkulacją decydentów a wolnym rynkiem.

Dołączanie czynnika patriotyzmu przy decyzjach ekonomicznych nie przeczy więc wolnemu rynkowi, nadal bowiem wybieramy to, co jest lepsze, bez względu na to, czy dotyczy to produktów/usług z naszego kraju czy z zewnątrz.

Zresztą problem konkurencji można uzupełnić o wyższy poziom. Tak jak konkurują jednostki i firmy, tak też konkurują państwa i regiony. W naszym interesie jest, aby nasze państwo wypadało w tej konkurencji jak najlepiej. Kierując się tu ideą deregulacji powinniśmy więc wymagać, aby nikt i nic nie ograniczał naszego państwa w decyzjach ekonomicznych, które podejmuje ono w interesie swoich obywateli.

pap.pl

pap.pl

Takie podejście do zagadnienia decyzji prowadzi do fundamentalnego pytania: czy nie moglibyśmy potraktować własnego państwa jako wielkiej firmy, w której każdy z nas ma udziały i którego rządy mają zadanie pracować nad tym, aby udziałowcy (obywatele) mieli jak największe zyski? Jeśli odpowiemy na to pytanie pozytywnie, to patriotyzm ekonomiczny nie tylko nie wydaje się dziwny, lecz staje się najlepszą (i jedyną) strategią podnoszenia kursu naszych akcji.

Nad zagadnieniem państwa jako wspólnej firmy obywateli zastanowię się w jednym z kolejnych wpisów. Perspektywa ta wydaje się bowiem niezwykle kusząca, łącząc idee zarówno indywidualistyczne (liberalne – konkurujemy jako państwo i jako jednostki) oraz kolektywne (wspólnotowe – działamy razem).

Wolny rynek z założenia ma opierać się na woli jednostek, a więc także i grup. Skoro jednostki i grupy uważają, że opłaca im się dokonywać pewnego rodzaju wyborów, to znaczy, że odmawianie im prawa do tych wyborów byłoby niczym innym jak właśnie niszczeniem zasady wolnego rynku. Zatem pytanie o związek wolnego rynku z patriotyzmem ekonomicznym można by postawić inaczej:

 

czy w sytuacji, gdy ludzie chcą, aby ich wybory ekonomiczne pozytywnie oddziaływały na ich środowisko społeczne i państwowe, to właśnie odmowa prawa do patriotyzmu ekonomicznego nie narusza tak hołubionej przez wielu zasady konkurencji i wolności wyboru, w skrócie zwanej wolnym rynkiem?