Tag Archive for Unia Europejska

Na ile „polska” była polska prezydencja w UE?

logo polskiej prezydencji

Na wstępie odnoszę się do tytułu i spieszę donieść, że nie zamierzam tu oceniać politycznych efektów polskiej prezydencji. Chodzi mi o wymiar gospodarczy.

Wyszukiwarka Google wyrzuca 4,2 mln linków do hasła „polska prezydencja”. Prezydencja kraju w Unii Europejskiej to nie tylko możliwość większego kreowania polityki całej wspólnoty. Takie półroczne wydarzenie to również ogromna możliwość promocji kraju. Promocja ta może mieć kilka wymiarów. Miejsca (miasta/obiekty) spotkań europejskich mogą być szczególnie podkreślane, można zadbać o to, żeby przy okazji transmisji z nich pokazać ich walory turystyczne. Z prezydencją wiążą się też duże wydatki na różnego typu artykuły: spożywcze, biurowe, samochody. Te zakupione produkty służą potem tysiącom ludzi biorących udział w wydarzeniach prezydencji. Fajnie jest, gdy obcokrajowcy przyjeżdżający z tej okazji korzystają z polskich produktów. Prezydencja to wreszcie sponsorzy strategiczni.

Kropla Beskidu - produkt Coca Coli

Około 100 tys. litrów wody mineralnej zużyto w czasie polskiej prezydencji.

 Jak to rozegrano w Polsce?
Na dole strony www polskiej prezydencji widzimy 6 logotypów: Peguot, Orlen, Kropla Beskidu, Microsoft, Scania i Orange. Z szóstki tylko Orlen jest polską marką. Dla porównania (podaję za forsal.pl) na przykład sponsorami strategicznymi prezydencji niemieckiej były Audi, BMW, Mercedes – proszę zgadnąć, która z tych marek nie jest niemiecka. Z kolei prezydencja hiszpańska oparła się aż na 37 sponsorach strategicznych ale w większości lokalnych firmach.
Nie wiem jakie kryteria decydowały o wyborze sponsorów strategicznych. Być może chodziło o to kto da więcej. Wydaje mi się jednak, że „kto da więcej” może być strategią krótkookresową. W przypadku Peguota – sponsoring polegał na użyczeniu samochodów do obsługi wydarzeń. Czy nie lepiej, gdyby takim sponsorem była firma, która produkuje samochody w Polsce? Z punktu widzenia dobra ogólnego lepiej jest wspierać wizerunkowi markę, która daje w Polsce pracę i płaci przynajmniej część podatków. Dla Peguota jesteśmy tylko rynkiem zbytu – krótko mówiąc z Polski tylko wyciągają pieniądze nie dając nic w zamian.

Nie mam pojęcia dlaczego sponsorem został Orange, ale z telekomów bardziej widziałbym ostatnią polską (jeszcze) sieć komórkową, czyli Plusa. Orange to francuska spółka będąca pod kontrolą francuskiego państwa. Skąd pomysł, żeby polska prezydencja promowała państwową firmę francuską?

Prezydencja to również mnóstwo drobnych zakupów typu woda mineralna (no może „drobnych” nie jest tu dobrym słowem). Dostawcą wody w czasie naszej prezydencji byłą CocaCola. I znowu nasuwa się pytanie: czy nie lepiej, żeby zamiast CocaColi wodę mineralną dostarczał któryś z rodzimych producentów? Mamy takich, którzy produkują równie dobre jak nie lepsze wody mineralne.

Bardzo źle jest, gdy firmy polskie nie mogą liczyć na swoje instytucje publiczne w promocji swoich marek. Szkoda, że to ważne i tak rzadkie wydarzenie jak prezydencja nie zostało wykorzystane do wsparcia polskich przedsiębiorców.

Europa dwóch… jakości

ariel

Przyjmuję, że pojęcie Europy dwóch prędkości jest znane czytelnikowi. Zjawisko wskazywane jest jako jedno z zagrożeń jedności europejskiej a chodzi w nim mniej więcej o podział krajów na lepsze i gorsze. Słyszałem czasami opinie, że jedność europejska jest już faktem gospodarczym, bo wielkiem korporacjom wszystko jedno gdzie produkują (liczy się tylko renotowność) i we wszystkich krajach sprzedają takie same produkty. Polacy podróżujący po Europie fascynują się tym, że gdzie by nie pojechali to mogą zrobić zakupy w sklepach tych samych sieci, których sklepy są również obecne w Polsce (zwykle nie zwracamy uwagi na to, że żadna z tych sieci nie ma siedziby w Polsce). Gdzie by nie pojechali mogą nabyć te same produkty, które można kupić w kraju.

Jednak Polacy, których obecność w krajach Europy można określić jako pobyt dłuższy czasami przekonują się, że proszek niemieckiej firmy sprzedawany pod tą samą nazwą i w tym samym opakowaniu i w Niemczech i w Polsce ma inne właściwości piorące w zależności czy został wyprodukowny na potrzeby rynku po wschodniej lub zachodniej stronie Odry. Ten produkowany na rynek niemiecki jest po prostu lepszy. Stąd czasami można spotkać na bazarach osoby handlujące proszkami, płynami do płukania czy czekoladami. Niewtajemniczonym może to wydawać się dosyć dziwne, bo towary na pierwszy rzut oka dostępne są w każdym super i hipermarkecie w kraju. A jednak znajdują nabywców, bo ludzie wiedzą, że Ariel produkowany dla Polski jest mniej bielotwórczy niż ten produkowany dla Niemców.

Temat podwójnych standardów poruszany jest na forach internetowych. Na przykład Sandula pisze:

„Przykro to mówić, ale duże koncerny oszukują polskiego klienta. A klient się daje. Zresztą wystarczy rzucić okiem na tłumaczenia ( najczęściej z tyłu produktu, gdzie tłumaczony jest skład i sposób użytkowania ) do jakich krajów idzie dany produkt : zauważcie ,ze jesteśmy najczęściej w „pakiecie” z Słowacją, Czechami czy Węgrami – wniosek z tego prosty to co idzie na Europę Środkowo –Wschodnią jest gorszej jakości … i mogą nas robić w bambuko. Niemcy, Francja czy

Podejrzany Proszek A.

anglia najczęściej są razem w „pakiecie” i ten sam produkt który idzie na te kraje jest zupełnie inny bo w tych krajach jest dużo większa świadomość konsumentów i nikt sobie na żadne oszustwa nie może pozwolić ! Niech by tylko jakiś niemiec poczuł się oszukany – taki producent z miejsca by stracił renomę i wylądował przed sadem. A my jak te baranki kupujemy co dają, płacąc często te same, albo większe pieniądze  … Smutne!” (źródło).

Inny internauta pisze:

„sa rozne wersje jakosciowe tych samych produktow. Na rynki, gdzie jest mocne
prawo konsumenta, i gdzie ludzie sa w stanie zaplacic wiecej ida wersje wykonane
z lepszych komponentow. Byly zdaje sie 3 rozne normy, z czego np. Polska miala
ta srodkowa, a Szwecja i Niemcy najwyzsza jakosc. On staral sie kupowac sprzet z
hurtowni w Niemczech, bo mniej sie psul i byl ladniej wykonczony (nie bylo
niepasujacych kantow itd)” (źródło).

W ostatniej wypowiedzi pada ważna sugestia: uczciwość koncernów wobec konsumentów zależy od tego czy prawo w danym państwie jest sprawnie respektowane (same posiadanie przepisów jeszcze nic nie daje – potrzebne są struktury, urzędy i dobra kadra, żeby wymuszać ich przestrzeganie).

Chemia to nie jedyny segment produktów, który podlega podwójnym standardom. Jakiś czas temu wyszło na jaw, że firma Gerber do słoiczków z jedzeniem dla dzieci dodaje mięso oddzielone mechanicznie (zmielone ścięgna, włókna, błony). Firma Nestle odpowiadając na pytania konsumentów nowomową, w której na wszystkie sposoby odmienia się zwrot „najwyższa jakość naszych produktów”. Sprawą zajmowała się przez krótki czas Gazeta Wyborcza i jak wtedy ustaliła do produktów tego samego typu we Francji i Niemczech nie dodaje się mięsa oddzielonego mechanicznie.

Wynika z tego, że wybierając polską chemię czy jedzenie nie tylko wspieramy własną gospodarkę, ale też chronimy się przed robieniem w balona. Jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że dotyczy to również ubrań, RTV i kont bankowych.

Prawdziwa wolność

Na kanwie artykułu Piotra Kowalczyka „Dobre, bo toskańskie”, Rzeczpospolita 11 X 2011, s. A13.

Gdy przeczytałem ten artykuł – pierwsze co mi przyszło do mojej poskolonialnej głowy to pytanie „Czy w Unii Europejskiej tak wolno?” O co chodzi? Chodzi o właśnie o wolność.

Rzymski korespondent Rzeczpospolitej napisał, że władze włoskiego miasteczka Forte dei Marmi właśnie zakazały sprzedaży w restauracjach potraw innych niż tradycyjnie włoskie lub najlepiej toskańskie. Z nadmorskiego kurortu, który co roku przyciąga setki tysiące turystów mają zniknąć lokale serwujące hamburgery, frytki, sushi, kaczkę po pekińsku, czy smażonego w głębokim oleju kurczaka. Władze miasta już wcześniej zablokowały możliwość otwierania się nowych placówek banków i firm ubezpieczeniowych, a także międzynarodowych sieci odzieżowych.

Na pierwszy rzut oka jest to skrajny przypadek braku poszanowania wolności. Na tym nie koniec. Zgodnie ze słowami polskiego dziennikarza – każdy inwestor chcący postawić w centrum Forte dei Marmi nową kamienicę musi zagwarantować, że część powierzchni najmu zarezerwuje na preferencyjnych warunkach dla lokalnych przedsiębiorców.

Ksenofobia? Zamach na wolność? Nie. Świadome korzystanie z posiadanej wolności. Wolność przejawia się bowiem tym, że jesteśmy w stanie suwerennie decydować o sobie, a nie pozwolić innym decydować za nas.

Wcześniej mieszkańcy Forte dei Marmi obserwowali jak ich lokalne butiki są wypierane przez sieciowe sklepy odzieżowe, a lokalna kuchnia zastępowana fastfoodowymi hitami sprzedaży. Nie estetyka i smak mieszkańców zostały podrażnione, ale ich portfele. W efekcie kolonizacji handlu i usług przez duże sieci ceny nieruchomości poszybowały w górę, a lokalni producenci żywności nie mieli kogo zaopatrywać. Straty ponosili miejscowi przedsiębiorcy. Do Forte przybywali turyści, ale wydawane przez nich pieniądze tylko w niewielkiej części zostawały na kontach miejscowych firm.

Decyzje podjęte przez burmistrza Umberto Buratti być może zniechęcą część turystów do przyjazdu (co jest raczej mało prawdopodobne), ale to co wydadzą na wakacjach zostanie w mieście i w mieście zostanie ponownie wydane, zamiast trafić na konta firm nie mających z miastem nic wspólnego. Myślę, że kurort odzyska także coś więcej – swoją tożsamość.

Jaka jest puenta tej historii? Wolność jest po to żeby nam służyć, a nie my po to żeby służyć (często źle pojętej) wolności. Jak widać na przykładzie Forte dei Marmi oraz kilku innych włoskich miast, które przywołuje Piotr Kowalczyk, w Unii Europejskiej nie tylko można w ten sposób korzystać z wolności, ale tak się właśnie w Unii robi. W mojej historii nie chodzi o to, żeby wszystkie miasta w Polsce promowały golonkę i pierogi, ale żeby ich władze nie miały takich defetystycznych myśli jak ja i jeśli uznają, że im się to opłaci – bez skrupułów zakazały serwowania w mieście glonów, kotletów w bułce i piwa w zielonych butelkach.