Tag Archive for patriotyzm gospodarczy

Patriotyzm ekonomiczny młodego konsumenta (cz I.)

Grafika2

Przedstawiamy pierwszą część pracy badawczej przesłanej PatriotyzmowiEkonomicznemu.pl do publikacji przez młodego badacza Roberta Stempkowskiego.

——————————————————————————————————————————
1. Wstęp

Tematem pracy jest zbadanie świadomość uczniów w wieku 15 lat – 17 lat szkoły gimnazjalnej oraz licealnej z zakresu patriotyzmu ekonomicznego ze szczególnym uwzględnieniem patriotyzmu konsumenckiego oraz wpływ wyborów, jakie młodzi konsumenci dokonują podczas zakupów, na rozwój i funkcjonowanie gospodarki polskiej. Jeśli młodzież będzie przyswajała tę wiedzę od najmłodszych lat to w przyszłości poprzez podejmowanie właściwych decyzji konsumenckich przyczyni się do realnego wzrostu gospodarczego Polski.

Inspiracja do przedstawienia młodzieży metod i założeń patriotyzmu ekonomicznego, mająca na celu zwiększeniem ich chęci do kupowania polskich produktów, zaczerpnięta została ze stron internetowych 590x.pl – „Gospodarka, polskie produkty i kapitał, jak wpływają na nasze życie i dobrobyt” oraz inicjatywa Polski Ślad – „pokazująca szeroki wachlarz korzyści płynący z postaw patriotyzmu ekonomicznego wśród konsumentów i przedsiębiorców”.

W prezentacji przygotowanej do zajęć zostały porównane, sprawdzone produkty, kupowane przez młodzież, najczęściej za swoje kieszonkowe, tj. słodycze, napoje, przekąski, które są sprzedawane w sklepie m.in. Stempkowski_Robert_Grafika1POLOmarket. Wiedza i świadomość wyboru polskiego produktu lub polskiej firmy została sprawdzona u młodzieży przed przedstawieniem prezentacji w formie krótkiej ankiety nazwanej „PRZED” oraz po zaprezentowaniu tematu ankiety nazwanej „PO”.

Read more

W kryzysie kapitał wraca na swój bazowy rynek

zielonawyspa

Czy w Polsce żyje się dobrze? Zależy jaki punkt odniesienia przyjmiemy. Z punktu widzenia mieszkańca afrykańskiego Czadu, w którym codziennym problemem jest zdobycie wody i jedzenia, Polska jest krajem dobrobytu. Z kolei jeżeli porównamy się do naszego bezpośredniego, zachodniego sąsiada jesteśmy krajem biednym, w którym marnuje się wiele ludzkiej energii poprzez biedę, bezrobocie i coraz gorszy system edukacji. Jestem daleki od fatalizmu i uważam, że w Polsce jest dobrze. Jednak wyznaję zasadę, że kto stoi w miejscu ten się cofa i dlatego za naturalne uznaję dążenie do poprawiania bytu ekonomicznego obywateli Rzeczypospolitej.

Jednym z kierunków wzrostu dobrobytu może być kształtowanie się wśród Polaków postawy patriotyzmu gospodarczego i konsumenckiego. Patriotyzm gospodarczy to odpowiednia polityka państwa sprzyjająca przedsiębiorstwom z rodzimym kapitałem. Mimo wielu wiążących umów międzynarodowych, szczególnie w Unii Europejskiej, jest to możliwe. Wiedzą o tym przedsiębiorcy w Niemczech, których rząd aktywnie wspiera „swoich”. Polscy przedsiębiorcy nie bardzo mogą liczyć na poparcie swoich władz. Może to zmieni się. Niebagatelna w tym rola mediów, które swoją narracją mogą ukierunkować zmiany społeczne i gospodarcze.

Ostatnio z dużą satysfakcją zauważyłem, że temat patriotyzmu gospodarczego wreszcie zaczął być dostrzegany przez polskich dziennikarzy. W Dzienniku Gazecie Prawnej możemy zobaczyć w tytule: „Ciemna strona polskiej gospodarki: Obce koncerny miały w 2013 roku 16,1 mld euro dochodu”. Autor przytacza opinię:

„Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ, mówi, że duże wypłaty dla zagranicy nie powinny dziwić przy takim stanie gospodarki, w jakim była ona w ubiegłym roku. – W czasie spowolnienia mało kto inwestuje. Poza tym ostatni kryzys dość wyraźnie pokazał, że kapitał ma jakiś paszport i wraca na swój bazowy rynek, gdy dzieje się na nim źle – dodaje ekonomista”.

Po latach lansowania tezy, że kapitał nie ma ojczyzny polscy ekonomiści zaczynają więc mówić do rzeczy. Dla ścisłości dodajmy, że kapitał z BGŻ wraca na rynek holenderski, ponieważ tam mieści się siedziba Rabobanku, który jest właścicielem BGŻ.

W miesięczniku UważamRze pojawił się artykuł „Problem krajowy brutto”, w którym autor przedstawia w przystępny sposób różnicę między wskaźnikami: produkt narodowy brutto i produkt krajowy brutto. Ten drugi został w Polsce wprowadzony w 1990 roku. Jak zauważa autor zysk niemieckiej firmy operującej w Polsce (np.: Lidla) zwiększa PKB, ale nie zwiększa PNB. Kiedy zatem cieszymy się ze wzrostu polskiego PKB (i np.: nazywamy Polskę „zieloną wyspą”) pamiętajmy, że istotna część tego PKB to zyski i dochody zagranicznych koncernów, które nie przyczyniają się do wzrostu zamożności Polaków.

Takie publikacje w mediach można poczytywać za oznakę dobrych zmian, ale te zmiany nie odbędą się same. Potrzebne są zorganizowane działania zarówno odgórne (rządowe/parlamentarne) jak i oddolne. Jeżeli nam Polakom nie będzie zależało, żeby nasze rodzime firmy wzrastały to ani UE, ani Opatrzność za nas tego nie zrobią.

Prezes PESA zarzuca politykom, że nie pomagają przedsiębiorcom

portalkujawski

Na PortaluKujawskim.pl znajdujemy ciekawy artykuł, który stanowi egzemplifikację szerszego problemu. Jest to problem tak zwanego patriotyzmu gospodarczego, który stanowi istotną część patriotyzmu ekonomicznego – a więc problem współpracy rządzących i instytucji publicznych z polskim biznesem (szczegóły terminologiczne można znaleźć tutaj).

Za zgodą Portalu Kujawskiego przedrukowujemy cały artykuł, a następnie dodajemy krótkie podsumowanie.

 

W dodatku biznesowym do ogólnopolskiego wydania Gazety Wyborczej ukazał się wywiad z Tomaszem Zaboklickim, właścicielem jednej z najprężniejszych firm w naszym regionie – PESA Bydgoszcz.

W wywiadzie prezes Tomasz Zaboklicki dziwi się, że przy zakupie nowoczesnych pociągów Pendolino od włoskiej firmy Fiat Ferroviana, PKP nie zadbało, aby część wartości zamówienia trafiła do polskich firm.

Będziemy mieli w Polsce włoskie Pendolino, ale widzieli państwo, aby ktoś z władz walczył, żeby w tych pociągach były jakieś polskie urządzenia, polskie elementy? Wydajemy 2,7 mld zł i jest nam to obojętne! – wypowiada się w Gazecie Wyborczej Zaboklicki, który zaznacza, że w przypadku państw zachodnich politycy dbają o interesy swojego przemysłu – Mało brakowało, a do umowy z Deutsche Bahn by nie doszło. Niemieccy związkowcy podnieśli bunt: „Jak to, jakaś nieznana firma z Polski będzie robić nam pociągi? Zabiorą nam pracę. Nie pozwolimy!”.

Grozili strajkiem, jeżeli wygracie – czytamy w wywiadzie. Efektem tych strajków było porozumienie, na mocy którego PESA zdecydowała się wykorzystać w produkowanych dla Deutsche Bahn podzespoły wyprodukowane przez niemieckie firmy.

Niedawno wygraliśmy przetarg na budowę pociągów dla Czechów. I co się dzieje? Przyjechał do nas, do Bydgoszczy ambasador Czech w Polsce z sześcioma firmami czeskimi, prosząc, abyśmy coś od tych firm kupili do tego czeskiego kontraktu. Prosił sam ambasador. Nie jakiś pracownik placówki dyplomatycznej czy niższej rangi urzędnik. On się nie wstydził – przedstawia jeden z przykładów Tomasz Zaboklicki.

W najsilniejszych europejskich gospodarkach obywatele robiąc zakupy starają się wybierać towary rodzimej produkcji. W ten sposób zyskuje zarówno budżet ich państwa, jak i więcej pieniędzy trafia do przedsiębiorców, co przekłada się na sytuację na rynku pracy. Ważne jest, abyśmy także jako Polacy się tego nauczyli.

 

 

Politycy powinni pamiętać, za czyje pieniądza pracują i dla kogo powinni pracować. My zaś jako wyborcy powinniśmy pamiętać, czyje interesy powinni reprezentować nasi politycy, i powinniśmy im to cały czas przypominać.

Jak widać w podanych przykładach, patriotyzm gospodarczy to norma w innych krajach. To musi się też stać normą w Polsce.

 

Patriotyzm gospodarczy jest na czasie

Fiat

Co jest problemem polskiej gospodarki?  Jest ich wiele, ale podstawowy sprowadza się do tego, że bardzo mało w niej… polskiej gospodarki. Od początku lat 90. rządzący z ochotą rzucili się do prywatyzowania gospodarki, która dotychczas była państwowa. W większości przypadków miało to uzasadnienie ekonomiczne, ponieważ przedsiębiorstwa ponosiły straty, były źle zarządzane i produkowały niekonkurencyjne produkty. Niestety proces ten został tak bardzo pozostawiony sam sobie, że doszło tu do wielu niekorzystnych dla budżetu Polski zjawisk, a niekiedy nawet oszustw.

Przede wszystkim sprzedawano za tanio (nie uwzględniając lub niedoszacowując takich walorów, jak cena marki – co w przypadku na przykład Wedla na pewno oznacza stratę liczoną w mln zł). W przypadku PZU dopiero zmiana rządu doprowadziło do cofnięcia bardzo niekorzystnej dla Polski prywatyzacji. Nie obyło się to bez wysokich kosztów. Trudno też zrozumieć działania obecnego rządu, który w najgorszym momencie sprzedaje przedsiębiorstwa, które przynoszą zyski!

Po drugie sprzedawano pochopnie firmy kluczowe dla gospodarki, jak chociażby banki, co spowodowało, że jesteśmy pod względem finansowym kolonią, gdyż zaledwie 15% bankowości (liczonej zasobami finansowymi banków) pozostało już w rękach rodzimego kapitału. A w bankowości nie ma sentymentów. Gdy w czasie kryzysu włoski UniCredit miał kłopoty ratował się wydrenowaniem PeKaO S.A., którego jest właścicielem. Poza tym skąd mamy pewność, że zagraniczne banki nie faworyzują, na przykład za pomocą polityki kredytowej, firm ze swojego kraju? Przesłanką do postawienia takiego pytania jest historia fabryki makaronów Malma.

Po trzecie często prywatyzowano nie prywatyzując. Telekomunikacja Polska oraz sieć Idea zostały sprzedane państwowej (francuskiej) spółce France Telekom (właściciel marki Orange). Dlaczego Francuzi swoje telekomy utrzymują w formie firm państwowych, a my musieliśmy je „sprywatyzować”? Nie ma to chyba uzasadnienia biznesowego, bo przecież sieci komórkowe w Polsce rozwijały się razem ze ścisłą czołówką europejską. Nie mieliśmy tu zaszłości, weszliśmy razem z innymi i byliśmy jednymi z najlepszych.

Z drugiej strony mamy do czynienia z szeregiem ulg podatkowych serwowanych zagranicznym koncernom w zamian za to, że raczą założyć u nas fabrykę. Dlaczego tych pieniędzy nie przeznacza się na wspieranie polskich przedsiębiorców, którzy często muszą potem walczyć z tymi zagranicznymi? Nie mówiąc o tym, że z ulg korzystają u nas zagraniczni inwestorzy z takich branż jak handel, gdzie nie powinno być w ogóle mowy o ulgach.

Chaotyczne prywatyzowanie i faworyzowanie „zagranicznych inwestorów” nie jest poparte rachunkiem ekonomicznym, nie mówiąc już o kosztach społecznych. Jest wyłącznie wynikiem politycznej ideologii. Jakaś wpływowa grupa ludzi w Polsce wierzy, że prywatyzowanie jest dobre dla gospodarki. Wierzą, że „przyciąganie zagranicznych inwestorów” jest dobre dla naszych (czy ich?) portfeli.

Nietrudno dopatrzyć się w tym przeświadczeniu jakiegoś cienia PRL-u. Wtedy „zachodni produkt” z automatu oznaczał „lepszy produkt”. Państwowe to było niczyje i źle zarządzane. Ale PRL skończył się ponad 20 lat temu. Czas chyba zacząć myśleć kategoriami tu i teraz. A współcześnie świat powraca do patriotyzmu gospodarczego. Odczuliśmy to na własnej skórze, gdy Fiat zabrał produkcję Pandy do Włoch.

Czy polscy pracownicy pracowali gorzej od włoskich? Wręcz przeciwnie. Prezes Fiata przyznał, że decyzja nie miała uzasadnienia ekonomicznego, tylko chodziło o to, żeby dawać pracę ludziom we Włoszech. Obecnie produkcję do własnego kraju przywracają  Ford i  Apple a amerykańska sieć Walmart zobowiązuje się, do kupowania określonego % towarów na amerykańskim rynku. Niektóre kraje po prostu nigdy nie przestały był patriotyczne gospodarczo (Francja, Niemcy, Skandynawia). Warto zauważyć, że cały czas mówimy o krajach, które są od nas bogatsze i do poziomu których ciągle staramy się dobić. Ile to już lat? Może po prostu do tej pory robiliśmy to źle?

 

Prof. Rybiński o kulturowych barierach dla patriotyzmu ekonomicznego

KR

 

W najnowszym numerze „Uważam Rze” możemy znaleźć interesujący artykuł prof. Krzysztofa Rybińskiego „Jak pokonać antypolski szowinizm gospodarczy”. Autor posługuje się wprawdzie pojęciem patriotyzmu ekonomicznego, ale odnosi sie przede wszystkim do działań administracji publicznej.

(…) patriotyzm ekonomiczny to podejmowanie takich działań przez jednostki i administrację publiczną, które prowadzą do szybkiego rozwoju gospodarczego i społecznego kraju (…).

Zatem prof. Rybiński zajmuje się tym, co na łamach niniejszego bloga określamy mianem patriotyzmu gospodarczego. Mniejsza jednak o terminologię. Pierwsza część tekstu podaje przykłady różnych form patriotyzmu ekonomicznego w rozumieniu autora. O wiele bardziej ciekawa jest jednak druga część artykułu. Prof. Rybiński zwraca uwagę, że jednym z najpoważniejszych problemów, który sprawia, że idee patriotyzmu ekonomicznego nie są czymś oczywistym dla Polaków, jest istnienie w naszym kraju specyficznych norm kulturowych:

 (…) do tej pory funkcjonuje u nas kod kulturowy, zgodnie z którym ogłaszany jest wielki sukces, gdy zagraniczna firma otworzy u nas fabrykę. (…) Tymczasem taki model rozwoju powoduje, że nasz kraj staje się dawcą rąk do pracy, a dla Polaka sukcesem jest znalezienie zatrudnienia w zagranicznej firmie. Ten kod kulturowy jest zresztą tak silny, że większość studentów do tej pory marzy o karierze w obcych korporacjach.

Cała argumentacja prowadzi do dość mocnej konkluzji:

(…) polskim firmom najtrudniej walczyć z zakorzenionym w  Polsce kodem kulturowym, który gloryfikuje zagraniczne firmy. Zmiana tego kodu jest możliwa i bardzo potrzebna, szczególnie w administracji publicznej. Musimy wyplenić z naszego kraju antypolski szowinizm gospodarczy.

Z takimi tezami piszącemu te słowa trudno się nie zgodzić.

Warto też zajrzeć na blog prof. Rybińskiego, gdzie oprócz fragmentu omawianego tekstu znajdziemy komentarz de facto wpisujący tezy artykułu w problem peryferyjności systemu gospodarczego Polski.

 

Na co czeka polska rewolucja naukowo-techniczna?

Polski uczony z lubelskiego UMCS – prof. Dobiesław Nazimek – opracował technologię pozwalającą przetwarzać niechciany dwutlenek węgla w pożądane paliwo…

Tą dobrą wiadomość z weekendowego wydania Pulsu Biznesu dziennikarz zakończył zdaniem:

We wrześniu [profesor] odchodzi z uniwersytetu na emeryturę. Z pewnością pracę zaproponują mu zachodnie koncerny energetyczne.

Cały artykuł był utrzymany w tonie oburzenia, że w Polsce pomysłem naukowca nikt się nie interesuje podczas, gdy odkrycie docenia włoski koncern energetyczny ENI. Nie wiem, czy autorowi artykułu chodziło o pokiwanie polskiemu państwu palcem, czy jest to tylko kolejny przejaw defetyzmu narodowego – myślenia w kategoriach, że „Takie rzeczy mogą udać się tylko… na zachodzie”. Obie motywacje mnie kompletnie nie pociągają, więc zacząłem się zastanawiać nad odpowiedzią na istotniejsze w tym kontekście pytanie:

Co trzeba zrobić, żeby potencjał polskich naukowców skutecznie wykorzystywać w kraju?

Faktem jest, że wielu zdolnych ludzi polskiej nauki wyjeżdżało do innych państw i zrobiło tam karierę na uczelniach wyższych, w korporacjach lub we własnych firmach. Nie przypominam sobie jednak przypadku, żeby Polak, który wyemigrował w ciągu ostatnich 50 lat zdobył nagrodę Nobla lub założył firmę, która osiągnęłaby światowy sukces. W zasadzie trudno mi jest nawet sobie przypomnieć lokalny sukces polskiego naukowca za granicą, który nie byłby porównywalny z sukcesami jakie osoby wywodzące się ze świata nauki odnoszą w Polsce. Dlaczego więc „zachód” wyciąga wielu zdolnych Polaków, a ich osiągnięcia za granicą postrzegamy jako większe niż te, które osiągnęliby w Polsce? Wydaję mi się (ale jestem otwarty na dyskusję i komentarze), że różnice można sprowadzić do dwóch rzeczy.

Po pierwsze – wykorzystanie w gospodarce.

Fakt, że wyniki czyiś badań posłużyły do zwiększenia efektywności konkretnego procesu w fabrykach konkretnego koncernu, musi robić wrażenie. Mało który naukowiec w Polsce może pochwalić się podobnym osiągnięciem. Nie jest to jednak zasługa li tylko indywidualnych zdolności badacza. Pytanie jakie powinni mu zadać jego koledzy z kraju brzmi: a czy w ogóle robicie badania, które nie służą poprawie efektywności konkretnego procesu dla konkretnego koncernu? Sukcesy w wykorzystaniu w praktyce biorą się bowiem często z tego, że na inne niż „praktyczne” badania praktycznie nie sposób zdobyć finansowania! [Ojej, a co z wolnością badań naukowych? Czar prysł?]

Po drugie – wyższe zarobki.

Emigrując (w charakterze naukowców) polscy badacze mogli liczyć na kilkukrotnie większe zarobki niż w Polsce. Poziom życia osób, które na polu nauki osiągnęły sukcesy na „zachodzie” był (i nadal jest) nieosiągalny dla pracowników polskich uczelni. Z drugiej strony są to zarobki wysokie pod warunkiem, że patrzymy na nie z perspektywy naszego kraju. Faktem jest jednak, że wiele dóbr luksusowych wszędzie kosztuje X dolarów, przez co świadomość, że zarabiam tyle samo „średnich-krajowych” co kolega z uczelni w Stanach może być nie dość satysfakcjonujący.

Czy podniesienie zarobków naukowców w Polsce przyniesie rewolucję?

Niestety nie. Część zdolnych i ambitnych osób zrezygnowałaby z eksploatowania swoich talentów w przedsiębiorstwach, zostałaby na uczelniach żeby robić karierę naukową, co paradoksalnie pogorszyłoby sprawę.

Naukowcy w Polsce powinni być wynagradzani znacznie lepiej niż obecnie, ale niekoniecznie za to co obecnie robią. Większość pracowników naukowych polskich uczelni zajmuje się głównie dydaktyką. Resztę czasu zajmuje pozyskiwanie, realizacja i rozliczanie indywidualnych grantów na badania o charakterze podstawowym (nie-stosowanym). Daje to polskim naukowcom niesamowite możliwości swobodnego rozwoju, a studentom dostęp do najlepszych wykładowców. Cała machina nauki działa jednak ukierunkowana na inne cele niż przykładowe „zwiększanie efektywności procesów”. Dla tak ukierunkowanych badaczy problemy i potrzeby polskich firm wydają się być po prostu… za mało ambitne [sic!]. Tymczasem przedsiębiorstwa nie potrzebują rozwiązań, które sprawdzą się w teorii i laboratorium, ale w środowisku rzeczywistym. Tego polska nauka nie jest w stanie im dać, ponieważ przez 20 lat spychano na margines badania stosowane i prace rozwojowe. Potwierdza się „prawo Budki Suflera” [ech, jak ja nie lubię tego powiedzonka]…

…bo do tanga trzeba dwojga.

Nie można nie wyjść z wprawy w tańcu towarzyskim, jeśli nie ma się z kim tańczyć. Polscy naukowcy – jeszcze w latach 80-tych – mieli dla kogo prowadzić badania stosowane. W całym kraju działały przedsiębiorstwa, które miały swoich rzeczników patentowych i działy badawczo-rozwojowe. Byli – jacy by nie byli – partnerzy do współpracy przy wdrażaniu wyników badań w praktykę. Było dla kogo i z kim sprawdzać teorię w środowisku rzeczywistym, a nie tylko w laboratorium. Teoretycznie zmiana ustroju nie miała wpływu na świat akademicki w Polsce, zachował on przecież swoją ciągłość. Zerwaniu uległa natomiast współpraca, nie tyle z niechęci przedsiębiorstw do współpracy z uczelniami, ale z braku tych przedsiębiorstw. Podzielone, polikwidowane, zredukowane i posprzedawane firmy nie miały już ani takiego potencjału, ani potrzeby, ani [przede wszystkim] woli politycznej [tak! politycznej], żeby utrzymywać kontakty z polskimi naukowcami. Technologie przychodziły „gotowe” wraz z inwestorami, albo kupowano na nie licencje i niczego nie trzeba było już samemu wymyślać. 20 lat tak niesprzyjających warunków spustoszyło zdolności polskiej nauki do współpracy z przemysłem. Ten czas będzie bardzo trudno nadrobić. Firmy wymagają dziś innych procedur i standardów, efektywności ćwiczonej przez lata oraz elastyczności, której od niepamiętnych czasów w Polsce od ludzi nauki się po prostu nie wymagało.

To nie polski przemysł potrzebuje nauki, ale nasza nauka potrzebuje polskiego przemysłu!

Możliwość uzyskania przez polską gospodarkę skokowej, ale i trwałej przewagi na globalnym rynku zależy od odkryć naukowych. Polska nauka jest potrzebna gospodarce jako dostawca nowych technologii i rozwiązań, które pozwolą nam konkurować nie tylko tanią siłą roboczą, ale i pomysłem. Jednak jest mrzonką sądzić, że wystarczy zapłacić polskim naukowcom za prowadzenie badań stosowanych zamiast podstawowych, a w gospodarce pojawi się naraz wysyp technologicznych „kur znoszących złote jajka”. Technologie nie przynoszą zysków w próżni. Muszą mieć solidny grunt w postaci przedsiębiorstwa, które będzie zdolne ją wdrożyć i co najważniejsze wykorzystać jej potencjał. Dla większości nowych rozwiązań warunkiem przyniesienia zysków jest wcześniejsze istnienie odpowiednich warunków infrastrukturalnych lub osiągnięcie odpowiedniego poziomu rozpowszechnienia. Do stworzenia takich warunków zdolne są tylko podmioty o odpowiedniej wielkości (kapitale, udziale w rynku, potencjale produkcyjnym lub dystrybucyjnym). Muszą one też wybrać naszą technologię spośród szeregu alternatyw – np. kupna licencji na gotowe i sprawdzone rozwiązanie z bardziej dojrzałego rynku. Muszą podjąć polityczną decyzję, że inwestują w badania polskich naukowców zamiast w niemiecką, francuską lub amerykańską licencję. Wydają być może początkowo więcej pieniędzy, ale z czasem wychowują sobie rodzimy potencjał i uniezależniają się od obcego know-how. Zatem do wdrażania nowych technologii i rozwoju potencjału polskiej nauki…

…potrzebujemy silnych korporacji narodowych.

Duże przedsiębiorstwa – mające potencjał do wytworzenia, wdrożenia i wykorzystania technologii – są niezbędnym partnerem dla nauki, aby mogła ona rzeczywiście służyć rozwojowi naszej gospodarki. Nie przez przypadek uczelnią, która odnosi największe sukcesy w dziedzinie dostarczania rozwiązań dla gospodarki jest Akademia Górniczo-Hutnicza. Nie zawdzięcza ona ich wyjątkowej kadrze – na wielu uczelniach pracują wybitni naukowcy i specjaliści. AGH miało to szczęście, że przemysł górniczo-wydobywczy w Polsce nie został w pełni sprywatyzowany i uczelnia miała z kim i dla kogo pracować. Natomiast wszędzie tam, gdzie następowała atrofia polskiego przemysłu, jak np. w telekomunikacji, ulegały degradacji wybitne niegdyś ośrodki rozwojowe zajmujące się tą problematyką. Jaki interes ma nowy właściciel Telekomunikacji Polskiej – spółka kontrolowana przez francuski skarb państwa – w finansowaniu polskiej nauki zamiast swojej rodzimej? Bez polskich firm – nie będzie rozwoju i wykorzystania potencjału polskiej nauki – bo tylko polskim firmom takie inwestycje długoterminowe będą się opłacać.

Dobrą wiadomością zawartą w artykule, którzy przytaczałem na początku jest to, iż technologia opracowana przez prof. Nazimka ma być testowana w elektrowni Kozienice. Teraz dopiero okaże się, jaki ma potencjał w warunkach rzeczywistych. Najważniejsze, że ścieżki współpracy pomiędzy nauką a przemysłem zaczynają się powoli odbudowywać. Przykład profesora nie powinien być jednak wyjątkiem, ale regułą. Dużo w tym zależy od decyzji politycznych. Skoro minister może wydać polecenie i wszystkie – także notowane na giełdzie – polskie firmy z branży wydobywczej zaczynają wiercić w poszukiwaniu gazu łupkowego, dlaczego by nie ogłosić podobnych „poszukiwań” na naszych uczelniach? Akurat w branży profesora Nazimka mamy własne korporacje narodowe (na razie jeszcze dwie). Być może pomoc ENI – włoskiego odpowiednika Orlenu – nie będzie potrzebna, żebyśmy wkrótce jeździli na paliwie z dwutlenku węgla, a pan profesor dostał za swoje odkrycie nagrodę Nobla. Polska rewolucja naukowo-techniczna jest w zasięgu ręki – ale sięgnąć po nią muszą silne polskie firmy.

Polski hotel wygrywa międzynarodowy konkurs i daje dobry przykład patriotyzmu gospodarczego

Jak podaje portal Wirtualna Polska, umiejscowiony w Lidzbarku Warmińskim czterogwiazdkowy Hotel Krasicki wygrał międzynarodowy konkurs „International Best Hotel Awards”.

Informacja warta jest wspomnienia na naszym blogu z kilku powodów (nie tylko dlatego, że jest to po prostu powód do dumy):

  1. Całość rekonstrukcji zabytkowego XIV wiecznego hotelu została dokonana, jak podkreśla właściciel hotelu, przez lokalnych specjalistów: „Jury dopytywało, jacy światowi designerzy urządzali nam ten hotel. Byli zdumieni, że to lokalni architekci”. Tym samym podkreślono po raz kolejny, że wzornictwo, projektowanie i architektura to mocne strony polskiego biznesu. Cieszymy się, że inwestorzy uwierzyli w możliwości olsztyńskiego biura projektowego Państwa Dżus i im właśnie powierzyli prace nad tak poważnym przedsięwzięciem. Jest to dobry przykład patriotyzmu gospodarczego i budowy sieci współpracy biznesowej w Polsce.
  2. Ważne jest także to, że rekonstrukcji zamku dokonano tak, aby zachować elementy historii, a jednocześnie uwypuklić nowoczesność oferowanych usług. Oglądając zdjęcia dostępne w internecie, można się przekonać, że dla właścicieli obiektu historia regionalna i Polski stanowi wartość godną wspierania. Jak czytamy na stronach hotelu: „Hotel nawiązuje [...] do tradycji dworskich i spuścizny pozostawionej przez Biskupów Warmińskich – jednych z najważniejszych postaci na politycznej arenie międzynarodowej”. Jednocześnie podjęto starania, aby historia została skojarzona z obiektem niearchaicznym, ale budzącym dumę i podziw.

Podsumowując, widziałabym w Polsce więcej takich właśnie obiektów turystycznych – budzących dumę z historii, przyjaznych dla gości, wykonanych we współpracy z polskimi firmami i projektantami (chociaż może niekoniecznie wszystkie obiekty muszą być aż tak luksusowe :) ).

„Polska tradycja. Polska firma. Polski ślad”

Znalazłem ciekawy film o patriotyzmie ekonomicznym. Dzielę się nim z Czytelnikami. Widać, że nie jesteśmy sami. Wielu ludzi w Polsce zaczyna myśleć o tym, jak ulepszyć nasze życie, dzięki mądrej ekonomii.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Gaz łupkowy – fakty i mity

Bez tytułu

W odpowiedzi na mój apel z artykułu Gaz łupkowy – nadzieja czy przekleństwo? jeden z komentatorów podesłał link do bardzo interesującego filmu, w którym dowiadujemy się wielu interesujących informacji. Nie są jednak one optymistyczne, ponieważ mówią o nieklarowności w poszukiwaniu i dzieleniu zysków z gazu łupkowego w Polsce.

Jest całkiem prawdopodobne, że właśnie w tej chwili tracimy miliardy złotych właśnie z powodu braku patriotyzmu gospodarczego i wkraczamy na drogę Nigerii. Zapraszam do obejrzenia filmu i do komentowania:

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Fakty i mity o gazie łupkowym.

 

Ciekawy artykuł na ten temat można poczytać także tutaj:

Ratujmy polskie  bogactwo naturalne. 

 

Prawdziwa wolność

Na kanwie artykułu Piotra Kowalczyka „Dobre, bo toskańskie”, Rzeczpospolita 11 X 2011, s. A13.

Gdy przeczytałem ten artykuł – pierwsze co mi przyszło do mojej poskolonialnej głowy to pytanie „Czy w Unii Europejskiej tak wolno?” O co chodzi? Chodzi o właśnie o wolność.

Rzymski korespondent Rzeczpospolitej napisał, że władze włoskiego miasteczka Forte dei Marmi właśnie zakazały sprzedaży w restauracjach potraw innych niż tradycyjnie włoskie lub najlepiej toskańskie. Z nadmorskiego kurortu, który co roku przyciąga setki tysiące turystów mają zniknąć lokale serwujące hamburgery, frytki, sushi, kaczkę po pekińsku, czy smażonego w głębokim oleju kurczaka. Władze miasta już wcześniej zablokowały możliwość otwierania się nowych placówek banków i firm ubezpieczeniowych, a także międzynarodowych sieci odzieżowych.

Na pierwszy rzut oka jest to skrajny przypadek braku poszanowania wolności. Na tym nie koniec. Zgodnie ze słowami polskiego dziennikarza – każdy inwestor chcący postawić w centrum Forte dei Marmi nową kamienicę musi zagwarantować, że część powierzchni najmu zarezerwuje na preferencyjnych warunkach dla lokalnych przedsiębiorców.

Ksenofobia? Zamach na wolność? Nie. Świadome korzystanie z posiadanej wolności. Wolność przejawia się bowiem tym, że jesteśmy w stanie suwerennie decydować o sobie, a nie pozwolić innym decydować za nas.

Wcześniej mieszkańcy Forte dei Marmi obserwowali jak ich lokalne butiki są wypierane przez sieciowe sklepy odzieżowe, a lokalna kuchnia zastępowana fastfoodowymi hitami sprzedaży. Nie estetyka i smak mieszkańców zostały podrażnione, ale ich portfele. W efekcie kolonizacji handlu i usług przez duże sieci ceny nieruchomości poszybowały w górę, a lokalni producenci żywności nie mieli kogo zaopatrywać. Straty ponosili miejscowi przedsiębiorcy. Do Forte przybywali turyści, ale wydawane przez nich pieniądze tylko w niewielkiej części zostawały na kontach miejscowych firm.

Decyzje podjęte przez burmistrza Umberto Buratti być może zniechęcą część turystów do przyjazdu (co jest raczej mało prawdopodobne), ale to co wydadzą na wakacjach zostanie w mieście i w mieście zostanie ponownie wydane, zamiast trafić na konta firm nie mających z miastem nic wspólnego. Myślę, że kurort odzyska także coś więcej – swoją tożsamość.

Jaka jest puenta tej historii? Wolność jest po to żeby nam służyć, a nie my po to żeby służyć (często źle pojętej) wolności. Jak widać na przykładzie Forte dei Marmi oraz kilku innych włoskich miast, które przywołuje Piotr Kowalczyk, w Unii Europejskiej nie tylko można w ten sposób korzystać z wolności, ale tak się właśnie w Unii robi. W mojej historii nie chodzi o to, żeby wszystkie miasta w Polsce promowały golonkę i pierogi, ale żeby ich władze nie miały takich defetystycznych myśli jak ja i jeśli uznają, że im się to opłaci – bez skrupułów zakazały serwowania w mieście glonów, kotletów w bułce i piwa w zielonych butelkach.