Tag Archive for Orlen

Na co czeka polska rewolucja naukowo-techniczna?

Polski uczony z lubelskiego UMCS – prof. Dobiesław Nazimek – opracował technologię pozwalającą przetwarzać niechciany dwutlenek węgla w pożądane paliwo…

Tą dobrą wiadomość z weekendowego wydania Pulsu Biznesu dziennikarz zakończył zdaniem:

We wrześniu [profesor] odchodzi z uniwersytetu na emeryturę. Z pewnością pracę zaproponują mu zachodnie koncerny energetyczne.

Cały artykuł był utrzymany w tonie oburzenia, że w Polsce pomysłem naukowca nikt się nie interesuje podczas, gdy odkrycie docenia włoski koncern energetyczny ENI. Nie wiem, czy autorowi artykułu chodziło o pokiwanie polskiemu państwu palcem, czy jest to tylko kolejny przejaw defetyzmu narodowego – myślenia w kategoriach, że „Takie rzeczy mogą udać się tylko… na zachodzie”. Obie motywacje mnie kompletnie nie pociągają, więc zacząłem się zastanawiać nad odpowiedzią na istotniejsze w tym kontekście pytanie:

Co trzeba zrobić, żeby potencjał polskich naukowców skutecznie wykorzystywać w kraju?

Faktem jest, że wielu zdolnych ludzi polskiej nauki wyjeżdżało do innych państw i zrobiło tam karierę na uczelniach wyższych, w korporacjach lub we własnych firmach. Nie przypominam sobie jednak przypadku, żeby Polak, który wyemigrował w ciągu ostatnich 50 lat zdobył nagrodę Nobla lub założył firmę, która osiągnęłaby światowy sukces. W zasadzie trudno mi jest nawet sobie przypomnieć lokalny sukces polskiego naukowca za granicą, który nie byłby porównywalny z sukcesami jakie osoby wywodzące się ze świata nauki odnoszą w Polsce. Dlaczego więc „zachód” wyciąga wielu zdolnych Polaków, a ich osiągnięcia za granicą postrzegamy jako większe niż te, które osiągnęliby w Polsce? Wydaję mi się (ale jestem otwarty na dyskusję i komentarze), że różnice można sprowadzić do dwóch rzeczy.

Po pierwsze – wykorzystanie w gospodarce.

Fakt, że wyniki czyiś badań posłużyły do zwiększenia efektywności konkretnego procesu w fabrykach konkretnego koncernu, musi robić wrażenie. Mało który naukowiec w Polsce może pochwalić się podobnym osiągnięciem. Nie jest to jednak zasługa li tylko indywidualnych zdolności badacza. Pytanie jakie powinni mu zadać jego koledzy z kraju brzmi: a czy w ogóle robicie badania, które nie służą poprawie efektywności konkretnego procesu dla konkretnego koncernu? Sukcesy w wykorzystaniu w praktyce biorą się bowiem często z tego, że na inne niż „praktyczne” badania praktycznie nie sposób zdobyć finansowania! [Ojej, a co z wolnością badań naukowych? Czar prysł?]

Po drugie – wyższe zarobki.

Emigrując (w charakterze naukowców) polscy badacze mogli liczyć na kilkukrotnie większe zarobki niż w Polsce. Poziom życia osób, które na polu nauki osiągnęły sukcesy na „zachodzie” był (i nadal jest) nieosiągalny dla pracowników polskich uczelni. Z drugiej strony są to zarobki wysokie pod warunkiem, że patrzymy na nie z perspektywy naszego kraju. Faktem jest jednak, że wiele dóbr luksusowych wszędzie kosztuje X dolarów, przez co świadomość, że zarabiam tyle samo „średnich-krajowych” co kolega z uczelni w Stanach może być nie dość satysfakcjonujący.

Czy podniesienie zarobków naukowców w Polsce przyniesie rewolucję?

Niestety nie. Część zdolnych i ambitnych osób zrezygnowałaby z eksploatowania swoich talentów w przedsiębiorstwach, zostałaby na uczelniach żeby robić karierę naukową, co paradoksalnie pogorszyłoby sprawę.

Naukowcy w Polsce powinni być wynagradzani znacznie lepiej niż obecnie, ale niekoniecznie za to co obecnie robią. Większość pracowników naukowych polskich uczelni zajmuje się głównie dydaktyką. Resztę czasu zajmuje pozyskiwanie, realizacja i rozliczanie indywidualnych grantów na badania o charakterze podstawowym (nie-stosowanym). Daje to polskim naukowcom niesamowite możliwości swobodnego rozwoju, a studentom dostęp do najlepszych wykładowców. Cała machina nauki działa jednak ukierunkowana na inne cele niż przykładowe „zwiększanie efektywności procesów”. Dla tak ukierunkowanych badaczy problemy i potrzeby polskich firm wydają się być po prostu… za mało ambitne [sic!]. Tymczasem przedsiębiorstwa nie potrzebują rozwiązań, które sprawdzą się w teorii i laboratorium, ale w środowisku rzeczywistym. Tego polska nauka nie jest w stanie im dać, ponieważ przez 20 lat spychano na margines badania stosowane i prace rozwojowe. Potwierdza się „prawo Budki Suflera” [ech, jak ja nie lubię tego powiedzonka]…

…bo do tanga trzeba dwojga.

Nie można nie wyjść z wprawy w tańcu towarzyskim, jeśli nie ma się z kim tańczyć. Polscy naukowcy – jeszcze w latach 80-tych – mieli dla kogo prowadzić badania stosowane. W całym kraju działały przedsiębiorstwa, które miały swoich rzeczników patentowych i działy badawczo-rozwojowe. Byli – jacy by nie byli – partnerzy do współpracy przy wdrażaniu wyników badań w praktykę. Było dla kogo i z kim sprawdzać teorię w środowisku rzeczywistym, a nie tylko w laboratorium. Teoretycznie zmiana ustroju nie miała wpływu na świat akademicki w Polsce, zachował on przecież swoją ciągłość. Zerwaniu uległa natomiast współpraca, nie tyle z niechęci przedsiębiorstw do współpracy z uczelniami, ale z braku tych przedsiębiorstw. Podzielone, polikwidowane, zredukowane i posprzedawane firmy nie miały już ani takiego potencjału, ani potrzeby, ani [przede wszystkim] woli politycznej [tak! politycznej], żeby utrzymywać kontakty z polskimi naukowcami. Technologie przychodziły „gotowe” wraz z inwestorami, albo kupowano na nie licencje i niczego nie trzeba było już samemu wymyślać. 20 lat tak niesprzyjających warunków spustoszyło zdolności polskiej nauki do współpracy z przemysłem. Ten czas będzie bardzo trudno nadrobić. Firmy wymagają dziś innych procedur i standardów, efektywności ćwiczonej przez lata oraz elastyczności, której od niepamiętnych czasów w Polsce od ludzi nauki się po prostu nie wymagało.

To nie polski przemysł potrzebuje nauki, ale nasza nauka potrzebuje polskiego przemysłu!

Możliwość uzyskania przez polską gospodarkę skokowej, ale i trwałej przewagi na globalnym rynku zależy od odkryć naukowych. Polska nauka jest potrzebna gospodarce jako dostawca nowych technologii i rozwiązań, które pozwolą nam konkurować nie tylko tanią siłą roboczą, ale i pomysłem. Jednak jest mrzonką sądzić, że wystarczy zapłacić polskim naukowcom za prowadzenie badań stosowanych zamiast podstawowych, a w gospodarce pojawi się naraz wysyp technologicznych „kur znoszących złote jajka”. Technologie nie przynoszą zysków w próżni. Muszą mieć solidny grunt w postaci przedsiębiorstwa, które będzie zdolne ją wdrożyć i co najważniejsze wykorzystać jej potencjał. Dla większości nowych rozwiązań warunkiem przyniesienia zysków jest wcześniejsze istnienie odpowiednich warunków infrastrukturalnych lub osiągnięcie odpowiedniego poziomu rozpowszechnienia. Do stworzenia takich warunków zdolne są tylko podmioty o odpowiedniej wielkości (kapitale, udziale w rynku, potencjale produkcyjnym lub dystrybucyjnym). Muszą one też wybrać naszą technologię spośród szeregu alternatyw – np. kupna licencji na gotowe i sprawdzone rozwiązanie z bardziej dojrzałego rynku. Muszą podjąć polityczną decyzję, że inwestują w badania polskich naukowców zamiast w niemiecką, francuską lub amerykańską licencję. Wydają być może początkowo więcej pieniędzy, ale z czasem wychowują sobie rodzimy potencjał i uniezależniają się od obcego know-how. Zatem do wdrażania nowych technologii i rozwoju potencjału polskiej nauki…

…potrzebujemy silnych korporacji narodowych.

Duże przedsiębiorstwa – mające potencjał do wytworzenia, wdrożenia i wykorzystania technologii – są niezbędnym partnerem dla nauki, aby mogła ona rzeczywiście służyć rozwojowi naszej gospodarki. Nie przez przypadek uczelnią, która odnosi największe sukcesy w dziedzinie dostarczania rozwiązań dla gospodarki jest Akademia Górniczo-Hutnicza. Nie zawdzięcza ona ich wyjątkowej kadrze – na wielu uczelniach pracują wybitni naukowcy i specjaliści. AGH miało to szczęście, że przemysł górniczo-wydobywczy w Polsce nie został w pełni sprywatyzowany i uczelnia miała z kim i dla kogo pracować. Natomiast wszędzie tam, gdzie następowała atrofia polskiego przemysłu, jak np. w telekomunikacji, ulegały degradacji wybitne niegdyś ośrodki rozwojowe zajmujące się tą problematyką. Jaki interes ma nowy właściciel Telekomunikacji Polskiej – spółka kontrolowana przez francuski skarb państwa – w finansowaniu polskiej nauki zamiast swojej rodzimej? Bez polskich firm – nie będzie rozwoju i wykorzystania potencjału polskiej nauki – bo tylko polskim firmom takie inwestycje długoterminowe będą się opłacać.

Dobrą wiadomością zawartą w artykule, którzy przytaczałem na początku jest to, iż technologia opracowana przez prof. Nazimka ma być testowana w elektrowni Kozienice. Teraz dopiero okaże się, jaki ma potencjał w warunkach rzeczywistych. Najważniejsze, że ścieżki współpracy pomiędzy nauką a przemysłem zaczynają się powoli odbudowywać. Przykład profesora nie powinien być jednak wyjątkiem, ale regułą. Dużo w tym zależy od decyzji politycznych. Skoro minister może wydać polecenie i wszystkie – także notowane na giełdzie – polskie firmy z branży wydobywczej zaczynają wiercić w poszukiwaniu gazu łupkowego, dlaczego by nie ogłosić podobnych „poszukiwań” na naszych uczelniach? Akurat w branży profesora Nazimka mamy własne korporacje narodowe (na razie jeszcze dwie). Być może pomoc ENI – włoskiego odpowiednika Orlenu – nie będzie potrzebna, żebyśmy wkrótce jeździli na paliwie z dwutlenku węgla, a pan profesor dostał za swoje odkrycie nagrodę Nobla. Polska rewolucja naukowo-techniczna jest w zasięgu ręki – ale sięgnąć po nią muszą silne polskie firmy.