Tag Archive for Niemcy

Niemiecka obecność w mediach w Polsce

mapa

Gdy mieszkaniec kraju leżącego nad Wisła sięga po gazetę to z dużym prawdopodobieństwem pomnaża zysk jakiegoś niemieckiego potentata medialnego. Również, gdy słucha radia to pieniądze za reklamy, które sączą się mu do uszu wypełniają konta niemieckich koncernów. Nawet w Internecie obecność niemiecka jest znaczna, bo największy „polski” portal informacyjny Onet nie jest tak naprawdę polski. To samo dotyczy niewiele mniejszej Interii.

Ktoś zadał sobie trud i sporządził mapę obecności niemieckiego kapitału na rynku medialnym w Polsce*.

Mapa dostępna tu:

Jakie to ma konsekwencje. W mediach praca redakcji i praca sprzedawców reklamy to naczynia połączone. Niewiele mediów stać na to, żeby zaatakować koncert dopuszczający się złych praktyk, gdy jednocześnie ten koncert jest dużym reklamodawcą. Czy spotkaliście się kiedykolwiek z prasie lokalnej z opisem złych praktyk w wykonaniu koncernów niemieckich? Pamiętamy jakie cięgi zebrała kiedyś Biedronka za traktowanie pracowników. Biedronka jest portugalska a ten kraj nie kupił w Polsce mediów. Czy wierzycie, że pracownicy w Lidlu mają lepiej od tych z Biedronki? W społeczeństwie polskim pokutuje przekonanie, że niemiecki przedsiębiorca do dobry pracodawca. Może dlatego, że grzechy niemieckich firm nigdy nie ujrzą w Polsce światła dziennego. Jak już jakiś dziennikarz upiera się na to, żeby prześwietlać ciemne sprawy biznesu to się go wypuszcza na polskich przedsiębiorców – oni w swoim kraju nie mają parasola ochronnego w postaci koniunkturalnych mediów.

Czy kiedy słuchasz radia lub przeglądasz wcześniej wspomniany Onet płacisz za coś? Oczywiście, że… tak. Na każdej podstronie Onetu znajdziesz reklamy. Każda komercyjna stacja przerywa swoje audycje reklamami. Czy Ci się to podoba czy nie za te reklamy zapłacisz w sklepie kupując reklamowane towary.

Większości współczesnych Polaków ta prawda nie obchodzi nic a nic podobnie jak naszych przodków w XVIII wieku nie obchodziło to, że w Polsce faktycznie rządził ambasador rosyjski, że szczytem zaradności ekonomicznej było zostać opłacanym przez obcy dwór zdrajcą Ojczyzny.

Nasi przodkowie doznali momentu przebudzenia, gdy nagle polskość stała się dla nich ważniejsza od rosyjskich rubli. Co prawda naiwnie wierzyli, że Prusy są po ich stronie (przedstawiciel Prus intensywnie tę wiarę podsycał aż do drugiego rozbioru).

Czy nas dziś stać na przebudzenie i zauważenie, że niemiecka obecność gospodarcza w Polsce działa na pewno na korzyść Niemiec – naszą niekoniecznie.

 

* Mapa zawiera jedną informację nieaktualną: Media Regionalne i Polskapresse zostały zmuszone przez UOKiK do sprzedaży Dziennika Wschodniego – gazety wydawanej na terenie woj. lubelskiego. Ta decyzja to listek figowy, którym UOKiK zakrywa fakt, że dopuścił do stworzenia monopolu na rynku prasy regionalnej. Niemiecki koncern Polskapresse ma tej chwili 95% prasy regionalnej w naszym kraju.

W kryzysie kapitał wraca na swój bazowy rynek

zielonawyspa

Czy w Polsce żyje się dobrze? Zależy jaki punkt odniesienia przyjmiemy. Z punktu widzenia mieszkańca afrykańskiego Czadu, w którym codziennym problemem jest zdobycie wody i jedzenia, Polska jest krajem dobrobytu. Z kolei jeżeli porównamy się do naszego bezpośredniego, zachodniego sąsiada jesteśmy krajem biednym, w którym marnuje się wiele ludzkiej energii poprzez biedę, bezrobocie i coraz gorszy system edukacji. Jestem daleki od fatalizmu i uważam, że w Polsce jest dobrze. Jednak wyznaję zasadę, że kto stoi w miejscu ten się cofa i dlatego za naturalne uznaję dążenie do poprawiania bytu ekonomicznego obywateli Rzeczypospolitej.

Jednym z kierunków wzrostu dobrobytu może być kształtowanie się wśród Polaków postawy patriotyzmu gospodarczego i konsumenckiego. Patriotyzm gospodarczy to odpowiednia polityka państwa sprzyjająca przedsiębiorstwom z rodzimym kapitałem. Mimo wielu wiążących umów międzynarodowych, szczególnie w Unii Europejskiej, jest to możliwe. Wiedzą o tym przedsiębiorcy w Niemczech, których rząd aktywnie wspiera „swoich”. Polscy przedsiębiorcy nie bardzo mogą liczyć na poparcie swoich władz. Może to zmieni się. Niebagatelna w tym rola mediów, które swoją narracją mogą ukierunkować zmiany społeczne i gospodarcze.

Ostatnio z dużą satysfakcją zauważyłem, że temat patriotyzmu gospodarczego wreszcie zaczął być dostrzegany przez polskich dziennikarzy. W Dzienniku Gazecie Prawnej możemy zobaczyć w tytule: „Ciemna strona polskiej gospodarki: Obce koncerny miały w 2013 roku 16,1 mld euro dochodu”. Autor przytacza opinię:

„Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ, mówi, że duże wypłaty dla zagranicy nie powinny dziwić przy takim stanie gospodarki, w jakim była ona w ubiegłym roku. – W czasie spowolnienia mało kto inwestuje. Poza tym ostatni kryzys dość wyraźnie pokazał, że kapitał ma jakiś paszport i wraca na swój bazowy rynek, gdy dzieje się na nim źle – dodaje ekonomista”.

Po latach lansowania tezy, że kapitał nie ma ojczyzny polscy ekonomiści zaczynają więc mówić do rzeczy. Dla ścisłości dodajmy, że kapitał z BGŻ wraca na rynek holenderski, ponieważ tam mieści się siedziba Rabobanku, który jest właścicielem BGŻ.

W miesięczniku UważamRze pojawił się artykuł „Problem krajowy brutto”, w którym autor przedstawia w przystępny sposób różnicę między wskaźnikami: produkt narodowy brutto i produkt krajowy brutto. Ten drugi został w Polsce wprowadzony w 1990 roku. Jak zauważa autor zysk niemieckiej firmy operującej w Polsce (np.: Lidla) zwiększa PKB, ale nie zwiększa PNB. Kiedy zatem cieszymy się ze wzrostu polskiego PKB (i np.: nazywamy Polskę „zieloną wyspą”) pamiętajmy, że istotna część tego PKB to zyski i dochody zagranicznych koncernów, które nie przyczyniają się do wzrostu zamożności Polaków.

Takie publikacje w mediach można poczytywać za oznakę dobrych zmian, ale te zmiany nie odbędą się same. Potrzebne są zorganizowane działania zarówno odgórne (rządowe/parlamentarne) jak i oddolne. Jeżeli nam Polakom nie będzie zależało, żeby nasze rodzime firmy wzrastały to ani UE, ani Opatrzność za nas tego nie zrobią.

Wóz Drzymały znowu potrzebny

newspapers2

Serwis branżowy Press podaje informację o propozycji złożonej przez Polskapresse lokalnym tygodnikom w województwie kujawsko-pomorskim (podajemy za portalem biznes.pl).

Jak wygląda sytuacja na polskim rynku prasowym?

Źródło infografiki: PRESS.PL

Źródło infografiki: PRESS.PL

Na regionalnym i lokalnym rynku prasowym w Polsce dominuje  kapitał niemiecki. Do jednego niemieckiego koncernu (Verlagsgruppe Passau) należy dziś 95% sprzedawanych egzemplarzy gazet regionalnych. W Polsce koncern działa pod nazwą Polskapresse – ta spółka córka miała dotychczas dzienniki w połowie kraju (Polska Dziennik Zachodni, Polska Dziennik Bałtycki i pozostałe, których nazwy zaczynają się od „Polska…”). Po transakcji w roku 2013 Polskapresse przejęła również dzienniki regionalne z drugiej połowy Polski (m. in. Gazetę Pomorską, Echo Dnia, Głos – Dziennik Pomorza, Nowiny).

Kapitał zagraniczny: szkodzi i pomaga?

Do oceny tej sytuacji, którą mamy w Polsce użyjemy tez sformułowanych przez ekonomistę niemieckiego Heinera Flassbecka (cytat z portalu Forsal.pl):
” … kompetencji w temacie międzynarodowych przepływów kapitału odmówić mu nie sposób. Dość powiedzieć, że w latach 2003–2012 Niemiec był głównym ekonomistą UNCTAD, czyli Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju – wspomnianej już agencji ONZ, która z bliska przygląda się tematyce inwestycji zagranicznych. – W kręgach politycznych, a czasem nawet wśród ekonomistów dominuje naiwne przekonanie, że inwestycje zagraniczne to gra, w której obie strony wygrywają. Rzeczywistość jest niestety dużo bardziej skomplikowana – mówi nam Flassbeck. Działa to mniej więcej tak. Do kraju o niższym poziomie rozwoju wchodzi z nową inwestycją kapitał zagraniczny. On już na dzień dobry dysponuje dużo lepszą (przywiezioną ze sobą) technologią, a co za tym idzie produktywnością rodem wręcz z innej planety. Uzupełnia to jeszcze tanią siłą roboczą kraju przyjmującego i staje się graczem wręcz nie do pobicia. W starciu z takim rywalem większość lokalnych konkurentów jest bezradna. A to nie koniec przewag inwestora zagranicznego. Większość z nich stosuje bowiem tzw. ceny transferowe. Czyli preferencyjny sposób księgowania kosztów pomiędzy rozsianymi po świecie spółkami córkami jednej globalnej firmy. Takie ceny transferowe mają decydujący wpływ na konkurencyjność międzynarodowej grupy wobec innych przedsiębiorstw działających lokalnie. Bywa, że firma zagraniczna omija z ich pomocą zobowiązania wobec lokalnego fiskusa. W praktyce więc duże zachodnie korporacje nie mają zazwyczaj najmniejszych problemów, by w krótkim czasie uzyskać dominującą pozycję na najbardziej intratnych rynkach państw o słabszym potencjale ekonomicznym.”

Niemiecki ekonomista ujawnia nam wiedzę, której, mam wrażenie, bardzo boją się ekonomiści polscy, którym kapitał zagraniczny jawi się jako manna z nieba i jest używany często jako wskaźnik rozwoju kraju. Tymczasem może szkodzić, szczególnie w sytuacji, gdy uzyskuje przewagę monopolisty. Pamiętajmy, że Polskapresse to nie tylko wydawca prasowy, ale też właściciel wielu portali w tym Gratka.pl, naszemiasto.pl a po przejęciu Mediów Regionalnych również sieci portali Moje Miasto. Daje to mu możliwość ekspansji zarówno w przejmowaniu czytelników, jak i reklamodawców.

 

Atak na ostatni bastion

To, o czym mówi Flassbeck, już zadziało się w Polsce na rynku gazet regionalnych. Polskapresse najwyraźniej jednak chce „dorżnąć” watahę i przejąć również tygodniki lokalne – ostatni bastion polskiej prasy w Polsce powiatowej. Według relacji Press zaczęły się podchody do tego przejęcia:

„Tydzień temu menedżer „Gazety Pomorskiej” (należy do Mediów Regionalnych, które pod koniec października br. zostały przejęte przez Polskapresse) odwiedził Dominika Księskiego, prezesa Stowarzyszenia Gazet Lokalnych i właściciela tygodników „Pałuki” oraz „Pałuki i Ziemia Mogileńska” ukazujących się w województwie kujawsko-pomorskim. Menedżer zaproponował mu „współpracę kapitałową”. – Zapytałem, czy Polskapresse ma do sprzedania udziały. Odpowiedział, że chodzi o współpracę „w drugą stronę” – mówi Dominik Księski, który odrzucił propozycję. Uzasadniał, że modele biznesowe i redakcyjne obu wydawnictw zbyt się różnią, by współpraca mogła się udać. – Nie ukrywałem, że dalszy zanik konkurencyjności na rynku lokalnym będzie szkodliwy dla czytelników – dodaje Księski. Taką samą ofertę otrzymał Maciej Grzmiel, właściciel wydawnictwa Magraf wydającego w województwie pomorskim „Czas Chojnic” i „Tygodnik Człuchowski” oraz w województwie kujawsko-pomorskim „Tygodnik Tucholski”. – Nie jestem zainteresowany współpracą kapitałową z Polskapresse. Już cztery lata temu Polskapresse proponowała mi kupno moich tytułów, ale odmówiłem – mówi Grzmiel. – Polskapresse jest zainteresowana monopolizacją rynku prasy lokalnej. Nie wiadomo tylko, czy rozmowy prowadzone przez koncern z lokalnymi wydawcami służą do wypracowania decyzji w sprawie przejęcia lokalnych tygodników, czy decyzja ta już została podjęta – mówi Dominik Księski.”

Jak widzimy póki co trafiła kosa na kamień a Dominik Księski zachował się jak Drzymała (ten od wozu, który jest symbolem oporu przeciwko germanizacji za zaborów) i oparł się niemieckiej ekspansji w sposób dość finezyjny. Co prawda z jego wypowiedzi wynika, że bardziej kieruje się motywem rzetelności dziennikarskiej (chęć zachowania pluralizmu mediów w regionie) niż patriotyzmem gospodarczym, ale faktem jest, że obie motywacje w zaistniałej sytuacji idą ramię w ramię i są korzystne dla konsumenta mediów w Polsce (z czego niestety przeciętny czytelnik rzadko zdaje sobie sprawę).

Wróćmy do artykułu na Forsal.pl, ponieważ znajdujemy tam kolejne wątki pozwalające na właściwą ocenę kapitału zagranicznego w kraju.

„Symptomatyczne jest również to, że takie procesy przechodzą zazwyczaj niezauważone. Dlaczego? Dosyć łatwo wyliczyć, ile pieniędzy inwestor zagraniczny przeznaczył na reinwestycje w danym kraju albo ile utrzymuje tam miejsc pracy (w Polsce to ok. 1,5 mln stanowisk). Trudniej natomiast przedstawić wiarygodne wyliczenia na temat utraconych szans biznesowych lokalnych przedsiębiorstw związanych z pojawieniem się potężnego zagranicznego konkurenta, który pożarł im rynek.”

Ostatnią polską konkurencję wobec zagranicznego kapitału stanowią jeszcze tygodniki lokalne  i dwa dzienniki: Kurier Szczeciński i Super Nowości wychodzące w Rzeszowie. Oprócz Polskapresse rynek ten opanowały inne niemieckie firmy wykupując Gazetę Olsztyńską, Express Bydgoski i Nowości (Toruń).  Wielcy gracze zza Odry mając do dyspozycji dużo większą machinę marketingową i biznesową, przygotowują się teraz na rozdrobnionych, lokalnych wydawców.

A jak to się dzieje, że mają  tak wielki udział w rynku? Owo pożeranie rynku przez zagraniczne koncerny odbywa się poprzez codzienne decyzje zakupowe tysięcy polskich czytelników, którzy bardzo często kupując lokalną gazetę kierują się patriotyzmem. Uważają, że to ich lokalna/regionalna gazeta, często kupowana już w kolejnym pokoleniu. W ostatecznym rachunku ogólna sytuacja na rynku zależy od tysięcy indywidualnych decyzji podejmowanych świadomie lub bezrefleksyjnie przez nas – konsumentów. Swoimi decyzjami konsumenckimi możemy więc sobie szkodzić – nawet w dobrej wierze – lub pomagać.

Zabetonowany rynek prasy regionalnej w Polsce

mapa1

W marcu 2013 dokonała się fuzja prasy regionalnej w Polsce. Należąca do do niemieckiej Verlagsgruppe Passau spółka córka Polskapresse kupiła 100% udziałów w Mediach Regionalnych (dotychczas należących do brytyjskiego Mecomu). W ten sposób powstaje koncern, który skupi prawie całą prasę regionalną oraz około setki portali lokalnych w jednym ręku. W ten sposób rynek prasy regionalnej został praktycznie zabetonowany niemieckim betonem. W komentarzach na temat tej transakcji możemy znaleźć wiele informacji o biznesowej stronie, czyli o nowych możliwościach, które zyskuje Polskapresse i idealnym uzupełnianiu się dwóch dotąd odrębnych organizmów. Komentarze te taktownie utrzymywane są w ramach przekonania, że „kapitał nie ma ojczyzny”.

Kapitał może i ojczyzny nie ma, ale właściciele kapitału już tak. A właściciele Polskapresse są Niemcami i ten fakt należy rozważyć. W tej chwili o tym co pisze się o Polsce wojewódzkiej i powiatowej będzie decydował w całości ktoś w Niemczech. Nie będzie oczywiście jawnych instrukcji ani zaleceń. Istnieje jednak w pracy dziennikarzy coś jak autocenzura. Ilu z nich zawaha się, gdy trzeba będzie drążyć sprawę uchybień w zakładzie należącym do jakiegoś niemieckiego koncernu?

Ile z nich będzie bało się chwalić niemieckosceptycznych polityków polskich lub ilu zacznie na wszelki wypadek promować polityków niemieckoentuzjastycznych? Pamiętajmy, że obecnie samorządy mają bardzo duże znaczenie w organizacji życia i gospodarki. Rozdzielają duże środki unijne, wyłaniają wykonawców dużych kontraktów. Do tych przetargów bardzo często przystępują firmy z Niemiec. Niemieckie prawo skarbowe pozwala odpisać od podatku duże kwoty wydane na tzw. fundusz reprezentacyjny o ile zostały wydane za granicą (w praktyce chodzi o dane za granicą łapówki). Pracy naszych samorządów głównie przyglądają się gazety regionalne, które obecnie należą do niemieckiego koncernu.

Sama obecność obcych koncernów w naszej gospodarce nie przeszkadza mi. Wprowadzają element rywalizacji, który służy potem konsumentom, w przypadku gazet: czytelnikom. W przypadku mediów, które pełnią rolę IV władzy służy to również wszystkim obywatelom, czyli również tym nieczytającym. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z powstaniem monopolu na rynku gazet regionalnych. A monopole nie służą poprawie jakości usług, wręcz przeciwnie. Monopole zawyżają ceny i obniżają jakość usług. Dlatego czułbym się dużo lepiej, gdyby w Polsce na poziomie wojewódzkim i powiatowym obok Polskapresse działały też rodzime media o tym samym zasięgu. A takich nie ma lub są bardzo niszowe. Tam gdzie jednak powstają dużo zależy od nas, zwykłych ludzi, bo to my wybieramy po jakie medium sięgniemy.

 

Patriotyzm gospodarczy jest na czasie

Fiat

Co jest problemem polskiej gospodarki?  Jest ich wiele, ale podstawowy sprowadza się do tego, że bardzo mało w niej… polskiej gospodarki. Od początku lat 90. rządzący z ochotą rzucili się do prywatyzowania gospodarki, która dotychczas była państwowa. W większości przypadków miało to uzasadnienie ekonomiczne, ponieważ przedsiębiorstwa ponosiły straty, były źle zarządzane i produkowały niekonkurencyjne produkty. Niestety proces ten został tak bardzo pozostawiony sam sobie, że doszło tu do wielu niekorzystnych dla budżetu Polski zjawisk, a niekiedy nawet oszustw.

Przede wszystkim sprzedawano za tanio (nie uwzględniając lub niedoszacowując takich walorów, jak cena marki – co w przypadku na przykład Wedla na pewno oznacza stratę liczoną w mln zł). W przypadku PZU dopiero zmiana rządu doprowadziło do cofnięcia bardzo niekorzystnej dla Polski prywatyzacji. Nie obyło się to bez wysokich kosztów. Trudno też zrozumieć działania obecnego rządu, który w najgorszym momencie sprzedaje przedsiębiorstwa, które przynoszą zyski!

Po drugie sprzedawano pochopnie firmy kluczowe dla gospodarki, jak chociażby banki, co spowodowało, że jesteśmy pod względem finansowym kolonią, gdyż zaledwie 15% bankowości (liczonej zasobami finansowymi banków) pozostało już w rękach rodzimego kapitału. A w bankowości nie ma sentymentów. Gdy w czasie kryzysu włoski UniCredit miał kłopoty ratował się wydrenowaniem PeKaO S.A., którego jest właścicielem. Poza tym skąd mamy pewność, że zagraniczne banki nie faworyzują, na przykład za pomocą polityki kredytowej, firm ze swojego kraju? Przesłanką do postawienia takiego pytania jest historia fabryki makaronów Malma.

Po trzecie często prywatyzowano nie prywatyzując. Telekomunikacja Polska oraz sieć Idea zostały sprzedane państwowej (francuskiej) spółce France Telekom (właściciel marki Orange). Dlaczego Francuzi swoje telekomy utrzymują w formie firm państwowych, a my musieliśmy je „sprywatyzować”? Nie ma to chyba uzasadnienia biznesowego, bo przecież sieci komórkowe w Polsce rozwijały się razem ze ścisłą czołówką europejską. Nie mieliśmy tu zaszłości, weszliśmy razem z innymi i byliśmy jednymi z najlepszych.

Z drugiej strony mamy do czynienia z szeregiem ulg podatkowych serwowanych zagranicznym koncernom w zamian za to, że raczą założyć u nas fabrykę. Dlaczego tych pieniędzy nie przeznacza się na wspieranie polskich przedsiębiorców, którzy często muszą potem walczyć z tymi zagranicznymi? Nie mówiąc o tym, że z ulg korzystają u nas zagraniczni inwestorzy z takich branż jak handel, gdzie nie powinno być w ogóle mowy o ulgach.

Chaotyczne prywatyzowanie i faworyzowanie „zagranicznych inwestorów” nie jest poparte rachunkiem ekonomicznym, nie mówiąc już o kosztach społecznych. Jest wyłącznie wynikiem politycznej ideologii. Jakaś wpływowa grupa ludzi w Polsce wierzy, że prywatyzowanie jest dobre dla gospodarki. Wierzą, że „przyciąganie zagranicznych inwestorów” jest dobre dla naszych (czy ich?) portfeli.

Nietrudno dopatrzyć się w tym przeświadczeniu jakiegoś cienia PRL-u. Wtedy „zachodni produkt” z automatu oznaczał „lepszy produkt”. Państwowe to było niczyje i źle zarządzane. Ale PRL skończył się ponad 20 lat temu. Czas chyba zacząć myśleć kategoriami tu i teraz. A współcześnie świat powraca do patriotyzmu gospodarczego. Odczuliśmy to na własnej skórze, gdy Fiat zabrał produkcję Pandy do Włoch.

Czy polscy pracownicy pracowali gorzej od włoskich? Wręcz przeciwnie. Prezes Fiata przyznał, że decyzja nie miała uzasadnienia ekonomicznego, tylko chodziło o to, żeby dawać pracę ludziom we Włoszech. Obecnie produkcję do własnego kraju przywracają  Ford i  Apple a amerykańska sieć Walmart zobowiązuje się, do kupowania określonego % towarów na amerykańskim rynku. Niektóre kraje po prostu nigdy nie przestały był patriotyczne gospodarczo (Francja, Niemcy, Skandynawia). Warto zauważyć, że cały czas mówimy o krajach, które są od nas bogatsze i do poziomu których ciągle staramy się dobić. Ile to już lat? Może po prostu do tej pory robiliśmy to źle?

 

Czekając na tramwaj..

przystanek

W najbliższym czasie Urząd Miasta Torunia ogłosi przetarg na dostawę taboru niskopodłogowych tramwajów. Duży kontrakt, o który zechcą powalczyć liczni producenci pojazdów szynowych w Europie a może i świecie.

Takich przetargów było zresztą już kilka i będą zapewne następne. Jedyne polskie firmy, która mają szanse stanąć do nich to Pesa z Bydgoszczy i Solaris z Poznania. Dlaczego tylko te dwie? Bo według dostępnej mi wiedzy są to jedyni polscy (w tym sensie, że produkują w Polsce i właścicielami przynajmniej większościowymi są Polacy) producenci tramwajów.

PESA to zakład z ponad 100-letnią tradycją zakładu kolejowego, szczęśliwie przeszedł gospodarczą zawieruchę lat 90. i jakimś cudem nie został sprzedany zagranicznym koncernom. Przynajmniej na razie. Jechałem tramwajami PESY w Warszawie i bardzo pozytywnie oceniam komfort i stylistykę. Solaris z kolei to takie „cudowne dziecko” lat 90. założone przez osoby, które najpierw składały Neoplany na niemieckiej licencji, a potem wykorzystując zdobyte doświadczenie stworzyły własną markę. Bardziej znani z autobusów, ale produkowane przez nich tramwaje też wyglądają uroczo.

Nie wiem, jakie będą kryteria przetargu, ale domyślam się, że jednym z głównych będzie cena. Zastanawiam się jednak czy jako cenę rozumiemy tylko wyrażoną w złotówkach cenę za wagon? Kiedy kupujemy tanią żywność zwykle wykładając mało złotówek płacimy za to zdrowiem. Płacimy drożej za transport, który oszczędza nam czas.

Przypomina mi się sprzedaż Wedla. Wyceniając wtedy ten szacowny zakład wzięto pod uwagę cenę budynków (wtedy śmiesznie niską) i maszyn. Nie wyceniono marki WEDEL, której wartość była z pewnością większa niż budynki i maszyny! Przyjmowanie jako kryterium „gołej” ceny i parametrów technicznych jest podejściem nieco prymitywnym. Od osób, które decydują o jakości naszego życia dziś i w przyszłości, oczekiwałbym większej subtelności i uwzględniania głębszych aspektów.

W przetargach z pieniędzy publicznych ważne jest, jakie będą koszty społeczne podjętych decyzji. Jednym z istotnych pytań, które należy zadać jest takie: czy fakt, że tramwaje będą produkowane w Polsce i przez polską firmę ma wpływ na decyzję urzędników rozstrzygających przetarg?

To pytanie szczególnie trafne dla Torunia, od którego granic zakłady PESY dzieli 40 km i jestem przekonany, że pracują w niej torunianie. Każdy pracujący to nie tylko przychód z jego podatków, ale też brak potencjalnej straty w postaci zasiłków, gdyby ten pracujący stał się bezrobotnym. Pytanie o polskość firmy dotyczy nie tylko Torunia, ale wszystkich polskich miast, które będą kupować tramwaje. Pewne dobra wspólne są opłacane z podatków centralnych, na przykład: Policja (a więc bezpieczeństwo)  i szpitale (a więc zdrowie).

Określoną kwotę trzeba będzie wydać na zakup taboru, ale to, czy wrócą one, żeby dalej polepszać nasze życie, czy też powędrują ulepszać życie w np.: w Niemczech (gdzie ma siedzibę firma Siemens, producent tramwajów jeżdżących po Poznaniu) zależy do urzędników. Wierzę w ich rozsądek.

Do kogo trafiają dotacje unijne dla Polski?

a2

W polskim parlamencie trwają prace nad specustawą, której przepisy, zgodnie z pomysłem ministra transportu Sławomira Nowaka, mają pomóc podwykonawcom, którzy pracowali przy budowie dróg i autostrad, ale ze względu na bankructwo firmy wykonawczej nie otrzymali zapłaty za swoją pracę. Ustawa dość gładko przeszła przez Sejm, natomiast problem rozpoczął się w Senacie, ponieważ została ona skrytykowana przez senatora Platformy Obywatelskiej, która przecież ustawę przygotowała. Proponuję jednak na moment zostawić emocje i smaczki polityczne wokół tej sprawy i przyjrzeć się jednej wypowiedzi pracownika Ministerstwa Transportu:
To działanie celowe, żeby tym kryterium ściągnąć do Polski zagraniczne firmy budowlane. Polacy wiedzą, że za tak niskie ceny nie da się budować. Nie ryzykują, bo nie stoją za nimi gigantyczne koncerny. Wystarczy spojrzeć na to, kto buduje w Polsce drogi jako główny wykonawca. Wszystko to zagraniczne firmy. I pieniądze, które UE przydziela nam na rozwój, wracają do kasy niemieckiej, francuskiej czy hiszpańskiej”.

To znamienne wyznanie – przedstawiciel jednej z ważnych polskich instytucji rządzących przyznaje, że pieniądze, o które nasi politycy tak walczą w Brukseli, potem jeszcze energiczniej się chwalą tym, że je wywalczyli tak naprawdę służą temu, żeby niemieckie czy francuskie koncerny mogły te pieniądze zarobić. Te pieniądze mogłyby długo krążyć w obiegu polskiej gospodarki, gdyby warunki przetargów unijnych były ustalane inaczej. Polski budowlaniec płaciłby w Polsce za polskie produkty. Z tego podatki trafiałyby do polskiego fiskusa za co rząd mógłby dalej budować lubo podnosić poziom szkolnictwa, służby zdrowia. Tymczasem obieg unijnych dotacji dla Polski przypomina kredyt hipoteczny (dla niewtajemniczonych: osoba, która dostaje taki kredyt nie widzi go na swoim koncie, bo od razu trafia on na konto sprzedającego/dewelopera) – Polska dostaje jakieś pieniądze, które w szybkim tempie trafiają na konta zagranicznych koncernów, które wydadzą je już u siebie w kraju, zapłacą tam podatki dzięki czemu Niemcy czy Francuzi będą mieli jeszcze lepsze szkolnictwo i jeszcze lepszą służbę zdrowia i będą mogli wybudować lub naprawić jeszcze więcej dróg.

Jest coś niezdrowego w tym, że polski rząd układa specyfikacje tak, aby były szkodliwe dla polskich firm.

Polski przemysł

stocznia gdańska

Zakończenie epoki w PRL-u wiązało się z odcinaniem się często nieprzemyślanym od tego co wiązało się z tym niesuwerennym etapem w historii Polski. Część z tych procesów doprowadziło do upadku wielu zakładów przemysłowych, których Polska socjalistyczna nabudowała wiele. W latach 90. na świecie panowało przekonanie, że państwa nowoczesne stopniowo pozbędą się przemysłu (który przeniesie się do państwo dopiero rozwijających się) na rzecz usług i innowacji. Nie wszyscy dali się ogarnąć tej postmodernistycznej modzie – na przykład Niemcy, posiadające rozbudowany przemysł wiele zrobiły (jako państwo), żeby go zachować. Dziś, po (lub w trakcie) kryzysie finansowym widać, że posiadanie przemysłu nie kłóci się z byciem nowoczesnym krajem. Pracujący od wielu lat na bremeńskim uniwersytecie prof. Zdzisław Krasnodębski twierdzi:

Ich przewaga wynika przede wszystkim z ich gospodarki. To, że Niemcy nie pozbyły się swojego przemysłu maszynowego, co kiedyś uważano za warunek modernizacji, okazało się zbawienne. Ich przemysł samochodowy wytwarza 20 proc. PKB, a sprzedaż aut do Chin rośnie lawinowo. Niemcy mocno zacisnęli pasa – realna płaca spadała w latach 1999 – 2009 o 4,5 proc. Czerpią też wielkie korzyści ze wspólnego rynku europejskiego. Można nawet powiedzieć, że zalewają go swoim eksportem” (rp.pl, „Czy Niemcy to hegemon Europy”, 29 sty 2012).

Rozwój przemysłu był jednym z priorytetów, który stawiała sobie świeżo odbudowana II Rzeczpospolita. Ktoś kiedyś porównując II i III RP stwierdził, że do jednej i do drugiej wracali z emigracji Polacy: do II RP głównie inżynierowi, do III RP głównie poeci. Ta sugestywna metafora ilustruje szereg zjawisk, które zdecydowały o tym, że przemysł został w naszej obecnej Polsce zaniedbany. Przeciw temu próbuje działać Polskie Lobby Przemysłowe – organizacja, która w tym roku obchodzi 19-lecie istnienia. Być może z tej okazji ukazał się bardzo dobry raport opisujący to, co stało się z polskim przemysłem od roku 1989. Zapraszam do lektury, bo zawsze można zacząć od początku, ale do tego niezbędna jest wiedza.

Raport do pobrania ze strony pisma Obywatel.

Minister Spraw Zagranicznych daje dobry przykład

list ministra

Dobrą praktyką w zakresie patriotyzmu gospodarczego wykazał się ostatnio Minister Spraw Zagranicznych, Radosław Sikorski. Napisał list do dyrekcji berlińskiego hotelu, w którym zauważył brak kanału TV w języku polskim. Jak zauważył nasz minister w ofercie były natomiast dość egzotyczne kanały.

„Napisałem list, gdyż hotel Adlon jest bardzo eleganckim hotelem, ale jeśli widzę, że jest w nim telewizja iracka, azerbejdżańska, ormiańska, a polskich kanałów brak, to uważam, że jest to dziwne, biorąc pod uwagę, że jesteśmy tutaj 70 km od granicy z Polską – mówił dziennikarzom Sikorski” (Źródło: Polskie Radio).
Apel Radosława Sikorskiego berliński hotel potraktował poważnie i błyskawicznie – obecnie można w nim obejrzeć TVP Info.

Minister  zachęca Polaków do podobnej postawy:

„Apeluję do rodaków, żeby w kurortach, w hotelach, tam gdzie widzimy, że język polski jest traktowany gorzej niż inne domagali się; mamy prawo poczuć się równie traktowanymi jak inni” (Źródło: j.w.).

 

Chwaląc Pana Ministra warto zauważyć, że od osoby takiej rangi moglibyśmy oczekiwać oprócz niewątpliwie dobrego przykładu również koordynacji takich działań, do których nawołuje. Może dobrym pomysłem byłoby wpisać apel Pana Ministra do zamieszczonego na stronie ministerstwa Poradnika „Polak za granicą”?