Tag Archive for handel

Gama – polska sieć sklepów

W ciekawym artykule z portalu „Nowy Obywatel” napisano na temat usieciowiania sklepów spółdzielczych:

 

Sieć handlowa nie musi być własnością wielkiego koncernu lub funduszu inwestycyjnego. Prężnie rozwija się handlowa sieć spółdzielcza pod szyldem „Gama – Tradycyjnie dobry wybór”. W pierwszym kwartale 2012 otwarto 9 nowych placówek.

Sklepy nowej sieci są  rozrzucone po całym kraju, co jest oczywiście optymistyczne, gdyż buduje w pewnym sensie efekt skali:

W Wałczu powstał drugi sklep Gama, rozbudowany, z trzykrotnie powiększoną powierzchnią sprzedaży (230 mkw.). Drugi nowy obiekt sieci, „przebrandowany” zgodnie ze standardami, otwarto w Kołobrzegu – informuje portal dla handlu.pl. Już drugą Gamę uruchomiła również spółdzielnia z Hajnówki. Wszystkie 3 spółdzielnie przekonały się do koncepcji dzięki sklepom pilotażowym, uruchomionym w poprzednim roku. – „Nowa sieć Gama łączy tradycje spółdzielczości z nowoczesnością, co skutkuje zwiększonym zainteresowaniem klientów i coraz lepszymi wynikami ekonomicznymi” – powiedziała Mieczysława Bogdanowicz, prezes Społem PSS w Hajnówce.

Jak konkludują – mocno, ale przecież zgodnie z naszym interesem – autorzy artykułu:

To świetnie. Ale nam się marzy, żeby wreszcie placówki „Społem” z całego kraju, obecnie całkiem lub częściowo niezależne od siebie, połączyły siły, poszerzyły asortyment i jakość obsługi, obniżyły ceny – i kopnęły „Biedronki”, „Lidle” i „Tesco” tak mocno, żeby wylecieli z Polski i już nie wrócili.

Może tylko cieszyć fakt, że polskie przedsięwzięcia ekonomiczne rozumieją potrzebę integracji. Co jednak ważne dla nas, chcielibyśmy wiedzieć, że Gama płaci podatki w miejscu, w którym robi interesy. Jeśli tak w istocie jest, to nie pozostaje nic innego, jak zachęcić polskich konsumentów do zostawiania swoich pieniędzy w sieci Gama.

To się nam wszystkim po prostu opłaca. Patriotyzm ekonomiczny to nie romantyczna idea, to konieczność.

Przecież nie chcemy być kolonią?

Polo Market może być sprzedany

Źrdło: reszel.net (dodał: rychu)

Na biznesowych stronach regionalnego portalu pomorska.pl można przeczytać,  że  jedna z rodzimych sieci handlowych może niedługo przestać należeć do Polaków. Polo Market (o nim mowa) to zbudowana przez polskich przedsiębiorców z okolic Inowrocławia sieć delikatesów. Mają prawie 350 sklepów w całej Polsce i obroty rzędu 1 mld. W rankingu Polityki są na liście TOP 500 i wg szacunków zwiększają i obroty i liczbę klientów. Wykupieniem Polo Marketu zainteresowane są fundusze inwestycyjne z Cypru i W.Brytanii. Czy kolejna wyspa polskiego handlu przejdzie do rąk kapitału zagranicznego i będzie zarabiała na wczasy dla brytyjskich emerytów? Co kieruje ludźmi, którzy tworzą taką perełkę jak Polo Market, a następnie pozbywają się jej? Niby takie są prawa wolnego rynku, a jednak szkoda.

Co z polskim handlem?

promocja

Polska Agencja Prasowa powołując się na raport wywiadowni gospodarczej Soliditet podaje, że w Polsce po raz kolejny spada liczba małych sklepów. W 2011 roku liczba ta spadał o 6% i jest ich obecnie około 320 tys. Zmiana struktury handlu może być zjawiskiem neutralnym w sytuacji rynków, na których rodzimy kapitał ma pozycję dominującą. Jeżeli w Niemczech, Francji czy Anglii liczba małych sklepów spada to dla całej gospodarki nie ma to większego znaczenia, ponieważ ich miejsce zajmują supermarkety i hipermarkety – w większości należące do rodzimego kapitału. W Polsce zjawisko upadku drobnego handlu wiąże się z przegrywaniem polskiej gospodarki, ponieważ drobny handel należy do polskich przedsiębiorców, natomiast duże sklepy sieciowe to głównie kapitał zagraniczny. Biedronka, Lidl, Carrefour, Real, Żabka, Auchan, Tesco to wszystko sklepy, których zyski zasilają fiskusa w Portugalii, Niemczech, Francji, W. Brytanii. Wśród polskich rycerzy handlu mamy Piotra i Pawła oraz kilka lokalnych sieci (np.: Polo Market), z których część zgrupuje się pod marką Lewiatan.

My Polacy z handlem miewaliśmy już problemy w przeszłości. W I Rzeczpospolitej szlachta miała bodajże zakaz zajmowania się handlem (nie wiem jaka mogła być tego motywacja) przez co musieli dużą cześć zysków oddawać angielskimi holenderskim pośrednikom. Pamiętamy „Lalkę” Bolesław Prusa i trudne koleje „zyskownej spółki handlu z Rosją” Wokulskiego. Ale to nie reguła, czego najlepszym dowodem historia najnowsza i handlowy boom lat 90. Zabrakło odpowiedniego skanalizowania tej energii, procesów konsolidacji i pewnej ochrony państwa. Może jednak nie wszystko stracone. Trochę jeszcze polskiego handlu w Polsce zostało. Czy my konsumenci będziemy chcieli do katalogu czynników decydujących o naszych codziennych wyborach zakupowych włączyć rozróżnienie: polski-niepolski?

Jest sprawą oczywistą, że w pierwszej kolejności wybierając sklep kierujemy się jego wystrojem i cenami. O to, żebyśmy kierowali się tym przede wszystkim dbają sztaby marketingowców i psychologów rynku. Sklepy zagranicznych sieci stanowią dobry kanał do wpuszczania na nasz rynek towarów, które nie schodzą w krajach rodzimych. Opłaca się je sprzedać nawet po bardzo niskiej cenie. Dzięki temu robotnik np.: we Francji ma pracę, sieć zysk a polski konsument kolejną tanią rzecz, której tak naprawdę nie potrzebuje. Koncerny, które wkroczyły do Polski w ciągu ostatnich 20 lat swoją potęgę zbudowały najpierw na swoich rodzimych rynkach. Teraz mogą konkurować z naszymi przedsiębiorcami, bo Ci nie mieli 50 lat na swobodny rozwój.

Taka tendencja może prowadzić do coraz gorszej sytuacji ekonomicznej naszego kraju. Im więcej kupujemy w zagranicznych sieciach tym mniej pieniędzy zostaje w Polsce, więc Polacy stają się coraz biedniejsi więc coraz częściej muszą kupować w tanich zachodnich sieciówkach. Oczywiście nie ma się czym martwić. Nasze umysły mają zadziwiającą zdolność do racjonalizacji. Gdy na polskim rynku nie będzie już polskich sklepów ani fabryk, ani banków, ani, jak mawia klasyk z Białostocczyzny, „niczego”, wtedy na pewno znajdziemy sposób na wytłumaczenie sobie, że to nie ważne, że najwspanialszą rzeczą jest to, że udało nam się kupić w niemieckim supermarkecie T-shirt za 8zł i ser pleśniowy za 3,49zł.

Europa dwóch… jakości

ariel

Przyjmuję, że pojęcie Europy dwóch prędkości jest znane czytelnikowi. Zjawisko wskazywane jest jako jedno z zagrożeń jedności europejskiej a chodzi w nim mniej więcej o podział krajów na lepsze i gorsze. Słyszałem czasami opinie, że jedność europejska jest już faktem gospodarczym, bo wielkiem korporacjom wszystko jedno gdzie produkują (liczy się tylko renotowność) i we wszystkich krajach sprzedają takie same produkty. Polacy podróżujący po Europie fascynują się tym, że gdzie by nie pojechali to mogą zrobić zakupy w sklepach tych samych sieci, których sklepy są również obecne w Polsce (zwykle nie zwracamy uwagi na to, że żadna z tych sieci nie ma siedziby w Polsce). Gdzie by nie pojechali mogą nabyć te same produkty, które można kupić w kraju.

Jednak Polacy, których obecność w krajach Europy można określić jako pobyt dłuższy czasami przekonują się, że proszek niemieckiej firmy sprzedawany pod tą samą nazwą i w tym samym opakowaniu i w Niemczech i w Polsce ma inne właściwości piorące w zależności czy został wyprodukowny na potrzeby rynku po wschodniej lub zachodniej stronie Odry. Ten produkowany na rynek niemiecki jest po prostu lepszy. Stąd czasami można spotkać na bazarach osoby handlujące proszkami, płynami do płukania czy czekoladami. Niewtajemniczonym może to wydawać się dosyć dziwne, bo towary na pierwszy rzut oka dostępne są w każdym super i hipermarkecie w kraju. A jednak znajdują nabywców, bo ludzie wiedzą, że Ariel produkowany dla Polski jest mniej bielotwórczy niż ten produkowany dla Niemców.

Temat podwójnych standardów poruszany jest na forach internetowych. Na przykład Sandula pisze:

„Przykro to mówić, ale duże koncerny oszukują polskiego klienta. A klient się daje. Zresztą wystarczy rzucić okiem na tłumaczenia ( najczęściej z tyłu produktu, gdzie tłumaczony jest skład i sposób użytkowania ) do jakich krajów idzie dany produkt : zauważcie ,ze jesteśmy najczęściej w „pakiecie” z Słowacją, Czechami czy Węgrami – wniosek z tego prosty to co idzie na Europę Środkowo –Wschodnią jest gorszej jakości … i mogą nas robić w bambuko. Niemcy, Francja czy

Podejrzany Proszek A.

anglia najczęściej są razem w „pakiecie” i ten sam produkt który idzie na te kraje jest zupełnie inny bo w tych krajach jest dużo większa świadomość konsumentów i nikt sobie na żadne oszustwa nie może pozwolić ! Niech by tylko jakiś niemiec poczuł się oszukany – taki producent z miejsca by stracił renomę i wylądował przed sadem. A my jak te baranki kupujemy co dają, płacąc często te same, albo większe pieniądze  … Smutne!” (źródło).

Inny internauta pisze:

„sa rozne wersje jakosciowe tych samych produktow. Na rynki, gdzie jest mocne
prawo konsumenta, i gdzie ludzie sa w stanie zaplacic wiecej ida wersje wykonane
z lepszych komponentow. Byly zdaje sie 3 rozne normy, z czego np. Polska miala
ta srodkowa, a Szwecja i Niemcy najwyzsza jakosc. On staral sie kupowac sprzet z
hurtowni w Niemczech, bo mniej sie psul i byl ladniej wykonczony (nie bylo
niepasujacych kantow itd)” (źródło).

W ostatniej wypowiedzi pada ważna sugestia: uczciwość koncernów wobec konsumentów zależy od tego czy prawo w danym państwie jest sprawnie respektowane (same posiadanie przepisów jeszcze nic nie daje – potrzebne są struktury, urzędy i dobra kadra, żeby wymuszać ich przestrzeganie).

Chemia to nie jedyny segment produktów, który podlega podwójnym standardom. Jakiś czas temu wyszło na jaw, że firma Gerber do słoiczków z jedzeniem dla dzieci dodaje mięso oddzielone mechanicznie (zmielone ścięgna, włókna, błony). Firma Nestle odpowiadając na pytania konsumentów nowomową, w której na wszystkie sposoby odmienia się zwrot „najwyższa jakość naszych produktów”. Sprawą zajmowała się przez krótki czas Gazeta Wyborcza i jak wtedy ustaliła do produktów tego samego typu we Francji i Niemczech nie dodaje się mięsa oddzielonego mechanicznie.

Wynika z tego, że wybierając polską chemię czy jedzenie nie tylko wspieramy własną gospodarkę, ale też chronimy się przed robieniem w balona. Jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że dotyczy to również ubrań, RTV i kont bankowych.

Czy kapitał ma narodowość? Coś się zmienia.

bigos

Jak zauważa Igor Janke na łamach Rzeczypospolitej do niedawna jedyna poprawna odpowiedź na pytanie zawarte w tytule brzmiała: oczywiście nie. Jednak ostatnie procesy gospodarcze na świecie sprawiają, że odpowiedź nie jest już tak oczywista. W roku 2009, gdy światowy kryzys finansowo dopiero się rozpoczynał prezydent Francji wzywał rodaków do kupowania rodzimych produktów wskazując takie działanie jako jeden ze sposobów walki z załamaniem gospodarczym.

Silne państwa dbają o wielkie, rodzime koncerny a często są po prostu ich właścicielami. Telekomunikacja Francuska (w tym Orange – należą do nich również Telekomunikacja Polska) jest firmą państwową. Volkswagen należy do państwa niemieckiego, a Gazprom do rosyjskiego. Na silnych markach w/w państwa opierają swoją potęgę gospodarczą i wydaje się, że kalka myślowa „kapitał nie posiada ojczyzny” służy tylko odwróceniu uwagi od wykupowania przez koncerny pochodzące z silnych krajów firm w słabszych krajach. Trendy odnośnie patriotyzmu gospodarczego wydają się być obecnie niedookreślone. Z jednej strony Fiat przenosi produkcję Pandy z Polski do Włoch i prezes tej firmy przyznaje, że ta decyzja nie miała uzasadnienia finansowego a opierała się na poczuciu patriotyzmu gospodarczego i zapewnienia pracy Włochom a nie Polakom. Z drugiej strony firma Jeronimo (kontrolująca m.in. polską Biedronkę) przenosi swoją siedzibę z rodzinnej Portugalii do Holandii ze względu na niższe podatki. I tu zaskoczenie – Portugalczycy są oburzeni i wzywają do bojkotu sieci sklepów Pingo Doce (należących do Jeronimo).

Zastanawiam się czy w Polsce udałby się bojkot Polsatu do czasu aż zacznie płacić podatki w Polsce? Albo przekonać, że produkty francuskiego Danona nie są wcale lepsze od produktów Mlekovity czy Bakomy. Albo, że bezpieczniej i korzystniej jest założyć konto w Kasach Stefczyka lub Banku Spółdzielczym niż w filii zagranicznego banku

Przeczytaj także: Kolonializm bankowy
Powrót Pandy do Włoch oraz oburzenie Portugalczyków wskazują, że na Zachodzie patriotyzm konsumencki rośnie w siłę.

Smart shopping patriotyczny

Przedstawiciel sieci Biedronka informuje, że jego sieć zyskuje w Polsce głównie na upowszechnieniu się tzw. smart shoppingu, czyli kupowania „z głową”. Polscy konsumenci mają jego zdaniem kierować się „racjonalizmem”, dzięki któremu będą sięgać po towary nawet luksusowe, ale po zdecydowanie niższych cenach.

Zastanawiam się, czy jeśli Biedronka ma rację (a wiele na to wskazuje – chociażby ich sukces w naszym kraju i wzrost sprzedaży o 25%), to jak ma się ten trend do możliwości rozwoju patriotyzmu ekonomicznego (PE)? Czy da się pogodzić taką racjonalność z PE?

Chciałabym wierzyć, że tak. Skoro trend smart shoppingu polegać ma poszukiwaniu produktów posiadających oczekiwaną cechę (luksus, sprecyzowana marka, symboliczne skojarzenia z danym produktem), ale po dobrej cenie, to widzę tu szanse dla rozwoju PE. Aby tak się jednak stało, konieczne jest wyrobienie w konsumentach automatyzmu poszukiwania produktów polskich. Wyobrażam sobie, że za jakiś czas będziemy mieć w kraju do czynienia ze sporą grupą konsumentów, którzy chcą koniecznie kupić tanio polskie płytki ceramiczne do łazienki czy będą szukać w internecie polskich kosmetyków za dobrą cenę.

Sądzę, że patriotyczny smart shopping jest możliwy, ale wymaga najpierw wykreowania mody na polskość produktów w różnych branżach. Na razie udaje się to częściowo w żywności, czy na rynku piw. Tam korelacja ceny i polskości jest atutem. Ale ciągle wolimy niestety kupować włoskie buty lub francuskie kremy do twarzy. Tyle że teraz chcemy je kupić jeszcze jak najtaniej.

 

 

Lidl manipuluje godłem „Teraz Polska”?

teraz polska

Jakiś czas temu dokonałem niefajnego odkrycia. Zainspirowany pytaniem Rebisa w komentarzu do tekstu Sejny o eksporcie zysków z firm w Polsce Przyznaję, że robię to z pewnym żalem, bo zawsze bardzo ceniłem sobie to co robiła Fundacja „Teraz Polska”. Musiałem zweryfikować swoją opinię.

Niemiecki Lidl nagrodzony godłem „Teraz Polska”?

Seria produktów sprzedawanych w Polsce w sklepach Lidl pod marką własną PIKOK otrzymała godło „Teraz Polska”. Sieć niemieckich sklepów chwali się tym faktem na prawo i lewo. Generalnie wchodząc do sklepu tej sieci można by odnieść wrażenie, że to sam Lidl ten znak otrzymał. Tak w zasadzie się stało: link. Problem w tym, że prawa do używania godła otrzymały konkretne produkty pochodzące z kilku różnych zakładów w Polsce. Niby ok – polska kiełbasa, wyprodukowana przez polski zakład, np. Balcerzak czy BMC (nie pamiętam które, bo takiej informacji oczywiście na stronie sklepów nie znajdziemy), czemu miała by nie dostać tego zaszczytnego godła. Jednak na stronie lidl.pl informacja przedstawiona jest pod nieco innym kątem:

KOLEJNY KONKURS – KOLEJNA WYGRANA! XXI edycja Konkursu „Teraz Polska” wyłoniła zwycięzców – wędliny oryginalnej marki PIKOK dołączyły do szerokiego grona laureatów.

Z obrazka umieszczonego na stronie obok nie wynika, że nagrodę dostały określone wędliny, pochodzące z określonych zakładów:

Pikok = Teraz Polska? (źródło: lidl.pl)

Ponadto w zakładce NASZE NAGRODY o tych samych produktach czytamy w informacji zatytułowanej: „Lidl Laureatem Konkursów Wędliniarskich Polagra 2011″, że nagrody za wędliny Pikok otrzymał właśnie Lidl. Otrzymał nawet „II miejsce w Konkursie o tytuł Najlepszego Producenta Wędlin w grupie zakładów większych”. ANI SŁOWA o polskich producentach wędlin, z których zakładów tak naprawdę pochodzą produkty sprzedawane pod marką Pikok! Czyżby eksperci uznali, że Lidl jest producentem wędlin? To tak jakby księgarnia za książkę, którą ma na półkach, otrzymała literackiego Nobla.

„Teraz Polska”, jutro…?

Niestety na tym nie koniec. Jeśli kierujesz się przy zakupie wędlin godłem „Teraz Polska” nie licz, że wybierając wędlinę Pikok kupisz polski produkt.

Wędlina PIKOK z CZECH!

„Teraz Polska” jutro… Czechy!

Prawdziwa wolność

Na kanwie artykułu Piotra Kowalczyka „Dobre, bo toskańskie”, Rzeczpospolita 11 X 2011, s. A13.

Gdy przeczytałem ten artykuł – pierwsze co mi przyszło do mojej poskolonialnej głowy to pytanie „Czy w Unii Europejskiej tak wolno?” O co chodzi? Chodzi o właśnie o wolność.

Rzymski korespondent Rzeczpospolitej napisał, że władze włoskiego miasteczka Forte dei Marmi właśnie zakazały sprzedaży w restauracjach potraw innych niż tradycyjnie włoskie lub najlepiej toskańskie. Z nadmorskiego kurortu, który co roku przyciąga setki tysiące turystów mają zniknąć lokale serwujące hamburgery, frytki, sushi, kaczkę po pekińsku, czy smażonego w głębokim oleju kurczaka. Władze miasta już wcześniej zablokowały możliwość otwierania się nowych placówek banków i firm ubezpieczeniowych, a także międzynarodowych sieci odzieżowych.

Na pierwszy rzut oka jest to skrajny przypadek braku poszanowania wolności. Na tym nie koniec. Zgodnie ze słowami polskiego dziennikarza – każdy inwestor chcący postawić w centrum Forte dei Marmi nową kamienicę musi zagwarantować, że część powierzchni najmu zarezerwuje na preferencyjnych warunkach dla lokalnych przedsiębiorców.

Ksenofobia? Zamach na wolność? Nie. Świadome korzystanie z posiadanej wolności. Wolność przejawia się bowiem tym, że jesteśmy w stanie suwerennie decydować o sobie, a nie pozwolić innym decydować za nas.

Wcześniej mieszkańcy Forte dei Marmi obserwowali jak ich lokalne butiki są wypierane przez sieciowe sklepy odzieżowe, a lokalna kuchnia zastępowana fastfoodowymi hitami sprzedaży. Nie estetyka i smak mieszkańców zostały podrażnione, ale ich portfele. W efekcie kolonizacji handlu i usług przez duże sieci ceny nieruchomości poszybowały w górę, a lokalni producenci żywności nie mieli kogo zaopatrywać. Straty ponosili miejscowi przedsiębiorcy. Do Forte przybywali turyści, ale wydawane przez nich pieniądze tylko w niewielkiej części zostawały na kontach miejscowych firm.

Decyzje podjęte przez burmistrza Umberto Buratti być może zniechęcą część turystów do przyjazdu (co jest raczej mało prawdopodobne), ale to co wydadzą na wakacjach zostanie w mieście i w mieście zostanie ponownie wydane, zamiast trafić na konta firm nie mających z miastem nic wspólnego. Myślę, że kurort odzyska także coś więcej – swoją tożsamość.

Jaka jest puenta tej historii? Wolność jest po to żeby nam służyć, a nie my po to żeby służyć (często źle pojętej) wolności. Jak widać na przykładzie Forte dei Marmi oraz kilku innych włoskich miast, które przywołuje Piotr Kowalczyk, w Unii Europejskiej nie tylko można w ten sposób korzystać z wolności, ale tak się właśnie w Unii robi. W mojej historii nie chodzi o to, żeby wszystkie miasta w Polsce promowały golonkę i pierogi, ale żeby ich władze nie miały takich defetystycznych myśli jak ja i jeśli uznają, że im się to opłaci – bez skrupułów zakazały serwowania w mieście glonów, kotletów w bułce i piwa w zielonych butelkach.

Polski SPAR planuje rozwój

Mało kto wie, że za wieloma polsko brzmiącymi nazwami stoją zagraniczni właściciele. Swojsko brzmiąca Biedronka – ulubiony sklep tysięcy Polaków – w rzeczywistości należy do portugalskiej firmy Jeronimo Martins. Inna popularna sieć, która odniosła wielki sukces na rodzimym rynku – Żabka – od kilku lat nie jest już w polskich rękach.

Prawdopodobnie jeszcze mniej osób wie, że z kolei za niemiecko brzmiącą nazwą sklepów SPAR kryje się od niedawna polski właściciel – firma Bać-Pol. Dysponująca 9 hurtowniami cash & carry grupa kapitałowa zapewni solidne zaplecze logistyczne znanej przede wszystkim na południu Polski sieci sklepów SPAR.

– Dzięki temu sklepy będą mogły zaoferować asortyment nie tylko po atrakcyjnej cenie, lecz i z przyzwoita marżą. To powinno przełożyć się na sukces rynkowy – zauważa Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

(źródło: gazetaprawna.pl)

Prawo do korzystania z międzynarodowej marki SPAR nowy właściciel wykupił razem z 61 sklepami, które obecnie funkcjonują pod nią w Polsce. Sklepy SPAR można spotkać przede wszystkim w Niemczech i Austrii, gdzie z powodzeniem konkurują z międzynarodowymi koncernami. W tej chwili sklepy SPAR w Polsce i innych krajach są osobnymi firmami.

Nowy właściciel planuje dalszy rozwój polskiej sieci. Tylko do końca tego roku do istniejących obecnie 61 sklepów ma dołączyć kolejnych 25. Polski SPAR będzie konkurować na bardzo trudnym i zdominowanym przez zagraniczne firmy rynku sklepów dyskontowych – a więc sklepach oferujących niewielki asortyment, ale w konkurencyjnych cenach. Ten segment handlu detalicznego rozwija się obecnie w Polsce najdynamiczniej. Jeśli spośród portugalskiej Biedronki, angielskiego Tesco, czy niemieckiego Lidla polscy konsumenci będą mogli wybierać także polskie dyskonty – jest to z pewnością dobra wiadomość.