Tag Archive for finanse

Polskie drogi bez polskich wykonawców

droga

Do przetargów na budowę dróg w naszym kraju coraz rzadziej stają firmy z polskim kapitałem, informuje Rzeczpospolita. Niektóre upadły, inne walczą o przetrwanie, a te drugie mają problem z pozyskaniem kapitału. To oznacza, że o ile dotąd na 10 euro dotacji z UE 7 euro wypływało z Polski w postaci kontraktów dla firm zagraniczny, teraz ten wskaźnik przesunie się jeszcze bardziej w kierunku dla polskiej gospodarki niekorzystnym. Takie zjawisko źle wróży na przyszłość, ponieważ nie wystarczy wybudować drogę, żeby wygodnie po niej jeździć. Drogę należy jeszcze utrzymać, a na to potrzebne są podatki od polskich podmiotów gospodarczych. Kiedy drogę buduje firma z zagranicy spora część podatków odpływa do innego kraju a my możemy cieszyć się drogą tylko tak długo, dopóki nie zacznie się ona rozpadać.

Kiedy mowa o pozyskiwaniu kapitału, nie sposób pominąć roli banków. Czy taki biznes jak budowanie dotowanych z UE dróg może być opłacalny? Może, skoro firmy zachodnie (które chyba są droższe) chcą u nas budować. Dlaczego więc banki nie mogą uruchomić linii kredytowych dla polskich firm, według takich kryteriów, które wymuszą właściwe gospodarowanie?

Nie wiem tego na pewno, ale może problem wynika z tego, że 80% kapitału banków działających w Polsce należy do właścicieli zagranicznych, a tym nie zależy na tym, żeby polskie firmy budowały drogi w Polsce i być może zależy im na tym, żeby robiły to firmy z ich krajów.

Patriotyzm gospodarczy jest na czasie

Fiat

Co jest problemem polskiej gospodarki?  Jest ich wiele, ale podstawowy sprowadza się do tego, że bardzo mało w niej… polskiej gospodarki. Od początku lat 90. rządzący z ochotą rzucili się do prywatyzowania gospodarki, która dotychczas była państwowa. W większości przypadków miało to uzasadnienie ekonomiczne, ponieważ przedsiębiorstwa ponosiły straty, były źle zarządzane i produkowały niekonkurencyjne produkty. Niestety proces ten został tak bardzo pozostawiony sam sobie, że doszło tu do wielu niekorzystnych dla budżetu Polski zjawisk, a niekiedy nawet oszustw.

Przede wszystkim sprzedawano za tanio (nie uwzględniając lub niedoszacowując takich walorów, jak cena marki – co w przypadku na przykład Wedla na pewno oznacza stratę liczoną w mln zł). W przypadku PZU dopiero zmiana rządu doprowadziło do cofnięcia bardzo niekorzystnej dla Polski prywatyzacji. Nie obyło się to bez wysokich kosztów. Trudno też zrozumieć działania obecnego rządu, który w najgorszym momencie sprzedaje przedsiębiorstwa, które przynoszą zyski!

Po drugie sprzedawano pochopnie firmy kluczowe dla gospodarki, jak chociażby banki, co spowodowało, że jesteśmy pod względem finansowym kolonią, gdyż zaledwie 15% bankowości (liczonej zasobami finansowymi banków) pozostało już w rękach rodzimego kapitału. A w bankowości nie ma sentymentów. Gdy w czasie kryzysu włoski UniCredit miał kłopoty ratował się wydrenowaniem PeKaO S.A., którego jest właścicielem. Poza tym skąd mamy pewność, że zagraniczne banki nie faworyzują, na przykład za pomocą polityki kredytowej, firm ze swojego kraju? Przesłanką do postawienia takiego pytania jest historia fabryki makaronów Malma.

Po trzecie często prywatyzowano nie prywatyzując. Telekomunikacja Polska oraz sieć Idea zostały sprzedane państwowej (francuskiej) spółce France Telekom (właściciel marki Orange). Dlaczego Francuzi swoje telekomy utrzymują w formie firm państwowych, a my musieliśmy je „sprywatyzować”? Nie ma to chyba uzasadnienia biznesowego, bo przecież sieci komórkowe w Polsce rozwijały się razem ze ścisłą czołówką europejską. Nie mieliśmy tu zaszłości, weszliśmy razem z innymi i byliśmy jednymi z najlepszych.

Z drugiej strony mamy do czynienia z szeregiem ulg podatkowych serwowanych zagranicznym koncernom w zamian za to, że raczą założyć u nas fabrykę. Dlaczego tych pieniędzy nie przeznacza się na wspieranie polskich przedsiębiorców, którzy często muszą potem walczyć z tymi zagranicznymi? Nie mówiąc o tym, że z ulg korzystają u nas zagraniczni inwestorzy z takich branż jak handel, gdzie nie powinno być w ogóle mowy o ulgach.

Chaotyczne prywatyzowanie i faworyzowanie „zagranicznych inwestorów” nie jest poparte rachunkiem ekonomicznym, nie mówiąc już o kosztach społecznych. Jest wyłącznie wynikiem politycznej ideologii. Jakaś wpływowa grupa ludzi w Polsce wierzy, że prywatyzowanie jest dobre dla gospodarki. Wierzą, że „przyciąganie zagranicznych inwestorów” jest dobre dla naszych (czy ich?) portfeli.

Nietrudno dopatrzyć się w tym przeświadczeniu jakiegoś cienia PRL-u. Wtedy „zachodni produkt” z automatu oznaczał „lepszy produkt”. Państwowe to było niczyje i źle zarządzane. Ale PRL skończył się ponad 20 lat temu. Czas chyba zacząć myśleć kategoriami tu i teraz. A współcześnie świat powraca do patriotyzmu gospodarczego. Odczuliśmy to na własnej skórze, gdy Fiat zabrał produkcję Pandy do Włoch.

Czy polscy pracownicy pracowali gorzej od włoskich? Wręcz przeciwnie. Prezes Fiata przyznał, że decyzja nie miała uzasadnienia ekonomicznego, tylko chodziło o to, żeby dawać pracę ludziom we Włoszech. Obecnie produkcję do własnego kraju przywracają  Ford i  Apple a amerykańska sieć Walmart zobowiązuje się, do kupowania określonego % towarów na amerykańskim rynku. Niektóre kraje po prostu nigdy nie przestały był patriotyczne gospodarczo (Francja, Niemcy, Skandynawia). Warto zauważyć, że cały czas mówimy o krajach, które są od nas bogatsze i do poziomu których ciągle staramy się dobić. Ile to już lat? Może po prostu do tej pory robiliśmy to źle?

 

Polski przedsiębiorca ma w Polsce trudniej od zagranicznego.

isuzu

Niedługi czas temu kilka mediów z radością doniosły o kolejnej dużej, zagranicznej inwestycji w Gdyni. Ma to być filia indyjskiego koncernu świadczącego usługi biznesowe. Docelowo ma zatrudniać 500 osób i już rekrutuje (w pierwszej kolejności księgowych). Bardzo ciekawy okazuje się motyw (jeden z motywów?) przyciągający inwestora do Polski.

„Wiceprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych Marek Łyżwa poinformował, że firma WNS otrzyma wsparcie rządowe w formie grantu gotówkowego. Dodał, że kwota, jaką otrzyma holding jest jeszcze tajemnicą, a odpowiednie porozumienie w tej sprawie podpisze z WNS Ministerstwo Gospodarki. Wiceprezes PAIiIZ dodał, że pomoc finansowa dla firm inwestujących w Polsce zależy głównie od wielkości zatrudnienia i waha się od tysiąca złotych do 20 tys. zł za jedno miejsce pracy” (za: Interia).

Krótko mówiąc rząd polski dopłaca do inwestycji, których celem jest wypracowanie zysku i wyprowadzenie go do kraju macierzystego. Nasuwa się pytanie czy polska firma, która chciałaby założyć w Gdyni konkurencyjne dla WNS centrum usług biznesowych też mogłoby liczyć przynajmniej na tej samej wielkości grant finansowy?

Oczywiście można powiedzieć, że granty dla inwestorów zagranicznych rozdają też inne państwa w Europie Środkowej (np.: Słowacja). Jest to ten typ odpowiedzi, który opiera się na założeniu, że należy zawsze przyłączać się do pędzącego stada. A jeżeli stado biegnie w stronę przepaści? Myślę, że jednak strategia inkubowania własnych start-upów jest lepszą od przyciągania (a to przyciąganie kosztuje) inwestycji zagranicznych.

„W całej Europie nie ma drugiego kraju, który by tak lekkomyślnie sprzedał banki”.

bank-placowka

Na portalu Niezalezna.pl ukazał się artykuł autorstwa profesora Andrzej Zybertowicza. Chciałbym zwrócić uwagę na przytoczony przez autora fragment ze słynnych, nagranych rozmów byłego premiera RP Józefa Oleksego z biznesmenem Aleksandrem Gudzowatym:
„Przekręty szły, tak (…) w bankach zrobiono krętactwo, tylko naukowe. (…) W całej Europie nie ma drugiego kraju, który by tak lekkomyślnie sprzedał banki”.

Oleksy jako były premier i osoba z dostępem do informacji tajnych wie więcej niż przeciętny obywatel, myślę, że również więcej niż przeciętny dziennikarz.

Wtedy dziennikarze skupili się na wulgarnym języku rozmówców – ten fragment w mediach być może ukazał się po raz pierwszy. A przecież przekaz w nim zawarty mówi nam o naszej sytuacji gospodarczej więcej niż tysiące stron ekonomicznych publikacji i wystąpień Ministra Finansów. Wynika z niego, że jeden z kluczowych sektorów polskiej gospodarki został po prostu Polakom ukradziony.Zastanawiam się czy kogoś kto bierze kredyt, zakłada konto lub lokatę w jednym z tych „lekkomyślnie sprzedanych bankach” nie można porównać do delikwenta kupującego kradziony towar od złodzieja.

Nie wierzę, że sprzedane, polskie, banki można będzie łatwo odzyskać. O takich próbach mówiło się przy okazji wystawienia na sprzedaż przez Irlandczyków banku BZ WBK. Plan był taki, żeby PKO BP, który jest jeszcze pod kontrolą polskiego rządu wykupił BZ WBK tworząc tym samym bardzo silny bank w rejonie Europy Środkowej i Wschodniej. Rząd jednak wolał pieniądze przeznaczyć na łatanie dziury budżetowej i BZ WBK został przejęty przez hiszpańskiego Santandera.

Walka o polskich sektor bankowy to gra zespołowa. Tu naprawdę wszyscy jesteśmy reprezentacją. Wyobraźmy sobie jak spadnie wartość zagranicznych banków działających w Polsce, gdy większość z nas przeniesie swoje konta do Kas Stefczyka, banków spółdzielczych lub do PKO B.P. O ile nasze marzenia o lepszej jakości życia traktujemy poważnie to musimy odzyskać banki, ponieważ dla współczesnych gospodarek stanowią one niezbędny fundament. Najwyraźniej wszyscy poza nami zdają sobie z tego sprawę, ponieważ chyba nie ma w UE kraju, który taki procent sektora bankowego oddałby w obce ręce.

Czytaj także Kolonializm bankowy.

Ratujemy hiszpańskie banki – kto uratuje polskie?

PKOBP

Rząd hiszpański prosi o pomoc w ratowaniu swoich banków. Prawdopodobnie ją dostanie. W Polsce zaangażowany jest największy hiszpański bank, Santander. Należy do niego były BZ WBK, któreg próbował przejąć PKO B.P. jednak rząd chyba wolał, żeby największy polski bank wypłacił dywidendę (której Skarb Państwa otrzymuje najwięcej) niż, żeby konsolidował polski rynek bankowy w rodzimych rękach. Mamy więc ciekawą sytuację: Santander prowadzi ekspansję w Europie (poza Polską również w Szkocji i Niemczech), a z drugiej strony otrzyma pomoc od… no właśnie od kogo?

Instytucje, które udzielą Hiszpanii pożyczki, liczą na zwrot. Santander będzie musiał wyprowadzić zyski między innymi z Polski. Pewnego dnia. Coraz bardziej wygląda na to, że w czasie kryzysu nie opłaca się być „zieloną wyspą”, bo zielona wyspa ponosi koszty a nie dostaje wsparcia. Wydaje się, bowiem, że skoro hiszpańskie banki mają problemy to powinny wystawić się na sprzedaż i być może wtedy to PKO B.P., bank z kraju, który oparł się kryzysowi, mógłby kupić Santandera.

Czytaj również: Drenowanie polskich banków

Drenowanie polskich banków

kasa

Powracamy do do tematyki sektora bankowego, który stanowi smutny przykład opanowania całej branży (i to bardzo ważnej) przez kapitał zagraniczny.

Czytaj o bankowości w Polsce:

Kolonializm bankowy (paź 2011)

Gazeta Polska Codziennie opierając się na raportach unijnych ekspertów ostrzega, że polskie banki będące filiami zagranicznych spółek-matek mogą w każdej chwili zostać wydrenowane z pieniędzy. Jednym z mechanizmów, który pozwala zagranicznym bankom wyprowadzić pieniądze jest zadłużenie. Polskie filie są łącznie zadłużone na kwotę około 55 mld euro. Wystarczy, że spółki-matki wezwą do spłaty długi i polski sektor bankowy leży. Przypomnijmy, że około 70% polskiej bankowości (mierzonej wielkością kapitału) znajduje się w rękach zagranicznych koncernów. Polskim są jeszcze banki spółdzielcze, Bank Pocztowy, PKO Bank Polski oraz Kasy Stefczyka (SKOKi).

Pokusa ze strony zagranicznych banków do wyciągnięcia pieniędzy z podległych filii polskich jest duża ze względu na trwający kryzys. Jego zaistnienie obnażyło dotąd dobrze przykrywaną prawdę, że jednak koncern stara się w pierwszej kolejności utrzymać pozycję na rynku macierzystym nawet za cenę utraty rynków „skolonializowanych”. W takiej sytuacji w zasadzie niewiele mogą zdziałać władze (nawety gdyby miały ku temu wolę). Największy wpływ na to możemy mieć my – klienci banków. Przenosząc po prostu konta do banków polskich w ostatecznym rozrachunku zabezpieczymy swoje pieniądze.

Potrzebujemy polskich banków

akcjaPeKaO

 

Dnia 17 marca 1929 roku na podstawie decyzji Ministerstwa Skarbu został powołany Bank Polska Kasa Opieki Spółka Akcyjna, 29 października Sąd Okręgowy w Warszawie wpisał Bank Polska Kasa Opieki S.A. do rejestru handlowego. Bank został utworzony z myślą o licznej Polonii na świecie, której obecność zagranicą wiązała się z utrzymaniem rodziny w kraju (trzeba było jakoś posyłać pieniądze). Akcjonariuszami spółki zostały trzy państwowe instytucje finansowe: Pocztowa Kasa Oszczędności, Bank Gospodarstwa Krajowego i Państwowy Bank Rolny. Bank przetrwał II wojnę, PRL a na początku III RP był w czołówce wdrażania się w gospodarkę rynkową. Moda polityczna początków III RP była jednak zupełnie inna niż II RP i dlatego bank nie mógł już pozostawać w rękach państwowych i został sprzedany niemiecko-włoskiemu konsorcjum, w którym dominujący głos miał włoski UniCredit. Włoska grupa po dalszych transakcjach została w końcu właścicielem większościowym PeKaO S.A. Mimo propagandy sukcesu, którą głosili kolejni prezesi PeKaO S.A. wydaje się, że jego rozwój po wejściu do UniCredit raczej się zatrzymał. Nie jest to już lider innowacyjności na rynku usług bankowych. Po kryzysie w 2008 roku, gdy UniCredit znacznie stracił na wartości (i kiedy to prawdopodobnie ratował się zyskami z PeKaO) Włosi w ogóle przestali interesować się „polskim” bankiem. Jak sugeruje na swoim blogu eurodeputowany Ryszard Czarnecki być może niedługo dojdzie do sprzedaży PeKaO rosyjskiemu (państwowemu) Sbierbankowi. Byłby to już kolejny przypadek „PRYWATYZACJI” polskich dużych spółek na rzecz zagranicznych PAŃSTWOWYCH firm. Wcześniejsze przypadki to Telekomunikacja Polska wraz z Ideą (dziś Orange), czy ostatnia sprzedaż Ery (dziś T Mobile) koncernowi, w którym rząd niemiecki ma bezpośrednio i poprzez państwowy bank 32% udziałów.

W ten sposób bank o wielkiej historii stałby się elementem rosyjskich wpływów gospodarczych w Polsce. Wpływów, które w żaden sposób nie mogą wydawać się korzystne. Nikt chyba lepiej od Polaków (i może Bałtów) nie wie lepiej, że ze strony Rosji nie płyną ani innowacje techniczne, ani dobre wzory kulturowe, Rosjanie nie słyną też jako znakomici bankierzy (rosyjscy miliarderzy trzymają swoje pieniądze poza Rosją). System bankowy pozostający w rękach własnego kapitału o dość silnym kręgosłupie moralnym może być lepszym zabezpieczeniem niż wielotysięczna armia (patrz.: Szwajcaria, Monako, Lichtenstein, ale przede wszystkim Niemcy, których sukces gospodarczy zawsze leżał na fundamencie rodzimych – spółdzielczych i państwowych – banków). Tymczasem na naszym rynku polskich banków ubywa (niedawno zniknęła marka Lukas  Bank, być może znikną też BZ WBK i Kredyt Bank), a pojawiają się zagraniczne: PolBank, Santander, ING. Na posterunku pozostają już tylko państwowy PKO B.P. SKOK-i (Kasy Stefczyka) oraz pospolite ruszenie banków spółdzielczych. Czy to wystarczy na obronę naszego dobrobytu materialnego, który jak twierdzą historycy jest najwyższy w historii. Gdy zabraknie nam polskich banków, któregoś roku może okazać się, że lepiej już było.

Zastanawiam się czy społeczeństwo polskie jest w stanie zebrać się do zbiorowych działań po to by poprawić sytuację swoją, swoim dzieciom i wnukom. Gdy słyszymy, że na nasz rynek trafiła szkodliwy dla zdrowia produkt z Chin unikamy go chociaż na pierwszy rzut oka tej zdrowotnej szkodliwości nie widzimy. Wierzymy komuś, kto napisał/powiedział o tym w mediach i unikamy wbrew własnym zmysłom. Jeżeli produkt jest nam potrzebny to kupimy podobny wyprodukowany gdzieś indziej (zwykle drożej). Kiedy rzecz dotyczy finansów już tak nie działamy. Kiedy ktoś na blogu PatriotyzmEkonomiczny.pl pisze, że bank z kapitałem włoskim, rosyjskim, niemieckim czy amerykańskim jest dla nas szkodliwy, drenuje nas z kasy, ogranicza rozwój, odbiera przyszłość naszym potomkom – nikogo to nie skłoni do zamknięcia konta w obcym banku i przeniesienia go do SKOK-u czy banku spółdzielczego.

Może się mylę…?

Zmiana klimatu?

Jan Kulczyk to sztandarowa postać polskiego biznesu po 1989 roku. Jego działalność jako przedsiębiorcy kojarzy się z dużymi prywatyzacjami i sprzedażą polskich przedsiębiorstw rozmaitym podmiotom międzynarodowym (Telekomunikacja Polska SA, Kompania Piwowarska). Z patriotyzmem ekonomicznym ma to niewiele wspólnego. Dlatego dziwić może wywiad, który ukazał się kilka dni temu w „Rzeczpospolitej” (w pierwszym tegorocznym numerze). Zaczyna się on od mocnej wypowiedzi

W Polsce trwa debata publiczna na temat repolonizacji polskich banków. Czy mamy szanse, by w momencie osłabienia zagranicznych spółek przejąć ich polskie aktywa?

A dlaczego tylko polskie aktywa? A dlaczego tylko banki? To może jeden z ostatnich momentów na skuteczne, skokowe podniesienie konkurencyjności polskich firm, a zatem i kraju.

I na tym się nie kończy. Dalej czytamy między innymi:

na pewno jest teraz czas, by rozejrzeć się w regionie i odegrać rolę, w której wcześniej się nie widzieliśmy ani nas nie obsadzano. Nie myślmy jedynie o polonizowaniu banków. Myślmy o polonizowaniu Europy

Wprawdzie, jak można się domyślać po lekturze wywiadu, Kulczyk mówi to wszystko w celu stworzenia przyjaznego klimatu wokół jego kolejnych planów biznesowych. Niemniej jednak, tego rodzaju wypowiedzi pokazują, że klimat wokół patriotyzmu ekonomicznego rzeczywiście się zmienia.

Czy kapitał ma narodowość? Coś się zmienia.

bigos

Jak zauważa Igor Janke na łamach Rzeczypospolitej do niedawna jedyna poprawna odpowiedź na pytanie zawarte w tytule brzmiała: oczywiście nie. Jednak ostatnie procesy gospodarcze na świecie sprawiają, że odpowiedź nie jest już tak oczywista. W roku 2009, gdy światowy kryzys finansowo dopiero się rozpoczynał prezydent Francji wzywał rodaków do kupowania rodzimych produktów wskazując takie działanie jako jeden ze sposobów walki z załamaniem gospodarczym.

Silne państwa dbają o wielkie, rodzime koncerny a często są po prostu ich właścicielami. Telekomunikacja Francuska (w tym Orange – należą do nich również Telekomunikacja Polska) jest firmą państwową. Volkswagen należy do państwa niemieckiego, a Gazprom do rosyjskiego. Na silnych markach w/w państwa opierają swoją potęgę gospodarczą i wydaje się, że kalka myślowa „kapitał nie posiada ojczyzny” służy tylko odwróceniu uwagi od wykupowania przez koncerny pochodzące z silnych krajów firm w słabszych krajach. Trendy odnośnie patriotyzmu gospodarczego wydają się być obecnie niedookreślone. Z jednej strony Fiat przenosi produkcję Pandy z Polski do Włoch i prezes tej firmy przyznaje, że ta decyzja nie miała uzasadnienia finansowego a opierała się na poczuciu patriotyzmu gospodarczego i zapewnienia pracy Włochom a nie Polakom. Z drugiej strony firma Jeronimo (kontrolująca m.in. polską Biedronkę) przenosi swoją siedzibę z rodzinnej Portugalii do Holandii ze względu na niższe podatki. I tu zaskoczenie – Portugalczycy są oburzeni i wzywają do bojkotu sieci sklepów Pingo Doce (należących do Jeronimo).

Zastanawiam się czy w Polsce udałby się bojkot Polsatu do czasu aż zacznie płacić podatki w Polsce? Albo przekonać, że produkty francuskiego Danona nie są wcale lepsze od produktów Mlekovity czy Bakomy. Albo, że bezpieczniej i korzystniej jest założyć konto w Kasach Stefczyka lub Banku Spółdzielczym niż w filii zagranicznego banku

Przeczytaj także: Kolonializm bankowy
Powrót Pandy do Włoch oraz oburzenie Portugalczyków wskazują, że na Zachodzie patriotyzm konsumencki rośnie w siłę.

Kapitał zagraniczny: korzyści czy straty?

buty

Jak co roku Narodowy Bank Polski opublikował raport prezentujący wyniki jakie osiągnęły zagraniczne firmy w Polsce. W 2010 roku zagraniczni inwestorzy mimo kryzysu zarobili 11,3 mld euro. Nie jest to kwota dużo mniejsza niż w rekordowym roku 2008, kiedy to z Polski wypłynęło 13,8 mld. Wg raportu średnia rentowność zainwestowanego w Polsce kapitału wyniosła 7,5%.

Najwięcej zarabiają na polskim rynku firmy z Holandii, Francji i Niemiec, natomiast najlepiej (czyli mając największą rentowność) Rosjanie. Zagraniczne firmy realizują swoje zyski poprzez wypłatę dywidendy, zwrotu pożyczek i ich oprocentowania lub opłat (na przykład za korzystanie ze znaków towarowych). Wysokość wyprowadzonego z Polski kapitału wystarczyłaby na załatanie dziury budżetowej. Oczywiście inwestycje kapitału zagranicznego w Polsce mają też swoje dobre strony. Niestety – nie wiem jakie.

Wydaje mi się, że lepiej dla polskiej gospodarki kiedy zysk wypracuje firma polska niż zagraniczna. Tym bardziej, że zagraniczne inwestycje w Polsce nie zapewniają nam na przykład skoku cywilizacyjnego. Nie dorobiliśmy się swojej Nokii jak Finowie. Przez inwestorów z Zachodu jesteśmy traktowani równorzędnie z krajami rozwijającymi się i inwestuje się u nas ze względu na tanią siłę roboczą. Przejęcie Telekomunikacji Polskiej przez Francuzów nie poprawiło jakoś znacząco zadowolenia polskich konsumentów z usług tej firmy. Poziom usług pozostał ten sam, ale ileś osób straciło pracę, żeby francuski właściciel mógł mieć większe zyski.

Nie uważam, aby inwestycje zagraniczne same w sobie były zjawiskiem niepożądanym. Nie podzielam jednak również bałwochwalczego entuzjazmu niektórych ekonomistów i komentatorów, którzy każdą inwestycję witają jak księcia na białym koniu, a nominalny poziom zaangażowania zagranicznych firm uważają za wskaźnik postępu. Przy inwestorach zagranicznych należy brać pod uwagę, czy wnoszą coś nowego do naszej gospodarki, czy uczą nas czegoś, na czym w przyszłości my Polacy będziemy mogli zarobić. Po co nam inwestycje, które pogryzają polskie firmy? Czy naprawdę dobrym rozwiązaniem jest oddanie w obce ręce ponad 3/4 sektora bankowego? Czy musieliśmy sprzedawać sieci komórkowe, które rozwijały się w tempie takim samym jak ich zagraniczni konkurenci. Krótko mówiąc pomyślmy też o jakości zagranicznych inwestycji nie podniecając się tylko ich ilością.

I chociaż wiele dobrych firm zostało sprzedanych całkiem niepotrzebnie to nie należy rozpaczać, że mleko zostało rozlane. Wszystko w rękach zwykłych konsumentów. Wystarczy, że zaczną wiedzieć który kapitał jest polski i uwzględniać tę zmienną w swoich codziennych zakupach.