Archive for Przegląd informacji dnia

Zamki na piasku z dotacji UE

źródło: tvp.info

Na fali wakacyjnych klimatów w mediach pojawiła się informacja o bezrobotnym, który otrzymał 40 tys. dotacji i 1200zł wsparcia przez pół roku na działalność polegającą na budowaniu zamków z piasku. Obszarem działalności nowej firmy powstałej dzięki UE jest plaża w Kołobrzegu. Nie słyszałem o projekcie, który stanowiłby lepszą alegorię systemu dopłat UE. Dotacje UE to „zamki na piasku”. Takie stwierdzenie zrani wiele uszu w Polsce, ponieważ dotacje UE są u nas traktowane jak manna z nieba, dar od losu, czymś co nie do końca rozumiemy, ale wielbimy – słowem: bóstwo. Jak w każdej religii i w tej nagromadziło się wiele mitów. Proponuję zweryfikować kilka z nich.

Mit pierwszy polega na przekoaniu, że dotacje UE dostajemy dzięki życzliwej postawie krajów starej UE (szczególnie Niemiec) do Polski. W tym założeniu kryje się między wierszami konieczność wyrażenia wdzięczności wobec nich. Tymczasem tu nie ma żadnych sentymentów i za dotacje UE zapłaciliśmy zanim zaczęliśmy je dostawać. I płacimy nadal. Kosztem jest otwarcie polskiego rynku zbytu na eksport z krajów UE oraz umożliwienie wykupienia polskich zakładów i ziemi. Czasami na tym zyskujemy (gdy zachodni inwestor ratuje upadający zakład i daje miejsca pracy) a czasami tracimy (gdy inwestor kupuje tylko po to, żeby zamknąć konkurencyjny zakład). W Polsce, w związku z wysokim bezrobociem, bardzo cenimy sobie tworzenie nowych miejsc pracy. Zagraniczni inwestorzy wiedząc o tym obiecują dużo miejsc pracy ale w zamian żądają dotacji i zwolnień od podatków, a polskie władze najczęściej się na to godzą. W specjalnych strefach ekonomicznych dzieje się to nawet systemowo. W efekcie polscy przedsiębiorcy muszą sumiennie płacić wysokie, polskie podatki, a zachodni inwestorzy są z nich zwolnieni.

Drugi mit, w który wierzymy to, że dotacje UE to dodatkowe pieniądze dla Polskiej gospodarki, dzięki którym może się ona rozwijać. Ciekawe jest to, jak często można w mediach znaleźć informację o tym ile dostajemy z UE a jak rzadko podawana jest wysokość polskiej składki do UE (około 18 mld zł w 2013). Licząc w prosty sposób wychodzimy na plus, ponieważ dotacja dla Polski jest kilkakrotnie wyższa. Nie uwzględnia się tu jednej ważnej rzeczy: kto realizuje projekty z pieniędzy UE. Największe pieniądze są w projektach infrastrukturalnych: drogi, mosty, obiekty użyteczności publicznej. W nich bardzo często wykonawcami są firmy ze starej unii (głównie z Niemiec).

Z badania MRR wynika, że suma pośrednich i bezpośrednich korzyści uzyskanych przez firmy zachodnioeuropejskie dzięki realizacji projektów finansowanych z funduszy europejskich jest ogromna: w okresie 2004-15 sięgnie 151 mld zł (czyli 37,8 mld euro)! To prawie 50 proc. całej kwoty, którą Unia przyznała Polsce w obecnie obowiązującym budżecie.
Najwięcej kontraktów zgarnęły firmy niemieckie (50 proc. łącznej wartości umów). Na drugim miejscu są Duńczycy (12 proc.), potem Austriacy (10 proc.), a dopiero na czwartym Francuzi (ok. 6 proc.).

Cały tekst: wyborcza.pl

I tak naprawdę to taką sytuację możemy nazwać budowaniem zamków z piasku. Jeżeli drogę wybuduje firma z Niemiec, to większość pieniędzy z tego kontraktu trafi do niemieckiego obiegu gospodarczego a nie do polskiego. Im więcej pieniędzy obraca się w gospodarce tym więcej państwo ma podatków, z których między innymi utrzymuje drogi. Jeżeli pieniądze obracane przy okazji budowy drogi nie zostają w Polsce to państwo polskie nie będzie miało za co tych dróg utrzymać, a więc fundujemy sobie kilkuletnią jednorazówkę. Bo drogę nie wystarczy wybudować. Trzeba ją odśnieżać, naprawiać, wykaszać pobocza itd. Oczywiście: lepiej jest mieć drogę (nawet jednorazówkę) niż jej nie mieć. Ale jeszcze lepiej mieć drogę, którą wybuduje polska firma. Firma, która zapłaci podatki w Polsce, zysk ulokuje w Polsce. Lepiej mieć solidny dom na skale niż piaskowy zamek na plaży.

W kryzysie kapitał wraca na swój bazowy rynek

zielonawyspa

Czy w Polsce żyje się dobrze? Zależy jaki punkt odniesienia przyjmiemy. Z punktu widzenia mieszkańca afrykańskiego Czadu, w którym codziennym problemem jest zdobycie wody i jedzenia, Polska jest krajem dobrobytu. Z kolei jeżeli porównamy się do naszego bezpośredniego, zachodniego sąsiada jesteśmy krajem biednym, w którym marnuje się wiele ludzkiej energii poprzez biedę, bezrobocie i coraz gorszy system edukacji. Jestem daleki od fatalizmu i uważam, że w Polsce jest dobrze. Jednak wyznaję zasadę, że kto stoi w miejscu ten się cofa i dlatego za naturalne uznaję dążenie do poprawiania bytu ekonomicznego obywateli Rzeczypospolitej.

Jednym z kierunków wzrostu dobrobytu może być kształtowanie się wśród Polaków postawy patriotyzmu gospodarczego i konsumenckiego. Patriotyzm gospodarczy to odpowiednia polityka państwa sprzyjająca przedsiębiorstwom z rodzimym kapitałem. Mimo wielu wiążących umów międzynarodowych, szczególnie w Unii Europejskiej, jest to możliwe. Wiedzą o tym przedsiębiorcy w Niemczech, których rząd aktywnie wspiera „swoich”. Polscy przedsiębiorcy nie bardzo mogą liczyć na poparcie swoich władz. Może to zmieni się. Niebagatelna w tym rola mediów, które swoją narracją mogą ukierunkować zmiany społeczne i gospodarcze.

Ostatnio z dużą satysfakcją zauważyłem, że temat patriotyzmu gospodarczego wreszcie zaczął być dostrzegany przez polskich dziennikarzy. W Dzienniku Gazecie Prawnej możemy zobaczyć w tytule: „Ciemna strona polskiej gospodarki: Obce koncerny miały w 2013 roku 16,1 mld euro dochodu”. Autor przytacza opinię:

„Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ, mówi, że duże wypłaty dla zagranicy nie powinny dziwić przy takim stanie gospodarki, w jakim była ona w ubiegłym roku. – W czasie spowolnienia mało kto inwestuje. Poza tym ostatni kryzys dość wyraźnie pokazał, że kapitał ma jakiś paszport i wraca na swój bazowy rynek, gdy dzieje się na nim źle – dodaje ekonomista”.

Po latach lansowania tezy, że kapitał nie ma ojczyzny polscy ekonomiści zaczynają więc mówić do rzeczy. Dla ścisłości dodajmy, że kapitał z BGŻ wraca na rynek holenderski, ponieważ tam mieści się siedziba Rabobanku, który jest właścicielem BGŻ.

W miesięczniku UważamRze pojawił się artykuł „Problem krajowy brutto”, w którym autor przedstawia w przystępny sposób różnicę między wskaźnikami: produkt narodowy brutto i produkt krajowy brutto. Ten drugi został w Polsce wprowadzony w 1990 roku. Jak zauważa autor zysk niemieckiej firmy operującej w Polsce (np.: Lidla) zwiększa PKB, ale nie zwiększa PNB. Kiedy zatem cieszymy się ze wzrostu polskiego PKB (i np.: nazywamy Polskę „zieloną wyspą”) pamiętajmy, że istotna część tego PKB to zyski i dochody zagranicznych koncernów, które nie przyczyniają się do wzrostu zamożności Polaków.

Takie publikacje w mediach można poczytywać za oznakę dobrych zmian, ale te zmiany nie odbędą się same. Potrzebne są zorganizowane działania zarówno odgórne (rządowe/parlamentarne) jak i oddolne. Jeżeli nam Polakom nie będzie zależało, żeby nasze rodzime firmy wzrastały to ani UE, ani Opatrzność za nas tego nie zrobią.

Google nie płaciło podatków w W. Brytanii – co to znaczy dla nas?

doodle

Press.pl: „Barney Jones, były dyrektor brytyjskiego oddziału Google, oskarżył swojego dawnego pracodawcę o to, że zyski wygenerowane w Wielkiej Brytanii przepuszcza przez oddziały w Irlandii, a następnie przelewa do raju podatkowego na Bermudach.”

Co taka informacja znaczy dla Polski? Bardzo dużo, bo po raz kolejny potwierdza, że obecność zagranicznych koncernów na polskim rynku nie jest zbyt korzystna. Od roku 1989 zagraniczne inwestycje to był termin, który utożsamialiśmy z rozwiązaniem wszystkich problemów. Zagranicznych inwestor miał znaczyć lepsze technologie, utrzymanie miejsc pracy, rozwój gospodarki. Rzeczywistość weryfikuje te oczekiwania. Utrzymanie miejsc pracy tylko na jakiś czas, lepsze technologie czasami tak, czasami nie. Bardzo często chodziło tylko o to, żeby wejść na nasz rynek z produktem z rodzimego kraju koncernu usuwając polską konkurencję. W przypadku rynku chemii gospodarczej dziś wiemy, że niemieckim firmom chodziło o zalanie polskiego rynku proszkami i płynami, które chociaż nazywają się tak samo jak niemieckie odpowiedniki, są dużo gorszej jakości. Dlatego tak wielu konsumentów albo kupuje na bazarach oryginalną chemię sprowadzaną z Niemiec, albo odkrywa na nowo polskie produkty firm, które pozostały w polskich rękach i jednocześnie dużo lepiej dbają od jakość (np.: Biały Jeleń).

Zagraniczne koncerny na rynku to przede wszystkim unikanie podatków (efekt „jazdy na gapę” jak nazywają to ekonomiści). Te wielkie firmy korzystając z infrastruktury, do której dorzucają się podatnicy w Polsce (drogi, Policja, infrastruktura komunikacyjna, utrzymanie zieleni) stosują mnóstwo trików, które pozwalają im wyprowadzać dochody bez opodatkowania albo do firm matek w rodzimych krajach, albo do rajów podatkowych. I tak na przykład zagraniczna firma kurierska działająca w Polsce płaci mniej na utrzymanie dróg w naszym kraju niż Jan Kowalski, który po tych drogach jeździ mniej.

Zagraniczni inwestorzy czasami czują trend rodzącego się w Polsce patriotyzmu gospodarczego i szczególnie mocno podkreślają, jakimi są polskimi patriotami. Temu służą wykupione znaki Teraz Polska wiszące na sklepach niemieckiej sieci Lidl, czy kampania „My Polacy tak mamy…” w należącej do portugalskiej rodziny sieci Biedronka. Jest w tym drugie dno, bo nawet jeżeli w tych sieciach są polskie produkty, to czy dostawcy polscy nie muszą bardziej ustępować, żeby umieścić swoje produkty niż dostawcy z rodzimego kraju sieci? Nie istniejąca już na naszym rynku sieć hipermarketów reklamowała się kiedyś hasłem „30% produktów polskich”. Pytanie, ile procent obrotów tej sieci (w PLN) stanowiło te 30% polskich produktów i ile z tego mieli dostawcy?

Czasami zagraniczne inwestycje są wprost działaniem wrogim. Tak było w przypadku wielu polskich browarów, które kupiono tylko po to, żeby je zamknąć. Tak obecnie jest z próbą przejęcia największych zakładów chemicznych w Polsce przez spółki rosyjskie. W tym drugim przypadku chodzi o uzależnienie polskiej gospodarki od dostaw gazu z Rosji oraz przejęcie kilku ciekawych patentów.

Czy można coś z tym zrobić? Po pierwsze musimy wymagać od rządzących, żeby chcieli i umieli walczyć z wykorzystywaniem nas przez koncerny. I rozliczać ich z tego przy urnach wyborczych. A między wyborami możemy sami kierować się na zakupach patriotyzmem konsumenckim wybierając produkty i usługi firm z polskim kapitałem.

P.S. Według badania Megapanel serwisy Grupy Google są od wielu lat liderem w Polsce pod względem liczby odwiedzających jej osób.

Polskie drogi bez polskich wykonawców

droga

Do przetargów na budowę dróg w naszym kraju coraz rzadziej stają firmy z polskim kapitałem, informuje Rzeczpospolita. Niektóre upadły, inne walczą o przetrwanie, a te drugie mają problem z pozyskaniem kapitału. To oznacza, że o ile dotąd na 10 euro dotacji z UE 7 euro wypływało z Polski w postaci kontraktów dla firm zagraniczny, teraz ten wskaźnik przesunie się jeszcze bardziej w kierunku dla polskiej gospodarki niekorzystnym. Takie zjawisko źle wróży na przyszłość, ponieważ nie wystarczy wybudować drogę, żeby wygodnie po niej jeździć. Drogę należy jeszcze utrzymać, a na to potrzebne są podatki od polskich podmiotów gospodarczych. Kiedy drogę buduje firma z zagranicy spora część podatków odpływa do innego kraju a my możemy cieszyć się drogą tylko tak długo, dopóki nie zacznie się ona rozpadać.

Kiedy mowa o pozyskiwaniu kapitału, nie sposób pominąć roli banków. Czy taki biznes jak budowanie dotowanych z UE dróg może być opłacalny? Może, skoro firmy zachodnie (które chyba są droższe) chcą u nas budować. Dlaczego więc banki nie mogą uruchomić linii kredytowych dla polskich firm, według takich kryteriów, które wymuszą właściwe gospodarowanie?

Nie wiem tego na pewno, ale może problem wynika z tego, że 80% kapitału banków działających w Polsce należy do właścicieli zagranicznych, a tym nie zależy na tym, żeby polskie firmy budowały drogi w Polsce i być może zależy im na tym, żeby robiły to firmy z ich krajów.

Zabetonowany rynek prasy regionalnej w Polsce

mapa1

W marcu 2013 dokonała się fuzja prasy regionalnej w Polsce. Należąca do do niemieckiej Verlagsgruppe Passau spółka córka Polskapresse kupiła 100% udziałów w Mediach Regionalnych (dotychczas należących do brytyjskiego Mecomu). W ten sposób powstaje koncern, który skupi prawie całą prasę regionalną oraz około setki portali lokalnych w jednym ręku. W ten sposób rynek prasy regionalnej został praktycznie zabetonowany niemieckim betonem. W komentarzach na temat tej transakcji możemy znaleźć wiele informacji o biznesowej stronie, czyli o nowych możliwościach, które zyskuje Polskapresse i idealnym uzupełnianiu się dwóch dotąd odrębnych organizmów. Komentarze te taktownie utrzymywane są w ramach przekonania, że „kapitał nie ma ojczyzny”.

Kapitał może i ojczyzny nie ma, ale właściciele kapitału już tak. A właściciele Polskapresse są Niemcami i ten fakt należy rozważyć. W tej chwili o tym co pisze się o Polsce wojewódzkiej i powiatowej będzie decydował w całości ktoś w Niemczech. Nie będzie oczywiście jawnych instrukcji ani zaleceń. Istnieje jednak w pracy dziennikarzy coś jak autocenzura. Ilu z nich zawaha się, gdy trzeba będzie drążyć sprawę uchybień w zakładzie należącym do jakiegoś niemieckiego koncernu?

Ile z nich będzie bało się chwalić niemieckosceptycznych polityków polskich lub ilu zacznie na wszelki wypadek promować polityków niemieckoentuzjastycznych? Pamiętajmy, że obecnie samorządy mają bardzo duże znaczenie w organizacji życia i gospodarki. Rozdzielają duże środki unijne, wyłaniają wykonawców dużych kontraktów. Do tych przetargów bardzo często przystępują firmy z Niemiec. Niemieckie prawo skarbowe pozwala odpisać od podatku duże kwoty wydane na tzw. fundusz reprezentacyjny o ile zostały wydane za granicą (w praktyce chodzi o dane za granicą łapówki). Pracy naszych samorządów głównie przyglądają się gazety regionalne, które obecnie należą do niemieckiego koncernu.

Sama obecność obcych koncernów w naszej gospodarce nie przeszkadza mi. Wprowadzają element rywalizacji, który służy potem konsumentom, w przypadku gazet: czytelnikom. W przypadku mediów, które pełnią rolę IV władzy służy to również wszystkim obywatelom, czyli również tym nieczytającym. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z powstaniem monopolu na rynku gazet regionalnych. A monopole nie służą poprawie jakości usług, wręcz przeciwnie. Monopole zawyżają ceny i obniżają jakość usług. Dlatego czułbym się dużo lepiej, gdyby w Polsce na poziomie wojewódzkim i powiatowym obok Polskapresse działały też rodzime media o tym samym zasięgu. A takich nie ma lub są bardzo niszowe. Tam gdzie jednak powstają dużo zależy od nas, zwykłych ludzi, bo to my wybieramy po jakie medium sięgniemy.

 

DQ80251 przywita Merkel i Tuska

dcdHonover

Najszybszy na świecie procesor z rodziny 8051 uświetni uroczystość otwarcia tegorocznych targów CeBIT w Hanowerze. Polski układ, zaprojektowany przez Digital Core Design, będzie jednym z czterech urządzeń zaprezentowanych kanclerz Angeli Merkel i premierowi Donaldowi Tuskowi, którzy 5 marca dokonają otwarcia tegorocznych targów. Procesor z Bytomia będzie reprezentował polskie dokonania w branży IT, promując Polskę jako kraj partnerski CeBIT 2013.

DQ80251 jest najszybszym na świecie procesorem z rodziny 8051, zaprojektowanym przez bytomskie laboratoria Digital Core Design. O układzie stało się głośno na początku 2012 roku, gdy firma poinformowała o stworzeniu układu, który był ponad 50. razy bardziej wydajny od standardu stworzonego przez firmę Intel. – Na stoisku narodowym podczas tegorocznego Cebitu zaprezentujemy ten sam układ, ale w nowej odsłonie – mówi Jacek Hanke, prezes Digital Core Design – dzięki pracy naszych inżynierów, zoptymalizowaliśmy działanie procesora, dzięki czemu jest w chwili obecnej ponad 66 razy szybszy od standardowego układu 8051.

Co to oznacza w praktyce?  – Nasz procesor wykonuje więcej operacji, w krótszym czasie i przy mniejszym zużyciu energii,  a o to przecież właśnie chodzi we współczesnej elektronice – dodaje Hanke.

Procesory z rodziny 8051 są najprawdopodobniej najpopularniejszym typem procesorów przemysłowych w historii. Praktycznie w każdym komputerze działa jeden główny procesor, wokół którego może działać od kilkunastu do kilkudziesięciu mikroprocesorów 8051. Mało kto też wie, że niemal w każdej karcie SIM w naszym telefonie znajduje się właśnie… układ 8051, a ponad połowa urządzeń USB (w tym popularnych pendrive) wykorzystuje procesory z tej rodziny. Nic więc dziwnego, że ostrożne szacunki mówią o co najmniej kilkudziesięciu miliardach urządzeń elektronicznych zbudowanych z wykorzystaniem tych układów, z czego około 250 milionów zostało zaprojektowanych przez Digital Core Design.

Bytomscy inżynierowie od 1999 roku (założenie firmy) zaprojektowali ponad 70 różnych rozwiązań, które znajdują zastosowanie m.in. w satelitach, samolotach, samochodach, urządzeniach przemysłowych, czy wreszcie w elektronice użytkowej. W efekcie, architektury opracowane przez Digital Core Design zostały licencjonowane klientom takim jak Intel, Sony, Philips, czy Siemens.

Spółka „Inwestycje Polskie”

PIR

Powstanie spółki Polskie Inwestycje Rozwojowe S.A. (dalej: PIR) niewątpliwie jest krokiem w dobrym kierunku. W działaniu takiej spółki jak IP ważne będzie czy jej działalność będzie służyła inwestycjom POLSKICH PRZEDSIĘBIORCÓW, czy inwestycjom NA TERENIE POLSKI. Od tego, która opcja zostanie przyjęta do realizacji zależy to, czy w dłuższej perspektywie będziemy szli w kierunku modelu Japonii, Korei, Tajwanu, które stając się „fabryką świata” wytworzyły swoje rodzime firmy/marki wnoszące duży wkład w dobrobyt gospodarczy tych państw (Toyota, Honda, Sony, Samsung, HTC), czy raczej w kierunku Indonezji, Chin czy ostatnio Bangladeszu, które stając się nową „fabryką świata” stanowią tylko kolonialne zaplecze wielkich koncernów z Zachodu.

Powstanie PIR poparło Polskie Lobby Przemysłowe, które na swojej stronie pisze, że „Polskie Lobby Przemysłowe zaznacza zarazem, iż efektywne wykorzystanie tego rodzaju dźwigni inwestycyjnej powinno być kluczowym elementem szerzej zakrojonej strategii reindustrializacji Polski. Jej celem powinno być długookresowe powiększenie potencjału gospodarczego kraju za pomocą świadomej przebudowy i przemiany struktury gospodarki ukierunkowanej na  stworzenie bądź wzmocnienie roli bardziej wydajnych i nowoczesnych jej gałęzi”.

Cała opinia na stronie PLP

 

Komu ulgi

spawanie2

Zestawmy ze sobą dwie informacje:

Pierwszą zamieścił Puls Biznesu i dotyczy polskiej firmy z Katowic, Energoinstalu. Ta rodzinna firma (bynajmniej nie mała, bo jest to spółka giełdowa) wynalazła nowoczesną metodę spawania laserem. Kurs jej akcji wzrósł dziś o 15%.

Drugą znalazłem na lokalnych stronach Gazeta.pl i mówi o tym, że mieszczące się w Pomorskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej japońskie firmy zwalniają pracowników i… przenoszą się do Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Nie wiem czy Enegoinstal korzysta z jakiś ulg podatkowych – być może tak. Nie wydaje mi się jednak, aby przewyższały one korzyści, jakie japońskie firmy mają ze zwolnień podatkowych umieszczając produkcję w specjalnych strefach ekonomicznych. Nasuwa mi się pytanie czy rząd dobrze robi wspierając tak intensywnie zagranicznych inwestorów. Nie mówię, że całkowicie mamy odpuścić sobie zagraniczne inwestycje. Mówi się, że mogą być one źródłem know how. Wydaje się jednak, że wszystkie te firmy zagraniczne, które wchodzą do specjalnych stref ekonomicznych wielkiej zmiany jakościowej w polskiej gospodarce nie wprowadzają. Jak już to raczej tej zmiany szukałbym wśród polskich firm takich jak Enorgoinstal czy DCD (super-szybko procesor – można poczytać o nich na naszym blogu). Jest to tym bardziej wskazane, że w/w polskie firmy dają nadzieję na wzrost zatrudnienia wśród dobrze wykwalifikowanych specjalistów podczas, gdy zagraniczni inwestorzy co najwyżej liczą na naszą tanią siłę roboczą, a co za tym idzie utwierdzają nas w roli podrzędnego kraju na globalnym rynku.

Polskie (Słowackie?) Koleje Linowe

źródło obrazka:  Rynek Kolejowy

Portal wplityce.pl informuje o możliwości prywatyzacji Polskich Kolei Linowych w Tatrach. Jako potencjalnego kupującego wskazuje w sumie konkurencyjne dla PKL słowackie przedsiębiorstwo z tej samej branży. Wskazuje hipotetyczny przypadek, gdy Słowacy po zakupie PKL mogą czasowo zamykać (np.: z przyczyn technicznych) przewozy po stronie polskiej po to, żeby napędzić ruch na swoich stokach. Co ciekawe jest też polski inwestor zainteresowany kupnem.

W tej historii jest jeszcze inny wymiar, który nie został poruszony przez portal. Ziemie pod PKL zostały znacjonalizowane w czasach PRL, po to, żeby stworzyć kolejkę służącą wszystkim Polakom. Tak to tłumaczono góralom, którym zabierano ziemię. Dlaczego dziś, gdy ma dojść do denacjonalizacji po prostu nie oddać PKL rodzinom, którym zabrano ziemię w PRL?

 

 

Przetarg na śmigłowce dla Wojska Polskiego

sokol

Dziś najważniejszą informację dotyczącą polskiej gospodarki podaje Rzeczpospolita: Wojsko Polskie kupi w najbliższym czasie helikoptery za około 10 mld złotych. To największy wojskowy kontrakt od czasów F-16. Warto do tamtego przetargu wrócić. Mówiono wtedy o dwóch aspektach: wartości bojowej i offsecie. Wartość bojowa wiadomo czym jest – nie wiadomo do końca która z trzech propozycji (F-16, Mirage, Gripen) była najlepsza bojowo, ale rządząca wtedy SLD podkreślała, że Amerykanie (czyli F-16) zaproponowali najwyższy offset. Offset to nic innego jak obietnica inwestycji w zamian za kontrakt. Jednak to nie miały być zwykłe inwestycje tylko takie z nowoczesnymi technologiami. Podawano przykład Finlandii, która dzięki offsetowi ma Nokię (wtedy niekwestionowanego lidera w komórkach). Chyba nie przesadzę piszą, że offset okazał się fikcją i nabijaniem Polaków w butelkę. W przeciwieństwie do ceny (3,5 mld za same samoloty potem około 0,5 mld za dozbrojenie oraz nie wiem ile za szkolenia pilotów), którą trzeba było zapłacić Amerykanom.

 

Już wtedy pojawiły się głosy, że zamiast kupować technologię z lat 60. (wtedy skonstruowano F-16) może lepiej włożyć te pieniądze w rozwój własnego projektu samolotów bezzałogowych. Już wtedy wiedziano, że przyszłość lotnictwa to drony. Brzmiało to bardzo odważnie i władze tematu nie podjęły. Jednak w przypadku przetargu na śmigłowiec powinien on zostać podjęty jak najbardziej, ponieważ posiadamy w Polsce fabrykę bardzo dobrych śmigłowców. Jeżeli więc przetarg na śmigłowce dla Wojska Polskiego wygra amerykański Sikorsky lub inna zagraniczna firma to rząd polski będzie można uznać za jednego z większych wrogów polskiej gospodarki.