Archive for Dobre praktyki

Prof. Rybiński o kulturowych barierach dla patriotyzmu ekonomicznego

KR

 

W najnowszym numerze „Uważam Rze” możemy znaleźć interesujący artykuł prof. Krzysztofa Rybińskiego „Jak pokonać antypolski szowinizm gospodarczy”. Autor posługuje się wprawdzie pojęciem patriotyzmu ekonomicznego, ale odnosi sie przede wszystkim do działań administracji publicznej.

(…) patriotyzm ekonomiczny to podejmowanie takich działań przez jednostki i administrację publiczną, które prowadzą do szybkiego rozwoju gospodarczego i społecznego kraju (…).

Zatem prof. Rybiński zajmuje się tym, co na łamach niniejszego bloga określamy mianem patriotyzmu gospodarczego. Mniejsza jednak o terminologię. Pierwsza część tekstu podaje przykłady różnych form patriotyzmu ekonomicznego w rozumieniu autora. O wiele bardziej ciekawa jest jednak druga część artykułu. Prof. Rybiński zwraca uwagę, że jednym z najpoważniejszych problemów, który sprawia, że idee patriotyzmu ekonomicznego nie są czymś oczywistym dla Polaków, jest istnienie w naszym kraju specyficznych norm kulturowych:

 (…) do tej pory funkcjonuje u nas kod kulturowy, zgodnie z którym ogłaszany jest wielki sukces, gdy zagraniczna firma otworzy u nas fabrykę. (…) Tymczasem taki model rozwoju powoduje, że nasz kraj staje się dawcą rąk do pracy, a dla Polaka sukcesem jest znalezienie zatrudnienia w zagranicznej firmie. Ten kod kulturowy jest zresztą tak silny, że większość studentów do tej pory marzy o karierze w obcych korporacjach.

Cała argumentacja prowadzi do dość mocnej konkluzji:

(…) polskim firmom najtrudniej walczyć z zakorzenionym w  Polsce kodem kulturowym, który gloryfikuje zagraniczne firmy. Zmiana tego kodu jest możliwa i bardzo potrzebna, szczególnie w administracji publicznej. Musimy wyplenić z naszego kraju antypolski szowinizm gospodarczy.

Z takimi tezami piszącemu te słowa trudno się nie zgodzić.

Warto też zajrzeć na blog prof. Rybińskiego, gdzie oprócz fragmentu omawianego tekstu znajdziemy komentarz de facto wpisujący tezy artykułu w problem peryferyjności systemu gospodarczego Polski.

 

Na ile się otworzyć?

telefon

W historii było kilka państw, które dążyły do samowystarczalności gospodarczej. Dążenia te na przykład w ZSRR okazały się zgubną utopią. Dlatego kiedy twierdzę, że patriotyzm ekonomiczny jest czymś potrzebnym, czymś co może przyczyniać się do poprawy naszego życia, nie zachęcam do polityki samowystarczalności. Ważne jest natomiast uchwycenie złotego środka między otwartością a samowystarczalnością.

Otwartość jest potrzebna każdemu społeczeństwu jednak otwartość totalna może prowadzić tylko do skutków negatywnych. Otwartość jakiejś społeczności w stosunku do świata można porównać do otwierania okien w domu: czasami trzeba je otworzyć, żeby wprowadzić ożywcze powietrze, zoptymalizować temperaturę, ale zwykle zamykamy okna przy dużej ulewie, huraganie czy śnieżycy. Dobrym przykładem zrównoważonego otwierania się na inne kultury była XIX-wieczna Japonia, która zmuszona przez U.S.A. do otwarcia portów utrzymała swoją tożsamość kulturową i potrafiła „ugiąć się aby zwyciężyć” (termin dotyczy japońskich sztuk walki). Przejęła tylko to co uznała dla siebie za korzystne.

Sytuacja społeczeństwa polskiego obecnie ma pewne podobieństwa do XIX-wiecznej Japonii. Też po latach izolacji od świata zachodniego zostaliśmy gwałtownie otwarci. Odnoszę jednak wrażenie, że nie umiemy do końca oddzielać ziarna od plew. Zafascynowaliśmy się produkcją z państw zachodnich nawet, gdy polskie firmy produkują lepsze lub równie dobre produkty (na PatriotyzmEkonomiczny.pl omawialiśmy te zjawiska na przykładzie sektora bankowego, rynku piwa czy rynku spożywczego). Sprzedaliśmy kapitałowi zagranicznemu tak kluczowe branże jak bankowość i telekomunikacja. Warto zauważyć, że polskie sieci komórkowe (ERA, IDEA, PLUS) rozwijały się równie szybko i efektywnie jak ich zachodni konkurenci nie było więc mowy o potrzebie sprzedaży w celu unowocześnienia ich. Warto zauważyć, że  Telekomunikację Polską i sieć Idea sprzedano narodowemu operatorowi francuskiemu, więc nie ma tu mowy o prywatyzacji (własność prywatna jest rzekomo lepsza od państwowej).

Kiedy sprzedawano TP S.A. robiono tej firmie czarny PR próbując przekonać społeczeństwo polskie, że tylko sprzedaż może uleczyć ten rynek. Chyba nie uleczyła skoro Polacy najwięcej w Europie płacą za dostęp do Internetu i jednocześnie jesteśmy w ogonie pod względem udziału osób, które w ogóle z niego korzystają. Również w przypadku prywatyzacji warszawskiego Stoena często pojawiły się głosy, że zamiana monopolu państwowego na prywatny to zły pomysł (na transakcji suchej nitki nie zostawił NIK wykazując wiele nieprawidłowości już w samym pomyśle sprzedaży przedsiębiorstwa).

Podobny zabieg próbuje się obecnie uskutecznić w odniesieniu do Poczty Polskiej. Zaczyna się o czarnego PR, który jest uzasadniony, bo nie jest to idealna firma. Należy jednak pamiętać, że wadliwe funkcjonowanie Poczty Polskiej nie wynika z tego, że jest ona polska tylko z tego, że jest monopolistą. Tymczasem mamy na rynku polskim konkurenta prywatnego (z polskim kapitałem), któremu ogranicza się swobodę gospodarczą poprzez monopolistyczne uprawnienia dla państwowego molocha (przesyłki do 50g). W ten sposób, gdy rynek usług pocztowych zostanie otwarty dla koncernów z UE ani Poczta Polska ani InPost nie będą na tyle silne, żeby obronić przed nimi rynek polski.

A czy warto bronić? Oczywiście tak! Państwo, żeby sprawnie funkcjonować  potrzebuje pieniędzy z podatków. Gdy większość kluczowych i najbardziej dochodowych sektorów będzie w rękach zagranicznych koncernów to podatki i zyski będą płynęły do Niemiec, Francji, Holandii, Włoch, U.S.A, Rosji itd. Każdy wysłany przez nas list to będzie jakaś kwota, którą wspomożemy państwo niemieckie (jeżeli nasz rynek zdominuje niemiecki operator pocztowy), tak jak obecnie z każdą wygadaną minutą w TP S.A. i Orange wspieramy państwo francuskie.

 

Azoty Tarnów obronione

azoty

Zakusy rosyjskiego kapitału na polski przemysł chemiczny zostały szczęśliwie odparte… na razie. Nie ma co się oszukiwać, że to nie ostatnia rosyjska próba. Strategia obecnie panującej na Kremlu ekipy wyraźnie zakłada odzyskanie wpływów w Polsce. Nie będą już u nas przetrzymywać swojego wojska, ale czy ich gospodarcza obecność może być pożyteczna dla polskiej gospodarki? Odpowiedź przecząca ma przynajmniej dwa uzasadnienia:

Po pierwsze rosyjskie koncerny nie są prywatne tylko faktycznie podporządkowane władzy politycznej i służą do realizowania polityki. Ta polityka zakłada oparta jest na twierdzeniu Władymira Putina, że „upadek ZSRR był największą tragedią XX wieku”. Nie było nią II wojna, uśmiercenie w niemieckich obozach koncentracyjnych milionów obywateli Europy, uśmiercenie w sowieckich łagrach milionów obywateli Europy i Azji tylko rozpad ZSRR.

Po drugie Rosjanie nie są dobrymi gospodarzami. Ich historia pokazuje, że raczej specjalizują się w demolce niż budowaniu. Nawet, gdyby przejęcie Azotów Tarnów nie miało charakteru wrogiego (czyli kupno z przeznaczeniem do zamknięcia, żeby usunąć konkurencję dla własnych zakładów) to i tak nie moglibyśmy liczyć na rozwój fabryki tylko na jej degradację.

Tym razem rząd polski (obrona Azotów tak naprawdę od niego zależała) stanął na wysokości zadania . Nie ma jednak co się łudzić – Rosjanie będą próbować dalej.

Fasola z orzełkiem…

Polska fasola z orzełkiem

Dziś o fasolce z orzełkiem. Najpierw rys historyczny zaczerpnięty ze strony Ministerstwa Rolnictwa:
„Polska fasola z orzełkiem ma niezwykłą i długą historię. Już na pierwszy rzut oka wywołuje zdumienie i urzeka kształtem. Jej białe nasiona natura ozdobiła oryginalnym znamieniem w kolorze wiśniowo-czerwonym w kształcie „orzełka”. Co więcej, na niektórych ziarnach, nad orzełkiem, występuje niewielka plamka, przypominająca koronę polskiego godła. Według przekazów ustnych na Sądecczyznę fasola trafiła z dawnych kresów wschodnich. W okresie zaborów traktowano ją tam jako symbol patriotyczny. Tak też postrzegali ją zaborcy represjonując tych, którzy ją uprawiali. Z tego powodu zwykle sadzono ją w tajemnicy, pośród ziemniaków, aby nie była widoczna. W ten sposób przetrwała do czasów niepodległości. Wyrazem tradycji patriotycznych związanych z tą fasolą był także zwyczaj przygotowywania z niej przynajmniej jednej potrawy wigilijnej. Patriotyczne znaczenie tej niezwykłej fasoli potwierdzają źródła historyczne. Prof. dr Kazimierz Roupert w artykule „Polska fasola z orzełkiem” z 1923 roku przywołuje pamięć o podobnych odmianach fasoli uprawianej w XIX w. z pobudek patriotycznych w różnych rejonach Polski. „(…) Będąc małym chłopcem natknąłem się na Kujawach na ciekawą rzecz, która mnie ogromnie przejęła: w Plebance, opodal znanej miejscowości kąpielowej – Ciechocinka, pokazał całemu towarzystwu, bawiącemu tam na wycieczce, właściciel p. Stanisław Gębczyński, całą grządkę fasoli i przyciszonym głosem oświadczył: – To jest polski „szablak z orzełkiem”. Dostaliśmy wtedy kilka strąków, tej tycznej fasoli i z nabożnem wzruszeniem rozdłubywaliśmy z bratem strąki, by – ku naszemu wówczas rozczarowaniu – zobaczyć białe ziarna z nieregularnymi plamkami czerwonej barwy w okolicy znaczka, od strony brzusznej ziarna. Była to, jak dziś widzę, odmiana fasoli z „oczkiem”, jak wspomniana amerykańska, jeno nie zółtem, lecz czerwonem”.

Fasolka z orzełkiem jest wpisana na listę produktów regionalnych województwa małopolskiego i stąd jej opis na oficjalnych stronach rządowych. Mnie w tej historii zastanawia jak dziwne atrybuty mogą wiązać się z patriotyzmem.

Kiedy mówi się o wyjątkowej w całej historii Polski patriotycznej postawie pokoleń XIX i pierwszej połowy XX wieku, to mówi się często o „wychowaniu na trylogii Sienkiewicza”. Na pewno trylogia była ważna, ale przecież nie tylko ona inspirowała. Szukano natchnienia w różnych obszarach życia, także w wizji nowoczesności. W II Rzeczypospolitej patriotyzm przyświecał przecież wielkim projektom modernizacyjnym: Gdyni, COP-owi, budowie najnowocześniejszego samolotu (Łoś) czy pociągów (Luxtorpeda). Również w PRL-u pojawiały się projekty patriotyczne –  jak chociażby polski samochód Syrenka. Kiedy przyjrzeć się wielkim projektom ludzkości czy indywidualnym sukcesom różnych ludzi, zawsze widać stojącą za nimi wielką ideę. Patriotyzm niewątpliwie jest taką ideą, która może napędzać do ciekawych działań. Kiedy robi się coś nie tylko dla siebie, ale też dla Ojczyzny, dla potomków wtedy łatwiej znaleźć w sobie kreatywność czy wytrzymałość do dalszej pracy (także wtedy, gdy projekt nie idzie tak jak trzeba). Myślę, że tak właśnie było przez pokolenia z Polakami na Kresach sadzącymi między ziemniakami fasolę „z orzełkiem”. Dziś bycie fanem polskiej gospodarki i polskich wynalazków jest jeszcze bardziej potrzebne i jeszcze bardziej sensowne.

W globalnym świecie nadal występują narodowe produkty: fińska Nokia, niemieckie samochody, brazylijska kawa, kubańskie cygaro, węgierskie salami, francuskie wina. Nawet jeżeli część produkcji jest umiejscowiona poza macierzystym krajem, to największe zyski zawsze płyną do centrali. Czy my możemy mieć takie marki? Może to będzie najszybszy procesor na świecie z Bytomia (firma DCD), może produkty Bella (które stają się monopolistami w obszarze byłego ZSRR), może nasze piwa, które w browarach typu Kormoran czy Amber osiągają szczyty jakości, może w końcu nasza żywność, w tym może i owa fasolka z orzełkiem. Należy jednak zauważyć, że wielkie światowe marki najpierw znalazły zaufanie i zbyt u konsumentów w swoich rodzinnych krajach. To poparcie dało im siłę do ekspansji zagranicą.  Czy chcemy i umiemy zaufać naszym?

.

DCD: kolejny sukces polskiej elektroniki

Jacek Hanke DCD's CEO

Kolejna dobra wiadomość dotycząca polskiego procesora.

Skonstruowany przez polską firmę Digital Core Design procesor DQ80251 tym razem zyskał uznanie kapituły European Business Award, która wyróżniła firmę tytułem Narodowego Finalisty, zaś sam procesor uzyskał nominację do nagrody UKTI Innovation Award (UK Trade & Investment Department). DQ80251 jest nie tylko jedynym urządzeniem elektronicznym w Polsce nominowanym w kategorii Innowacje, ale też jedynym układem scalonym nominowanym do tej nagrody spośród wszystkich europejskich zgłoszeń.

PE: Czy firma DCD ma wystarczający potencjał do rozwoju produkcji i sprzedaży na rynki światowe?

DCD: Nasza firma od samego początku 99% swoich rozwiązań eksportuje poza granice Polski. Niestety w naszym kraju nie ma produkcji elektronicznej, w tym najbardziej podstawowym wymiarze, tj produkcji podzespołów. Dlatego też DCD licencjonuje swoje architektury firmom, które wykorzystują je w finalnych produktach, a potem trafiają do różnych krajów, w tym i do Polski, gdzie gotowe podzespoły są implementowane w finalnych urządzeniach.

PE: Zarówno UE jaki i polskie Ministerstwo Gospodarki ogłaszają, ze rozwój innowacyjnych gałęzi gospodarki (Państwa firma niewątpliwie do takiej należy) to ich priorytety. Czy uzyskali Państwo od tych instytucji mniej lub bardziej realne wsparcie? Czy zabiegaliście w ogóle o nie?

DCD: Dzięki uprzejmości Ministerstwa Gospodarki oraz przede wszystkim Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego nasza firma mogła zaprezentować najszybszy na świecie procesor DQ80251 na targach CeBIT w Hanowerze (największa impreza w Europie). Przed targami zwróciliśmy się również do Ministerstwa Gospodarki z wnioskiem o objęcie patronatem projektu najszybszego procesora. Do chwili obecnej trwają działania związane z rozpatrzeniem tego wniosku.

PE: Są takie koncerny z branży elektronicznej, które w swojej światowej ekspansji podkreślają zarówno swoją ponadnarodowość jak i narodowość. Nokia podkreśla swoje fińskie korzenie, wszystkie firmy japońskie podobnie, w ślady Japończyków poszli również Koreańczycy. Celowo pomijam Amerykanów, bo to trochę inna bajka. Czy DCD ma wypracowaną strategię odnośnie zaznaczania/ukrywania/ignorowania swojego polskiego pochodzenia?

DCD: Oczywiście, to że działamy globalnie nie oznacza, że zapominamy o tym, co ważne lokalnie. Nigdy nie ukrywaliśmy i nie ukrywamy gdzie jest siedziba naszej firmy, dlatego wielu naszym klientom z zagranicy Bytom, czy Śląsk nie kojarzy się li tylko z zapadającymi się domami i szkodami górniczymi, ale z zaawansowanymi technologiami Made in Poland.

 

Kibicuję polskiej gospodarce – kupuję polskie piwa

J38825

Które piwa z dostępnych w naszych sklepach i piwiarniach są polskie?

Po co takie pytanie? Otóż nie wszyscy wiemy, że wiele polskich browarów o wiekowej tradycji i wiele piwnych marek jest obecnie w rękach zagranicznych właścicieli, co owocuje między innymi tym, że zysk ze sprzedaży tych piw w dużej części nie pozostaje w Polsce. Nasz zakup służy więc innym gospodarkom, innym społeczeństwom. Jeżeli potem dziwimy się dlaczego mamy kiepskie drogi, kiepską kolej czy kiepską służbę zdrowia pomyślmy o tym, że wybierając nie-polski produkt, sami się do tego po części przyczyniamy.

Zapraszamy zatem do quizu sprawdzającego konsumencką wiedzę na temat przynależności kapitałowej piw sprzedawanych w Polsce.

Polski browar?

Start
Twój wynik to: %%SCORE%% z %%TOTAL%% "%%RATING%%"  
Twoje odpowiedzi są podświetlone poniżej.

Gama – polska sieć sklepów

W ciekawym artykule z portalu „Nowy Obywatel” napisano na temat usieciowiania sklepów spółdzielczych:

 

Sieć handlowa nie musi być własnością wielkiego koncernu lub funduszu inwestycyjnego. Prężnie rozwija się handlowa sieć spółdzielcza pod szyldem „Gama – Tradycyjnie dobry wybór”. W pierwszym kwartale 2012 otwarto 9 nowych placówek.

Sklepy nowej sieci są  rozrzucone po całym kraju, co jest oczywiście optymistyczne, gdyż buduje w pewnym sensie efekt skali:

W Wałczu powstał drugi sklep Gama, rozbudowany, z trzykrotnie powiększoną powierzchnią sprzedaży (230 mkw.). Drugi nowy obiekt sieci, „przebrandowany” zgodnie ze standardami, otwarto w Kołobrzegu – informuje portal dla handlu.pl. Już drugą Gamę uruchomiła również spółdzielnia z Hajnówki. Wszystkie 3 spółdzielnie przekonały się do koncepcji dzięki sklepom pilotażowym, uruchomionym w poprzednim roku. – „Nowa sieć Gama łączy tradycje spółdzielczości z nowoczesnością, co skutkuje zwiększonym zainteresowaniem klientów i coraz lepszymi wynikami ekonomicznymi” – powiedziała Mieczysława Bogdanowicz, prezes Społem PSS w Hajnówce.

Jak konkludują – mocno, ale przecież zgodnie z naszym interesem – autorzy artykułu:

To świetnie. Ale nam się marzy, żeby wreszcie placówki „Społem” z całego kraju, obecnie całkiem lub częściowo niezależne od siebie, połączyły siły, poszerzyły asortyment i jakość obsługi, obniżyły ceny – i kopnęły „Biedronki”, „Lidle” i „Tesco” tak mocno, żeby wylecieli z Polski i już nie wrócili.

Może tylko cieszyć fakt, że polskie przedsięwzięcia ekonomiczne rozumieją potrzebę integracji. Co jednak ważne dla nas, chcielibyśmy wiedzieć, że Gama płaci podatki w miejscu, w którym robi interesy. Jeśli tak w istocie jest, to nie pozostaje nic innego, jak zachęcić polskich konsumentów do zostawiania swoich pieniędzy w sieci Gama.

To się nam wszystkim po prostu opłaca. Patriotyzm ekonomiczny to nie romantyczna idea, to konieczność.

Przecież nie chcemy być kolonią?

Lalanki – polskie zabawki

Lalanka

Z przyjemnością prezentuję patriotyczny projekt o nazwie LALANKA. Na stronie firmy możemy dowiedzieć, że zaczęło się od tego, „że choć sklepowe półki uginają się pod ciężarem słodkich bobasów, elegantek o figurach modelek czy pospolitych lal, nie znalazłyśmy (właścicielki – założycielki)  wyjatkowej polskiej lali, która towarzyszyłaby naszym dzieciom w dzieciństwie”.

Jako rodzicowi pozostaje mi tylko przytaknąć. Gdyby ktoś chciał otoczyć dziecko symbolami narodowymi: angielskimi, amerykańskim czy niemieckimi to W POLSCE nie będzie z tym miał problemów. T-shirty dla dzieci czy inne ubrania i gadżety z nazwami tych krajów, flagami, godłami są dość dostępne. Nie mówiąc już o tym, że napisy na ubrankach i zabawkach są chyba częściej angielskie niż polskie. Gdyby ktoś chciał sięgnąć do naszych wzorów ludowych to już w ogóle będzie ciężko – a przecież jest to kopalnia wspaniałych inspiracji.

Dwie mamy, którym leżało to na sercu stworzyły firmę i lalkę Lalankę, gdyż „było dla nas ważne, by nasza laleczka była w pełni polska – stworzona z rodzimych, ekologicznych surowców, hołdowała polskim tradycjom i uniwersalnym wartościom”.

Cóż, pozostaje mi tylko podziękować: Dziękuję!

 

 

Minister Spraw Zagranicznych daje dobry przykład

list ministra

Dobrą praktyką w zakresie patriotyzmu gospodarczego wykazał się ostatnio Minister Spraw Zagranicznych, Radosław Sikorski. Napisał list do dyrekcji berlińskiego hotelu, w którym zauważył brak kanału TV w języku polskim. Jak zauważył nasz minister w ofercie były natomiast dość egzotyczne kanały.

„Napisałem list, gdyż hotel Adlon jest bardzo eleganckim hotelem, ale jeśli widzę, że jest w nim telewizja iracka, azerbejdżańska, ormiańska, a polskich kanałów brak, to uważam, że jest to dziwne, biorąc pod uwagę, że jesteśmy tutaj 70 km od granicy z Polską – mówił dziennikarzom Sikorski” (Źródło: Polskie Radio).
Apel Radosława Sikorskiego berliński hotel potraktował poważnie i błyskawicznie – obecnie można w nim obejrzeć TVP Info.

Minister  zachęca Polaków do podobnej postawy:

„Apeluję do rodaków, żeby w kurortach, w hotelach, tam gdzie widzimy, że język polski jest traktowany gorzej niż inne domagali się; mamy prawo poczuć się równie traktowanymi jak inni” (Źródło: j.w.).

 

Chwaląc Pana Ministra warto zauważyć, że od osoby takiej rangi moglibyśmy oczekiwać oprócz niewątpliwie dobrego przykładu również koordynacji takich działań, do których nawołuje. Może dobrym pomysłem byłoby wpisać apel Pana Ministra do zamieszczonego na stronie ministerstwa Poradnika „Polak za granicą”?

Co z polskim handlem?

promocja

Polska Agencja Prasowa powołując się na raport wywiadowni gospodarczej Soliditet podaje, że w Polsce po raz kolejny spada liczba małych sklepów. W 2011 roku liczba ta spadał o 6% i jest ich obecnie około 320 tys. Zmiana struktury handlu może być zjawiskiem neutralnym w sytuacji rynków, na których rodzimy kapitał ma pozycję dominującą. Jeżeli w Niemczech, Francji czy Anglii liczba małych sklepów spada to dla całej gospodarki nie ma to większego znaczenia, ponieważ ich miejsce zajmują supermarkety i hipermarkety – w większości należące do rodzimego kapitału. W Polsce zjawisko upadku drobnego handlu wiąże się z przegrywaniem polskiej gospodarki, ponieważ drobny handel należy do polskich przedsiębiorców, natomiast duże sklepy sieciowe to głównie kapitał zagraniczny. Biedronka, Lidl, Carrefour, Real, Żabka, Auchan, Tesco to wszystko sklepy, których zyski zasilają fiskusa w Portugalii, Niemczech, Francji, W. Brytanii. Wśród polskich rycerzy handlu mamy Piotra i Pawła oraz kilka lokalnych sieci (np.: Polo Market), z których część zgrupuje się pod marką Lewiatan.

My Polacy z handlem miewaliśmy już problemy w przeszłości. W I Rzeczpospolitej szlachta miała bodajże zakaz zajmowania się handlem (nie wiem jaka mogła być tego motywacja) przez co musieli dużą cześć zysków oddawać angielskimi holenderskim pośrednikom. Pamiętamy „Lalkę” Bolesław Prusa i trudne koleje „zyskownej spółki handlu z Rosją” Wokulskiego. Ale to nie reguła, czego najlepszym dowodem historia najnowsza i handlowy boom lat 90. Zabrakło odpowiedniego skanalizowania tej energii, procesów konsolidacji i pewnej ochrony państwa. Może jednak nie wszystko stracone. Trochę jeszcze polskiego handlu w Polsce zostało. Czy my konsumenci będziemy chcieli do katalogu czynników decydujących o naszych codziennych wyborach zakupowych włączyć rozróżnienie: polski-niepolski?

Jest sprawą oczywistą, że w pierwszej kolejności wybierając sklep kierujemy się jego wystrojem i cenami. O to, żebyśmy kierowali się tym przede wszystkim dbają sztaby marketingowców i psychologów rynku. Sklepy zagranicznych sieci stanowią dobry kanał do wpuszczania na nasz rynek towarów, które nie schodzą w krajach rodzimych. Opłaca się je sprzedać nawet po bardzo niskiej cenie. Dzięki temu robotnik np.: we Francji ma pracę, sieć zysk a polski konsument kolejną tanią rzecz, której tak naprawdę nie potrzebuje. Koncerny, które wkroczyły do Polski w ciągu ostatnich 20 lat swoją potęgę zbudowały najpierw na swoich rodzimych rynkach. Teraz mogą konkurować z naszymi przedsiębiorcami, bo Ci nie mieli 50 lat na swobodny rozwój.

Taka tendencja może prowadzić do coraz gorszej sytuacji ekonomicznej naszego kraju. Im więcej kupujemy w zagranicznych sieciach tym mniej pieniędzy zostaje w Polsce, więc Polacy stają się coraz biedniejsi więc coraz częściej muszą kupować w tanich zachodnich sieciówkach. Oczywiście nie ma się czym martwić. Nasze umysły mają zadziwiającą zdolność do racjonalizacji. Gdy na polskim rynku nie będzie już polskich sklepów ani fabryk, ani banków, ani, jak mawia klasyk z Białostocczyzny, „niczego”, wtedy na pewno znajdziemy sposób na wytłumaczenie sobie, że to nie ważne, że najwspanialszą rzeczą jest to, że udało nam się kupić w niemieckim supermarkecie T-shirt za 8zł i ser pleśniowy za 3,49zł.