Archive for Dyskusje

Na co czeka polska rewolucja naukowo-techniczna?

Polski uczony z lubelskiego UMCS – prof. Dobiesław Nazimek – opracował technologię pozwalającą przetwarzać niechciany dwutlenek węgla w pożądane paliwo…

Tą dobrą wiadomość z weekendowego wydania Pulsu Biznesu dziennikarz zakończył zdaniem:

We wrześniu [profesor] odchodzi z uniwersytetu na emeryturę. Z pewnością pracę zaproponują mu zachodnie koncerny energetyczne.

Cały artykuł był utrzymany w tonie oburzenia, że w Polsce pomysłem naukowca nikt się nie interesuje podczas, gdy odkrycie docenia włoski koncern energetyczny ENI. Nie wiem, czy autorowi artykułu chodziło o pokiwanie polskiemu państwu palcem, czy jest to tylko kolejny przejaw defetyzmu narodowego – myślenia w kategoriach, że „Takie rzeczy mogą udać się tylko… na zachodzie”. Obie motywacje mnie kompletnie nie pociągają, więc zacząłem się zastanawiać nad odpowiedzią na istotniejsze w tym kontekście pytanie:

Co trzeba zrobić, żeby potencjał polskich naukowców skutecznie wykorzystywać w kraju?

Faktem jest, że wielu zdolnych ludzi polskiej nauki wyjeżdżało do innych państw i zrobiło tam karierę na uczelniach wyższych, w korporacjach lub we własnych firmach. Nie przypominam sobie jednak przypadku, żeby Polak, który wyemigrował w ciągu ostatnich 50 lat zdobył nagrodę Nobla lub założył firmę, która osiągnęłaby światowy sukces. W zasadzie trudno mi jest nawet sobie przypomnieć lokalny sukces polskiego naukowca za granicą, który nie byłby porównywalny z sukcesami jakie osoby wywodzące się ze świata nauki odnoszą w Polsce. Dlaczego więc „zachód” wyciąga wielu zdolnych Polaków, a ich osiągnięcia za granicą postrzegamy jako większe niż te, które osiągnęliby w Polsce? Wydaję mi się (ale jestem otwarty na dyskusję i komentarze), że różnice można sprowadzić do dwóch rzeczy.

Po pierwsze – wykorzystanie w gospodarce.

Fakt, że wyniki czyiś badań posłużyły do zwiększenia efektywności konkretnego procesu w fabrykach konkretnego koncernu, musi robić wrażenie. Mało który naukowiec w Polsce może pochwalić się podobnym osiągnięciem. Nie jest to jednak zasługa li tylko indywidualnych zdolności badacza. Pytanie jakie powinni mu zadać jego koledzy z kraju brzmi: a czy w ogóle robicie badania, które nie służą poprawie efektywności konkretnego procesu dla konkretnego koncernu? Sukcesy w wykorzystaniu w praktyce biorą się bowiem często z tego, że na inne niż „praktyczne” badania praktycznie nie sposób zdobyć finansowania! [Ojej, a co z wolnością badań naukowych? Czar prysł?]

Po drugie – wyższe zarobki.

Emigrując (w charakterze naukowców) polscy badacze mogli liczyć na kilkukrotnie większe zarobki niż w Polsce. Poziom życia osób, które na polu nauki osiągnęły sukcesy na „zachodzie” był (i nadal jest) nieosiągalny dla pracowników polskich uczelni. Z drugiej strony są to zarobki wysokie pod warunkiem, że patrzymy na nie z perspektywy naszego kraju. Faktem jest jednak, że wiele dóbr luksusowych wszędzie kosztuje X dolarów, przez co świadomość, że zarabiam tyle samo „średnich-krajowych” co kolega z uczelni w Stanach może być nie dość satysfakcjonujący.

Czy podniesienie zarobków naukowców w Polsce przyniesie rewolucję?

Niestety nie. Część zdolnych i ambitnych osób zrezygnowałaby z eksploatowania swoich talentów w przedsiębiorstwach, zostałaby na uczelniach żeby robić karierę naukową, co paradoksalnie pogorszyłoby sprawę.

Naukowcy w Polsce powinni być wynagradzani znacznie lepiej niż obecnie, ale niekoniecznie za to co obecnie robią. Większość pracowników naukowych polskich uczelni zajmuje się głównie dydaktyką. Resztę czasu zajmuje pozyskiwanie, realizacja i rozliczanie indywidualnych grantów na badania o charakterze podstawowym (nie-stosowanym). Daje to polskim naukowcom niesamowite możliwości swobodnego rozwoju, a studentom dostęp do najlepszych wykładowców. Cała machina nauki działa jednak ukierunkowana na inne cele niż przykładowe „zwiększanie efektywności procesów”. Dla tak ukierunkowanych badaczy problemy i potrzeby polskich firm wydają się być po prostu… za mało ambitne [sic!]. Tymczasem przedsiębiorstwa nie potrzebują rozwiązań, które sprawdzą się w teorii i laboratorium, ale w środowisku rzeczywistym. Tego polska nauka nie jest w stanie im dać, ponieważ przez 20 lat spychano na margines badania stosowane i prace rozwojowe. Potwierdza się „prawo Budki Suflera” [ech, jak ja nie lubię tego powiedzonka]…

…bo do tanga trzeba dwojga.

Nie można nie wyjść z wprawy w tańcu towarzyskim, jeśli nie ma się z kim tańczyć. Polscy naukowcy – jeszcze w latach 80-tych – mieli dla kogo prowadzić badania stosowane. W całym kraju działały przedsiębiorstwa, które miały swoich rzeczników patentowych i działy badawczo-rozwojowe. Byli – jacy by nie byli – partnerzy do współpracy przy wdrażaniu wyników badań w praktykę. Było dla kogo i z kim sprawdzać teorię w środowisku rzeczywistym, a nie tylko w laboratorium. Teoretycznie zmiana ustroju nie miała wpływu na świat akademicki w Polsce, zachował on przecież swoją ciągłość. Zerwaniu uległa natomiast współpraca, nie tyle z niechęci przedsiębiorstw do współpracy z uczelniami, ale z braku tych przedsiębiorstw. Podzielone, polikwidowane, zredukowane i posprzedawane firmy nie miały już ani takiego potencjału, ani potrzeby, ani [przede wszystkim] woli politycznej [tak! politycznej], żeby utrzymywać kontakty z polskimi naukowcami. Technologie przychodziły „gotowe” wraz z inwestorami, albo kupowano na nie licencje i niczego nie trzeba było już samemu wymyślać. 20 lat tak niesprzyjających warunków spustoszyło zdolności polskiej nauki do współpracy z przemysłem. Ten czas będzie bardzo trudno nadrobić. Firmy wymagają dziś innych procedur i standardów, efektywności ćwiczonej przez lata oraz elastyczności, której od niepamiętnych czasów w Polsce od ludzi nauki się po prostu nie wymagało.

To nie polski przemysł potrzebuje nauki, ale nasza nauka potrzebuje polskiego przemysłu!

Możliwość uzyskania przez polską gospodarkę skokowej, ale i trwałej przewagi na globalnym rynku zależy od odkryć naukowych. Polska nauka jest potrzebna gospodarce jako dostawca nowych technologii i rozwiązań, które pozwolą nam konkurować nie tylko tanią siłą roboczą, ale i pomysłem. Jednak jest mrzonką sądzić, że wystarczy zapłacić polskim naukowcom za prowadzenie badań stosowanych zamiast podstawowych, a w gospodarce pojawi się naraz wysyp technologicznych „kur znoszących złote jajka”. Technologie nie przynoszą zysków w próżni. Muszą mieć solidny grunt w postaci przedsiębiorstwa, które będzie zdolne ją wdrożyć i co najważniejsze wykorzystać jej potencjał. Dla większości nowych rozwiązań warunkiem przyniesienia zysków jest wcześniejsze istnienie odpowiednich warunków infrastrukturalnych lub osiągnięcie odpowiedniego poziomu rozpowszechnienia. Do stworzenia takich warunków zdolne są tylko podmioty o odpowiedniej wielkości (kapitale, udziale w rynku, potencjale produkcyjnym lub dystrybucyjnym). Muszą one też wybrać naszą technologię spośród szeregu alternatyw – np. kupna licencji na gotowe i sprawdzone rozwiązanie z bardziej dojrzałego rynku. Muszą podjąć polityczną decyzję, że inwestują w badania polskich naukowców zamiast w niemiecką, francuską lub amerykańską licencję. Wydają być może początkowo więcej pieniędzy, ale z czasem wychowują sobie rodzimy potencjał i uniezależniają się od obcego know-how. Zatem do wdrażania nowych technologii i rozwoju potencjału polskiej nauki…

…potrzebujemy silnych korporacji narodowych.

Duże przedsiębiorstwa – mające potencjał do wytworzenia, wdrożenia i wykorzystania technologii – są niezbędnym partnerem dla nauki, aby mogła ona rzeczywiście służyć rozwojowi naszej gospodarki. Nie przez przypadek uczelnią, która odnosi największe sukcesy w dziedzinie dostarczania rozwiązań dla gospodarki jest Akademia Górniczo-Hutnicza. Nie zawdzięcza ona ich wyjątkowej kadrze – na wielu uczelniach pracują wybitni naukowcy i specjaliści. AGH miało to szczęście, że przemysł górniczo-wydobywczy w Polsce nie został w pełni sprywatyzowany i uczelnia miała z kim i dla kogo pracować. Natomiast wszędzie tam, gdzie następowała atrofia polskiego przemysłu, jak np. w telekomunikacji, ulegały degradacji wybitne niegdyś ośrodki rozwojowe zajmujące się tą problematyką. Jaki interes ma nowy właściciel Telekomunikacji Polskiej – spółka kontrolowana przez francuski skarb państwa – w finansowaniu polskiej nauki zamiast swojej rodzimej? Bez polskich firm – nie będzie rozwoju i wykorzystania potencjału polskiej nauki – bo tylko polskim firmom takie inwestycje długoterminowe będą się opłacać.

Dobrą wiadomością zawartą w artykule, którzy przytaczałem na początku jest to, iż technologia opracowana przez prof. Nazimka ma być testowana w elektrowni Kozienice. Teraz dopiero okaże się, jaki ma potencjał w warunkach rzeczywistych. Najważniejsze, że ścieżki współpracy pomiędzy nauką a przemysłem zaczynają się powoli odbudowywać. Przykład profesora nie powinien być jednak wyjątkiem, ale regułą. Dużo w tym zależy od decyzji politycznych. Skoro minister może wydać polecenie i wszystkie – także notowane na giełdzie – polskie firmy z branży wydobywczej zaczynają wiercić w poszukiwaniu gazu łupkowego, dlaczego by nie ogłosić podobnych „poszukiwań” na naszych uczelniach? Akurat w branży profesora Nazimka mamy własne korporacje narodowe (na razie jeszcze dwie). Być może pomoc ENI – włoskiego odpowiednika Orlenu – nie będzie potrzebna, żebyśmy wkrótce jeździli na paliwie z dwutlenku węgla, a pan profesor dostał za swoje odkrycie nagrodę Nobla. Polska rewolucja naukowo-techniczna jest w zasięgu ręki – ale sięgnąć po nią muszą silne polskie firmy.

Patent

Pierwszy polski patent w II RP: łopata piekarska

Patent to narzędzie równie groźne jak broń atomowa. Na patenty walczą dziś najwięksi tego świata: korporacje i wielkie gospodarki narodowe. Generałami tych bojów są super-prawnicy a polami bitew sądy. Przegrani mogą być odesłani w gospodarczy niebyt, przejęci lub zlikwidowani. Zwycięzcy biorą wszystko. Chyba, że zwycięzcy nie ma – wtedy przeciwnicy wycofują się „na z góry upatrzone pozycje”. Kiedy w 2009 roku Apple oskarżył Nokię o naruszenie patentu na interfejs fińska firma odpowiedziała oskarżeniem o naruszenie trzech patentów z zakresu transmisji danych i głosu. Doszli do ugody. Na świecie rocznie patentowanych jest ponad 150 tys. wynalazków z czego niemal 1/3 w Stanach Zjednoczonych a kolejna 1/5 w Japonii i kolejna 1/6 w Niemczech. To oznacza, że tylko te trzy kraje składają ponad połowę patentów. W Polsce rocznie patentuje się około 3000 wynalazków.

W związku z tym, że patent jest ograniczony terytorialnie patent ważny w Polsce może nie być ważny za oceanem. Dlatego w Unii Europejskiej trwają prace nad jednolitym patentem unijnym. Unia Europejska jest jednak instytucją, która zapewnia równość państw… o ile te państwa chcą o tę równość powalczyć. Problem dla polskich przedsiębiorców z patentem jednolitym w UE polega na tym, że dokumenty patentowe publikowane byłyby tylko w języku angielskim, francuskim lub niemieckim. Co to oznacza? Dla polskiego przedsiębiorcy oznacza to konieczność przekopywania się przez obcojęzyczne dokumenty. To oznacza koszty i stratę czasu, a więc obniża konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Przeciwko temu rozwiązaniu protestują naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie (napisali w tej sprawie list do premiera Donalda Tuska), a Polska Izba Rzeczników Patentowych twierdzi, że jeśli rząd ostatecznie przyjmie jednolity patent, w ciągu 8–10 lat upadnie około 80 procent polskich przedsiębiorstw.Na stronie PIRP możemy przeczytać oświadcznie:

„ W najbliższym czasie planowane jest przyjęcie regulacji prawnych, które znacząco zmienią gospodarczy obraz Europy. Beneficjentem tych regulacji będą wybrane państwa wysoko rozwinięte technologicznie, mające silny potencjał rozwoju technicznego i dysponujące znacznymi środkami na badania i rozwój, a zwłaszcza duże międzynarodowe koncerny. W praktyce, przyjęcie tych regulacji sprowadzi polskiego przedsiębiorcę do roli odtwórcy korzystającego z obcych wynalazków kosztem ponoszenia opłat licencyjnych. Konkretne, planowane regulacje przenoszą ryzyko prawne związane z domniemanym naruszeniem praw z patentu na polskich przedsiębiorców, co wprost przekłada się na wzrost kosztów prowadzenia działalności oraz zmniejszenie zdolności konkurowania z podmiotami zagranicznymi i to na terytorium ich własnego kraju. Wspomniane ryzyka dotkną wszystkich polskich przedsiębiorców, w tym mikro, małych i średnich. Również takich, których działalność nie wykracza poza terytorium Rzeczpospolitej Polskiej, a nawet ma charakter lokalny.
Czas Powiedzieć „NIE” rozwiązaniom, które zagrażają rozwojowi Polski! Jeszcze jest czas żeby się wycofać nie naruszając jakichkolwiek zobowiązań – trzeba to jednak zrobić przed przyjęciem rozporządzeń z pakietu patentowego.”

W demokracji obrona interesów bardzo często wymaga przekroczenia tzw. „masy krytycznej” – gdy sprawą interesuje się wystarczająco wiele osób rządy i inne instytucje decyzyjne uginają się. Inicjatywa PIRP zasługuje na poparcie. Przekazujmy tę wiedzę dalej. A tym razem trzeba zwrócić uwagę, że wchodzimy do paktu, którego nie będziemy beneficjentem? Kim więc będziemy? Niewolnikiem? Zdaniem Mieczysława Golba, przewodniczącego Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii Sejmu RP pakt dotyczący jednolitego patentu dla Polski może być groźniejszy niż zapisy ACTA.

Wódka „Polonia”- kupować czy nie? – o modzie na polskość wśród zagranicznego kapitału

Pytanie postawione w tytule ma pewne założenie. Wódka w ogóle jest wyjątkowym towarem. Po co ją kupować? Ale niekiedy jednak, no cóż, kupujemy wódkę.

W handlu pojawiła się ostatnio wódka o nazwie Polonia. Nie jest to wcale wódka z niskiej półki. Wódki z niskiej półki są w cenie poniżej 20zł za 05L.  Ta wódka kosztuje ok. 27 zł za tę ilość.

Na etykiecie oprócz nazwy Polonia jest także stylizacja orła (trochę na podobieństwo loga Orlenu).

Skąd tytułowe pytanie? Otóż producentem Polonii (piękna nazwa) jest ta sama firma, za która stoi za marką (równie piękna) Sobieski.

Niestety, jest to kapitał francuski (niestety – nie dlatego, że francuski, dlatego że niepolski). Po tym, kiedy bezmyślnie sprywatyzowano Polmosy, sprzedając kury znoszące złote jaja kapitałowi zagranicznemu (tak jakby jaja, które znoszą kury, nie mogły być w całości zjadane w Polsce -  nie brakuje nam pieniędzy?).

W konsekwencji, fajnie jest, że produkt ma miłą, promującą nasz kraj nazwę, to zawsze brzmi lepiej niż nazwa wysłana z produktem do kolonii przez białasów, żeby „miejscowe” cieszyły się z tego, że panowie łaskawie przysłali pastę do zębów Kinderschinke czy coś w tym stylu.

Przy okazji powiem, że problem ten rozważam nie dlatego, że wódka czy alkohol jest jakimś szczególnie ważnym w Polsce produktem. Nie jest nieważnym, ale twierdzenie, ze jest wyjątkowo ważnym jest głoszeniem antypolskiego stereotypu. Wiem to, ponieważ przestudiowałem poważne hasło dotyczące tego zagadnienia, z  którego to hasła wynika, ze Polacy statystycznie spożywają mniej alkoholu niż nasi europejscy sąsiedzi.

Wracając do tematu. Jest jednak poważny problem.

Czy kupować na polskim rynku produkty ewidentnie niepolskie, które jednak promują Polskę, czy kupować produkty ewidentnie polskie, które udają produkty zagraniczne?

Wydaje się, że moda na polskość produktów narasta. Trudno uwierzyć w to, że francuski kapitał nazwał wódkę sprzedawaną w Polsce w miły dla nas sposób, bo nas lubi. Na pewno zbadał rynek pod tym kątem i uznał, że może to się opłacać. Zatem jest moda na kupowanie produktów, które dobrze kojarzą się z Polską.

Czas więc, aby i polskie produkty, na polskim rynku promowały polską kulturę. To się widać po prostu opłaca. A oto przecież w patriotyzmie ekonomicznym chodzi:

Kochamy Polskę, i Polska kocha nas. A Polska kocha nas, i my kochamy Polskę.

Trudno o zdrowszą relację w rodzinie.

 

 

 

Na ile „polska” była polska prezydencja w UE?

logo polskiej prezydencji

Na wstępie odnoszę się do tytułu i spieszę donieść, że nie zamierzam tu oceniać politycznych efektów polskiej prezydencji. Chodzi mi o wymiar gospodarczy.

Wyszukiwarka Google wyrzuca 4,2 mln linków do hasła „polska prezydencja”. Prezydencja kraju w Unii Europejskiej to nie tylko możliwość większego kreowania polityki całej wspólnoty. Takie półroczne wydarzenie to również ogromna możliwość promocji kraju. Promocja ta może mieć kilka wymiarów. Miejsca (miasta/obiekty) spotkań europejskich mogą być szczególnie podkreślane, można zadbać o to, żeby przy okazji transmisji z nich pokazać ich walory turystyczne. Z prezydencją wiążą się też duże wydatki na różnego typu artykuły: spożywcze, biurowe, samochody. Te zakupione produkty służą potem tysiącom ludzi biorących udział w wydarzeniach prezydencji. Fajnie jest, gdy obcokrajowcy przyjeżdżający z tej okazji korzystają z polskich produktów. Prezydencja to wreszcie sponsorzy strategiczni.

Kropla Beskidu - produkt Coca Coli

Około 100 tys. litrów wody mineralnej zużyto w czasie polskiej prezydencji.

 Jak to rozegrano w Polsce?
Na dole strony www polskiej prezydencji widzimy 6 logotypów: Peguot, Orlen, Kropla Beskidu, Microsoft, Scania i Orange. Z szóstki tylko Orlen jest polską marką. Dla porównania (podaję za forsal.pl) na przykład sponsorami strategicznymi prezydencji niemieckiej były Audi, BMW, Mercedes – proszę zgadnąć, która z tych marek nie jest niemiecka. Z kolei prezydencja hiszpańska oparła się aż na 37 sponsorach strategicznych ale w większości lokalnych firmach.
Nie wiem jakie kryteria decydowały o wyborze sponsorów strategicznych. Być może chodziło o to kto da więcej. Wydaje mi się jednak, że „kto da więcej” może być strategią krótkookresową. W przypadku Peguota – sponsoring polegał na użyczeniu samochodów do obsługi wydarzeń. Czy nie lepiej, gdyby takim sponsorem była firma, która produkuje samochody w Polsce? Z punktu widzenia dobra ogólnego lepiej jest wspierać wizerunkowi markę, która daje w Polsce pracę i płaci przynajmniej część podatków. Dla Peguota jesteśmy tylko rynkiem zbytu – krótko mówiąc z Polski tylko wyciągają pieniądze nie dając nic w zamian.

Nie mam pojęcia dlaczego sponsorem został Orange, ale z telekomów bardziej widziałbym ostatnią polską (jeszcze) sieć komórkową, czyli Plusa. Orange to francuska spółka będąca pod kontrolą francuskiego państwa. Skąd pomysł, żeby polska prezydencja promowała państwową firmę francuską?

Prezydencja to również mnóstwo drobnych zakupów typu woda mineralna (no może „drobnych” nie jest tu dobrym słowem). Dostawcą wody w czasie naszej prezydencji byłą CocaCola. I znowu nasuwa się pytanie: czy nie lepiej, żeby zamiast CocaColi wodę mineralną dostarczał któryś z rodzimych producentów? Mamy takich, którzy produkują równie dobre jak nie lepsze wody mineralne.

Bardzo źle jest, gdy firmy polskie nie mogą liczyć na swoje instytucje publiczne w promocji swoich marek. Szkoda, że to ważne i tak rzadkie wydarzenie jak prezydencja nie zostało wykorzystane do wsparcia polskich przedsiębiorców.

Europa dwóch… jakości

ariel

Przyjmuję, że pojęcie Europy dwóch prędkości jest znane czytelnikowi. Zjawisko wskazywane jest jako jedno z zagrożeń jedności europejskiej a chodzi w nim mniej więcej o podział krajów na lepsze i gorsze. Słyszałem czasami opinie, że jedność europejska jest już faktem gospodarczym, bo wielkiem korporacjom wszystko jedno gdzie produkują (liczy się tylko renotowność) i we wszystkich krajach sprzedają takie same produkty. Polacy podróżujący po Europie fascynują się tym, że gdzie by nie pojechali to mogą zrobić zakupy w sklepach tych samych sieci, których sklepy są również obecne w Polsce (zwykle nie zwracamy uwagi na to, że żadna z tych sieci nie ma siedziby w Polsce). Gdzie by nie pojechali mogą nabyć te same produkty, które można kupić w kraju.

Jednak Polacy, których obecność w krajach Europy można określić jako pobyt dłuższy czasami przekonują się, że proszek niemieckiej firmy sprzedawany pod tą samą nazwą i w tym samym opakowaniu i w Niemczech i w Polsce ma inne właściwości piorące w zależności czy został wyprodukowny na potrzeby rynku po wschodniej lub zachodniej stronie Odry. Ten produkowany na rynek niemiecki jest po prostu lepszy. Stąd czasami można spotkać na bazarach osoby handlujące proszkami, płynami do płukania czy czekoladami. Niewtajemniczonym może to wydawać się dosyć dziwne, bo towary na pierwszy rzut oka dostępne są w każdym super i hipermarkecie w kraju. A jednak znajdują nabywców, bo ludzie wiedzą, że Ariel produkowany dla Polski jest mniej bielotwórczy niż ten produkowany dla Niemców.

Temat podwójnych standardów poruszany jest na forach internetowych. Na przykład Sandula pisze:

„Przykro to mówić, ale duże koncerny oszukują polskiego klienta. A klient się daje. Zresztą wystarczy rzucić okiem na tłumaczenia ( najczęściej z tyłu produktu, gdzie tłumaczony jest skład i sposób użytkowania ) do jakich krajów idzie dany produkt : zauważcie ,ze jesteśmy najczęściej w „pakiecie” z Słowacją, Czechami czy Węgrami – wniosek z tego prosty to co idzie na Europę Środkowo –Wschodnią jest gorszej jakości … i mogą nas robić w bambuko. Niemcy, Francja czy

Podejrzany Proszek A.

anglia najczęściej są razem w „pakiecie” i ten sam produkt który idzie na te kraje jest zupełnie inny bo w tych krajach jest dużo większa świadomość konsumentów i nikt sobie na żadne oszustwa nie może pozwolić ! Niech by tylko jakiś niemiec poczuł się oszukany – taki producent z miejsca by stracił renomę i wylądował przed sadem. A my jak te baranki kupujemy co dają, płacąc często te same, albo większe pieniądze  … Smutne!” (źródło).

Inny internauta pisze:

„sa rozne wersje jakosciowe tych samych produktow. Na rynki, gdzie jest mocne
prawo konsumenta, i gdzie ludzie sa w stanie zaplacic wiecej ida wersje wykonane
z lepszych komponentow. Byly zdaje sie 3 rozne normy, z czego np. Polska miala
ta srodkowa, a Szwecja i Niemcy najwyzsza jakosc. On staral sie kupowac sprzet z
hurtowni w Niemczech, bo mniej sie psul i byl ladniej wykonczony (nie bylo
niepasujacych kantow itd)” (źródło).

W ostatniej wypowiedzi pada ważna sugestia: uczciwość koncernów wobec konsumentów zależy od tego czy prawo w danym państwie jest sprawnie respektowane (same posiadanie przepisów jeszcze nic nie daje – potrzebne są struktury, urzędy i dobra kadra, żeby wymuszać ich przestrzeganie).

Chemia to nie jedyny segment produktów, który podlega podwójnym standardom. Jakiś czas temu wyszło na jaw, że firma Gerber do słoiczków z jedzeniem dla dzieci dodaje mięso oddzielone mechanicznie (zmielone ścięgna, włókna, błony). Firma Nestle odpowiadając na pytania konsumentów nowomową, w której na wszystkie sposoby odmienia się zwrot „najwyższa jakość naszych produktów”. Sprawą zajmowała się przez krótki czas Gazeta Wyborcza i jak wtedy ustaliła do produktów tego samego typu we Francji i Niemczech nie dodaje się mięsa oddzielonego mechanicznie.

Wynika z tego, że wybierając polską chemię czy jedzenie nie tylko wspieramy własną gospodarkę, ale też chronimy się przed robieniem w balona. Jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że dotyczy to również ubrań, RTV i kont bankowych.

Ratujmy polskie bogactwa naturalne

gas2

Poniżej prezentuję artykuł Adam Bednarczyka: Ratujmy polskie bogactwa naturalne, opublikowany pierwotnie na Nowym Ekranie (09.11.2011). Otrzymaliśmy zgodę od redakcji  na przedruk tego materiału, co czynimy, ponieważ dostarcza on porażającej wiedzy, na temat braku patriotyzmu gospodarczego, który każdego z nas, obywateli RP naraża na tysiące złotych strat, poprzez groszowe pozwolenia na wydobycie surowców mineralnych w Polsce przez zagraniczne firmy. Artykuł ten nawiązuje do dyskusji o gazie łupkowym, którą rozpoczęliśmy w poprzednich wpisach. Zapraszamy do (smutnej) lektury, refleksji i dyskusji, a także działań:

 

Rząd udziela koncesji na poszukiwanie i wydobywanie bogactw naturalnych w Polsce. Jednej z nich – dotyczącej wydobywania ropy naftowej w Bieszczadach – chciałbym poświęcić więcej uwagi.

 

Adam Bednarczyk

Informacja o tej eksploatacji ukazała się w amerykańskiej edycji Reutersa w dniu 8 lipca 2010 roku. Dotyczy ona licencji na wydobywanie ropy naftowej na powierzchni około 35,000 kilometrów kwadratowych w Bieszczadach. EuroGas posiadający swoje biura we Frankfurcie i Hamburgu poinformował, że rozpocznie wiercenie pierwszych otworów do wydobywania ropy naftowej na obszarze o powierzchni około 3500 kilometrów kwadratowych co stanowi około 10% obszaru koncesyjnego. Partnerami wydobycia ropy naftowej w tej udzielonej licencji są PGNiG SA (51%), Aurelian Oil @ Gas Plc (25%) oraz Eurogas (24%), przy czym w licencji PGNiG SA udział Rządu R.P. wynosi 72.42% a pozostała część udziału PGNiG SA posiadają akcjonariusze prywatni. W odniesieniu do całości udział Rządu R.P. wynosi około 36.93% a osoby fizyczne krajowe i zagraniczne posiadają 63.07%.

 

680 milionów baryłek

Miejsce odwiertów zostało wybrane po intensywnych badaniach sejsmicznych przeprowadzonych w latach 2008 i w 2009. W wyniku tych poszukiwań tylko z jednego zbiornika na tym terenie Eurogas spodziewa się wydobyć około 100,000,000 baryłek ropy naftowej (jedna baryłka – około 159 litrów). Czas wiercenia jednego otworu wynosi około od dwóch do trzech miesięcy. Na podstawie badań sejsmicznych geolodzy nie mają wątpliwości, że na terenie tych 3500 kilometrów kwadratowych znajduje się więcej niż 680,000,000 baryłek ropy naftowej. Pozostała część tego obszaru koncesyjnego jest również roponośna.

 

Mniej niż 5 procent

Zastanówmy się jaką wartość posiada odkryte złoże. Załóżmy, że cena baryłki ropy wynosi około 110 USD. Te 680 mln baryłek ropy po wydobyciu będzie miało na rynku wartość około 74.8 mld USD. Jaką wartość ta suma będzie miała dla obywateli R.P. to jest tych, którzy byli właścicielami tego złoża w całości. Obecny rząd – jeśli wierzyć informacji podanej przez Telewizję Trwam udziela koncesji na wydobycie bogactw naturalnych albo dokładniej sprzedaje bogactwa naturalne w złożach za 5% ich wartości. Moim zdaniem, realna suma uzyskana ze sprzedaży licencji na wydobycie jest jeszcze niższa niż 5%, ponieważ firmy które wykupiły licencje korzystają z polskich dróg, niszczą środowisko naturalne, uprawy, dezorganizują życie społeczne w rejonie w którym dokonują budowy kopalni czy też otworów wiertniczych. Bez znajomości dokładnych danych podających warunki kontraktu z Aurelian Oil @ Gas Plc (25%) oraz Eurogas (24%) nie można dokonać dokładnej analizy finansowej.

Przy założeniu równomiernego rozkładu ropy na całej powierzchni udzielonej koncesji wydobycie wyniesie 6.8 miliarda baryłek ropy naftowej o wartości 748 miliardów dolarów. Sprzedaż 63% wydobytej ropy spółkom zagranicznym i osobom prywatnym za 5% wartości przyniesie stratę dla skarbu państwa i społeczeństwa wynoszącą 400 miliardów dolarów amerykańskich to jest około 10,000 dolarów amerykańskich albo około 30,000 złotych na każdego z mieszkańców R.P.

 

Dziwi mnie brak chęci wykorzystania przez rząd R.P. rozwiazań, które byłyby dla obywateli tego kraju najkorzystniejsze. Na świecie istnieją setki jeśli nie tysiace firm, ktore specjalizują sie w poszukiwaniach złóż mineralnych i które oczekują na uzyskanie zlecenia na poszukiwania. Pewna firma z Texasu w USA za znalezione złoże domaga sie 20% zawartości złoża. Dochód skarbu R.P. byłby jeszcze wyższy w przypadku zaangażowania zarówno do poszukiwań jak i wydobycia ropy naftowej polskich firm.

 

Bez wiedzy społeczeństwa

Z danych Ministerstwa Środowiska wynika że do dnia 1 lutego 2009 wydano: 68 koncesji na wydobywanie torfu, wód leczniczych i termalnych, 16 koncesji na wydobycie rud: cynku, ołowiu, miedzi oraz siarki i soli. Dodatkowo wydano 60 koncesji na wydobycie węgla kamiennego, 14 koncesji na wydobycie węgla brunatnego i 227 koncesji na wydobycie gazu ziemnego i ropy naftowej.

Razem stanowi to 394 koncesje na wydobywanie surowców mineralnych w Polsce.

W moim przekonaniu rząd R.P przekracza swoje uprawnienia sprzedając bogactwa mineralne. Oferowanie złóż mineralnych za 5% ich wartości jest moim zdaniem karygodne. Tym bardziej, że te transakcje podobnie jak wyprzedaż zakładów przemysłowych, odbywa się również bez konsultacji ze społeczeństwem.

 

Swoje wątpliwości umieściłem w piśmie dostarczonym w dniu 27 czerwca 2011 r do Trybunału Stanu:

 

Zwracam się do Trybunału Stanu o wprowadzenie zakazu udzielania koncesji przez Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na wydobywanie kopalin do czasu uzyskania przez Rząd R.P. społecznej akceptacji na wydawanie tych koncesji przez właścicieli złóż to jest obywateli R.P. na warunkach podyktowanych przez właścicieli.

Udzielanie koncesji na wydobywanie kopalin jest równoznaczne ze sprzedażą tych kopalin. Z definicji – sprzedaż- jest transakcją pomiędzy właścicielem a nabywcą. Właścicielami bogactw naturalnych w Polsce są wszyscy obywatele Polski. Społeczeństwo polskie nie było i nie jest informowane o ich sprzedaży jak również o warunkach tej sprzedaży. Rząd R.P. nie uzyskał od społeczeństwa polskiego prawa do sprzedaży polskich bogactw naturalnych. W moim przekonaniu rząd R.P. przekracza swoje uprawnienia dokonując sprzedaży tych bogactw naturalnych.

 

Z przeglądu prasowego dowiedziałem się, na rynkach światowych złoża do eksploatacji są sprzedawane w zakresie od 20% do 80% ich wartości. Nasze bogactwa naturalne są sprzedawane za 5% wartości złóż (Telewizja Trwam). To nie jest racjonalne sprzedawanie. Sprzedawanie bogactw naturalnych za pięć procent ich wartości jest znacznie bliżej rozdawania tych bogactw naturalnych niż ich racjonalnego sprzedawania. Zwracam się do Trybunału Stanu o pilne rozpatrzenie mojego wniosku. Istnieje niebezpieczeństwo, że do zakończenia obecnej kadencji Rządu R.P. może zostać dokonana wyprzedaż większości naszych bogactw naturalnych na bardzo niekorzystnych dla nas warunkach.

Z poważaniem,

mgr inż. Adam Bednarczyk

 

 

Odpowiedź Trybunału Stanu

TRYBUNAŁ STANU Warszawa, dnia 18 sierpnia 2011 r.

TS 052-22/11

 

Szanowny Panie,

Odpowiadając na Pana pismo z dnia 23 czerwca 2011 adresowane do Trybunału Stanu, uprzejmie wyjaśniam, że sprawy w nim poruszone nie należą do właściwości Trybunału Stanu, który orzeka o odpowiedzialności konstytucyjnej osób zajmujących najwyższe stanowiska państwowe, wyłącznie na podstawie uchwały Sejmu RP (ustawa z dnia 26 marca 1982 r. o Trybunale Stanu – jednolity tekst – Dz.U. z 2002 r., Nr 101, poz.925).

Ustawa ta nie przewiduje składania wniosków przez osoby prywatne.

Wobec powyższego pismo Pana pozostaje bez dalszego biegu.

Za Sekretariat Trybunału Stanu

(Pieczęć) Dyrektor

Biura Organizacyjnego

w Sądzie Najwyższym

Krzysztof Śledziewski

 

W Gazecie Finansowej w ubiegłym roku w dniu 16 kwietnia pojawiła się informacja o sprzedaży polskich łupków za mniej niż 1% ich wartości złoża, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych stawki za eksploatację takich złóż wynoszą 20% wartości złoża. W dniu 21 kwietnia ubiegłego roku złożyłem pisemne protesty do Marszałka Senatu R.P. Pana Bogdana Borusewicza oraz Marszałka Sejmu/p.o. Prezydenta R.P. Pana Bronisława Komorowskiego przeciw tej transakcji z sugestią o jej anulowanie. Niestety do dnia dzisiejszego nie otrzymałem odpowiedzi.

 

W Internecie znalazłem, że Norwegowie sprzedawali swoje podmorskie złoża ropy naftowej za 70% ich wartości.

 

W czerwcu ubiegłego roku dokonałem zgłoszenia patentowego na wynalazek pt: Technologia pozyskiwania węglowodorów z podziemnych złóż poprzez podgrzewanie złoża i dotyczącego eksploatacji łupków gazowych.W publikatorach na kilka miesięcy zarówno przed moim zgłoszeniem jak i po moim zgłoszeniu pojawiały się artykuły o konieczności sprzedaży polskich łupków dlatego, że Polacy nie potrafią ich wykorzystywać. Próbowałem dokonać sprostowania tych informacji przynajmniej poprzez krótką notatkę o moim zgłoszeniu patentowym. Zwracałem się do wielu wielkonakładowych dzienników jak i stacji telewizyjnych. Niestety pełna blokada. Jedynie tylko w niskonakładowym tygodniku Nasza Polska w udało mi się umieścić krótki artykuł.

 

Obywatele Polski oczekują od swojego Rządu działań w interesie R.P. z podaniem pełnych informacji dotyczących: uzasadnienia sprzedaży, nazwy sprzedanych obiektów lub bogactw mineralnych, cen i rynkowej wartości tych obiektów. Społeczeństwo jako właściciel majątku narodowego poniża się gdy prosi wynajętego przez siebie administratora to jest Rząd R.P. o zaniechanie sprzedaży pewnych obiektów jak i o informowania o stanie finansowym państwa.

 

Ograniczenie dostępu do informacji

Uzyskanie pełnych informacji o transakcjach Rządu R.P. jest znacznie utrudnione od momentu podpisania przez Prezydenta R.P. Pana Bronisława Komorowskiego w dniu 2011-09-26 nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej. Nowelizacja została uchwalona przez posłów z Klubów PJN, PO, PSL i SLD (dane z Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych Sejmu, druk 4555-A). Zdaniem posłów sprzeciwiających się wprowadzeniu tej nowelizacji, nowelizacja do ustawy o dostępie do informacji publicznej spowodowała, że Polacy nie mają dostępu do informacji i nie mogą patrzeć na ręce rządzących. Polacy nie będą wiedzieć , co się dzieje w poszczególnych resortach i ministerstwach. Poseł Jarosław Kaczyński przyrzekł dokonać zmiany tej znowelizowanej ustawy na ustawę w pełni demokratyczną, jeśli PIS wygra wybory.

 

Walka o duże pieniądze

Do 1 lutego 2009 roku sprzedano nasze bogactwa naturalne poprzez udzielenie 394 koncesji na wydobycie. Wrócę jeszcze do licencji na wydobycie ropy naftowej w Bieszczadach. Ta licencja oznacza, że tracimy tam 400 miliardów dolarów to jest 10,000 dolarów na osobę. Dokładniej zająłem się tylko jedną koncesją. Pozostały jeszcze do przeanalizowania 393 koncesje. Jeśli te koncesje na wydobycie bazują na 5% odpłatności w odniesieniu do wartości złoża, to przy wszystkich 394 koncesjach można się spodziewać strat dla skarbu państwa i społeczeństwa rzędu wielu tysięcy miliardów dolarów a może nawet i więcej. Tylko ta jedna koncesja w Bieszczadach oznacza, że oddajemy w obce ręce około 8% powierzchni kraju. Do chwili obecnej sądzę, że liczba udzielonych koncesji na wydobycie jest znacznie wyższa. W wyżej wymienionym spisie koncesji nie było podanych koncesji na wydobycie pierwiastków ziem rzadkich. Niektóre z tych pierwiastków osiągają ceny porównywalne z ceną złota jeśli są sprzedawane w stanie surowym t.j. w postaci sztabek. W wyrobach ich cena przekracza kilkunastokrotnie ceny złota. Duże zasoby tych pierwiastków znajdują się w województwie Suwalskiem. Jeśli obecny Rząd R.P. dokonał sprzedaży tych pierwiastków ziem rzadkich to byłoby to olbrzymią dodatkową stratą dla naszego skarbu państwa i obywateli. Nie można wykluczyć, że wartość pokładów tych pierwiastków ziem rzadkich w Polsce może przekraczać wartość bogactw naturalnych w udzielonych już 394 licencjach. Dokładniejszą analizę strat dotyczącą złoża ropy w Bieszczadach można znaleźć na stronie <wiernipolsce.pl>. Również pod ten adres bardzo proszę o kierowanie uwag i propozycji co należy zrobić ażeby odzyskać utracone bogactwa naturalne.

 

Adam Bednarczyk

(kliknij w poniższe zdjęcie:)

 

Gaz łupkowy – fakty i mity

Bez tytułu

W odpowiedzi na mój apel z artykułu Gaz łupkowy – nadzieja czy przekleństwo? jeden z komentatorów podesłał link do bardzo interesującego filmu, w którym dowiadujemy się wielu interesujących informacji. Nie są jednak one optymistyczne, ponieważ mówią o nieklarowności w poszukiwaniu i dzieleniu zysków z gazu łupkowego w Polsce.

Jest całkiem prawdopodobne, że właśnie w tej chwili tracimy miliardy złotych właśnie z powodu braku patriotyzmu gospodarczego i wkraczamy na drogę Nigerii. Zapraszam do obejrzenia filmu i do komentowania:

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Fakty i mity o gazie łupkowym.

 

Ciekawy artykuł na ten temat można poczytać także tutaj:

Ratujmy polskie  bogactwo naturalne. 

 

Kapitał zagraniczny: korzyści czy straty?

buty

Jak co roku Narodowy Bank Polski opublikował raport prezentujący wyniki jakie osiągnęły zagraniczne firmy w Polsce. W 2010 roku zagraniczni inwestorzy mimo kryzysu zarobili 11,3 mld euro. Nie jest to kwota dużo mniejsza niż w rekordowym roku 2008, kiedy to z Polski wypłynęło 13,8 mld. Wg raportu średnia rentowność zainwestowanego w Polsce kapitału wyniosła 7,5%.

Najwięcej zarabiają na polskim rynku firmy z Holandii, Francji i Niemiec, natomiast najlepiej (czyli mając największą rentowność) Rosjanie. Zagraniczne firmy realizują swoje zyski poprzez wypłatę dywidendy, zwrotu pożyczek i ich oprocentowania lub opłat (na przykład za korzystanie ze znaków towarowych). Wysokość wyprowadzonego z Polski kapitału wystarczyłaby na załatanie dziury budżetowej. Oczywiście inwestycje kapitału zagranicznego w Polsce mają też swoje dobre strony. Niestety – nie wiem jakie.

Wydaje mi się, że lepiej dla polskiej gospodarki kiedy zysk wypracuje firma polska niż zagraniczna. Tym bardziej, że zagraniczne inwestycje w Polsce nie zapewniają nam na przykład skoku cywilizacyjnego. Nie dorobiliśmy się swojej Nokii jak Finowie. Przez inwestorów z Zachodu jesteśmy traktowani równorzędnie z krajami rozwijającymi się i inwestuje się u nas ze względu na tanią siłę roboczą. Przejęcie Telekomunikacji Polskiej przez Francuzów nie poprawiło jakoś znacząco zadowolenia polskich konsumentów z usług tej firmy. Poziom usług pozostał ten sam, ale ileś osób straciło pracę, żeby francuski właściciel mógł mieć większe zyski.

Nie uważam, aby inwestycje zagraniczne same w sobie były zjawiskiem niepożądanym. Nie podzielam jednak również bałwochwalczego entuzjazmu niektórych ekonomistów i komentatorów, którzy każdą inwestycję witają jak księcia na białym koniu, a nominalny poziom zaangażowania zagranicznych firm uważają za wskaźnik postępu. Przy inwestorach zagranicznych należy brać pod uwagę, czy wnoszą coś nowego do naszej gospodarki, czy uczą nas czegoś, na czym w przyszłości my Polacy będziemy mogli zarobić. Po co nam inwestycje, które pogryzają polskie firmy? Czy naprawdę dobrym rozwiązaniem jest oddanie w obce ręce ponad 3/4 sektora bankowego? Czy musieliśmy sprzedawać sieci komórkowe, które rozwijały się w tempie takim samym jak ich zagraniczni konkurenci. Krótko mówiąc pomyślmy też o jakości zagranicznych inwestycji nie podniecając się tylko ich ilością.

I chociaż wiele dobrych firm zostało sprzedanych całkiem niepotrzebnie to nie należy rozpaczać, że mleko zostało rozlane. Wszystko w rękach zwykłych konsumentów. Wystarczy, że zaczną wiedzieć który kapitał jest polski i uwzględniać tę zmienną w swoich codziennych zakupach.

Prof. A. Koźmiński o patriotyzmie ekonomicznym

Idea patriotyzmu ekonomicznego nie umknęła uwadze polskich naukowców. W Realiach(nr 6/2008) Andrzej Koźmiński – profesor zarządzania i rektor Akademii im. Leona Koźmińskiego – jednej z bardziej znanych polskich uczelni prywatnych – w krytyczny sposób analizuje ideę patriotyzmu ekonomicznego.

Zdjęcie autora artykułu

prof. Andrzej Koźmiński (źródło: franchising.pl)

Cały artykuł jest do przeczytania tutaj: http://realia.com.pl/pdf/6_2008/06_06_2008.pdf

Profesor Koźmiński odróżnia przede wszystkim patriotyzm od nacjonalizmu ekonomicznego

Patriotyzm jest „za” a nacjonalizm „przeciw”.

…i w wielu punktach daje wyraz krytyki dla wszelkich (nawet domniemanych) form protekcjonizmu w gospodarce, które utożsamia z działaniem „przeciw”.

Godny odnotowania jest wątek patriotyzmu ekonomicznego, jako wspólnej odpowiedzialności ludzi biznesu i polityki za dobrobyt gospodarczy kraju.

Zasada odpowiedzialności publicznej wymaga przestrzegania przez obie strony, czyli biznes i władze publiczne pewnych norm i wartości odwołujących się do „wspólnego dobra”, czyli innymi słowy właśnie do „patriotyzmu ekonomicznego”.

Jednak z tekstu wyziera przede wszystkim przekonanie autora, iż nie ma alternatywy dla ekonomicznego rozwoju Polski poprzez dalszą integrację naszej gospodarki z rynkiem globalnym. Żeby wykluczyć z dyskusji refleksję nad tym procesem używa on instrumentalnie wcześniejszego rozróżnienia – błędnie klasyfikując politykę gospodarczą II RP jako nacjonalizm. Czy zdaniem profesora patriotyzm gospodarczy np. w stylu Eugeniusza Kwiatkowskiego jest anachronizmem? Czy naprawdę…

w warunkach postępującej integracji ekonomicznej i globalizacji nie ma najmniejszych szans na jego realizację [?]

Teza autora zaskakuje w świetle sukcesów gospodarek państw azjatyckich. Przecież to m.in. dzięki narodowej polityce gospodarczej, przypominającej tą jaka obowiązywała w Polsce przed wojną, takie kraje jak Japonia, Korea Pd., czy Malezja osiągają kolejno swoje sukcesy ekonomiczne na skalę globalną.

Na koniec tekstu prof. Koźmiński zdradza, że jest zwolennikiem „pragmatycznej wykładni” patriotyzmu ekonomicznego, której przejawem miałaby być przede wszystkim inwestycja w wykształcenie przyszłych pokoleń Polaków.

Oczywiście bez kapitału ludzkiego rozwój gospodarczy Polski nie jest możliwy, ale w tekście wyraźnie brakuje odpowiedzi na pytanie dla czyich firm Ci wykształceni Polacy mieliby pracować?

Zapraszam do dyskusji nad artykułem!

 

Patriotyzm formą CSR?

Okazuje się, że patriotyzm ekonomiczny może być uznaną formą działań z zakresu CSR, czyli bardzo ostatnio modnej społecznej odpowiedzialności biznesu.

Opublikowany w tym roku raport firmy Accreo Taxand Przegląd zachęt podatkowych w kontekście CSR w wybranych krajach europejskich porównuje jak poszczególne państwa wspierają idee społecznej odpowiedzialności biznesu za pomocą przepisów podatkowych. Co ważne, w raporcie uwzględniono praktyki prowadzące do zrównoważonego rozwoju lokalnych rynków oraz wspierania narodowej kultury i edukacji. Niestety takie praktyki nie są w Polsce jeszcze dostatecznie wspierane przez system podatkowy.

Zaopatrywanie się u lokalnych dostawców

Jako przykład z zakresu zaopatrywania się lokalnie raport podaje politykę podatkową zachęcającą do zakupów produktów od krajowych rolników:

Ułatwienie korzystania z krajowych produktów rolnych ogranicza koszty transportu, zwiększa zaufanie społeczne do sprzedawanych produktów oraz rozwija w sposób zrównoważony gospodarkę.

Tą samo tyczy się także innych branż. Przedsiębiorstwa kupując produkty i usługi od lokalnych dostawców zapewniają sobie korzyści w postaci zapłaconych i wydanych lokalnie podatków. Zlecając i kupując „po sąsiedzku” pośrednio dają pracę i pozwalają zarobić mieszkańcom regionu – swoim potencjalnym klientom. Pieniądze wydane lokalnie wracają więc do firm szybciej niż gdyby zaopatrywali się na rynkach zewnętrznych. Upowszechnienie się postaw sprzyjających kupowaniu u lokalnych dostawców zapobiega także powstawaniu oligo- i monopoli, gdyż chroni konkurencję dając szansę na przetrwanie większej ilości przedstawicieli danej branży.

Wspieranie nauki i kultury narodowej przez firmy

W Finlandii osoby prawne mają prawo do odliczenia darowizn na cele wspierania nauki, sztuki lub fińskiego dziedzictwa kulturowego oraz środków przekazanych na rzecz uniwersytetów.

W Polsce przepisy pozwalają odliczyć od podstawy opodatkowania darowizny jeśli były przekazane organizacjom pozarządowym realizującym cele pożytku publicznego nawet do wartości 10% przychodów (w przypadku osób fizycznych tylko do 6%). Nie ma jednak takiej możliwości w przypadku przekazania środków instytucjom publicznym np. na wsparcie działań na rzecz ochrony i promocji polskiego dziedzictwa kulturowego lub prowadzenia badań naukowych.