Archive for Alerty

Niemiecka obecność w mediach w Polsce

mapa

Gdy mieszkaniec kraju leżącego nad Wisła sięga po gazetę to z dużym prawdopodobieństwem pomnaża zysk jakiegoś niemieckiego potentata medialnego. Również, gdy słucha radia to pieniądze za reklamy, które sączą się mu do uszu wypełniają konta niemieckich koncernów. Nawet w Internecie obecność niemiecka jest znaczna, bo największy „polski” portal informacyjny Onet nie jest tak naprawdę polski. To samo dotyczy niewiele mniejszej Interii.

Ktoś zadał sobie trud i sporządził mapę obecności niemieckiego kapitału na rynku medialnym w Polsce*.

Mapa dostępna tu:

Jakie to ma konsekwencje. W mediach praca redakcji i praca sprzedawców reklamy to naczynia połączone. Niewiele mediów stać na to, żeby zaatakować koncert dopuszczający się złych praktyk, gdy jednocześnie ten koncert jest dużym reklamodawcą. Czy spotkaliście się kiedykolwiek z prasie lokalnej z opisem złych praktyk w wykonaniu koncernów niemieckich? Pamiętamy jakie cięgi zebrała kiedyś Biedronka za traktowanie pracowników. Biedronka jest portugalska a ten kraj nie kupił w Polsce mediów. Czy wierzycie, że pracownicy w Lidlu mają lepiej od tych z Biedronki? W społeczeństwie polskim pokutuje przekonanie, że niemiecki przedsiębiorca do dobry pracodawca. Może dlatego, że grzechy niemieckich firm nigdy nie ujrzą w Polsce światła dziennego. Jak już jakiś dziennikarz upiera się na to, żeby prześwietlać ciemne sprawy biznesu to się go wypuszcza na polskich przedsiębiorców – oni w swoim kraju nie mają parasola ochronnego w postaci koniunkturalnych mediów.

Czy kiedy słuchasz radia lub przeglądasz wcześniej wspomniany Onet płacisz za coś? Oczywiście, że… tak. Na każdej podstronie Onetu znajdziesz reklamy. Każda komercyjna stacja przerywa swoje audycje reklamami. Czy Ci się to podoba czy nie za te reklamy zapłacisz w sklepie kupując reklamowane towary.

Większości współczesnych Polaków ta prawda nie obchodzi nic a nic podobnie jak naszych przodków w XVIII wieku nie obchodziło to, że w Polsce faktycznie rządził ambasador rosyjski, że szczytem zaradności ekonomicznej było zostać opłacanym przez obcy dwór zdrajcą Ojczyzny.

Nasi przodkowie doznali momentu przebudzenia, gdy nagle polskość stała się dla nich ważniejsza od rosyjskich rubli. Co prawda naiwnie wierzyli, że Prusy są po ich stronie (przedstawiciel Prus intensywnie tę wiarę podsycał aż do drugiego rozbioru).

Czy nas dziś stać na przebudzenie i zauważenie, że niemiecka obecność gospodarcza w Polsce działa na pewno na korzyść Niemiec – naszą niekoniecznie.

 

* Mapa zawiera jedną informację nieaktualną: Media Regionalne i Polskapresse zostały zmuszone przez UOKiK do sprzedaży Dziennika Wschodniego – gazety wydawanej na terenie woj. lubelskiego. Ta decyzja to listek figowy, którym UOKiK zakrywa fakt, że dopuścił do stworzenia monopolu na rynku prasy regionalnej. Niemiecki koncern Polskapresse ma tej chwili 95% prasy regionalnej w naszym kraju.

Wóz Drzymały znowu potrzebny

newspapers2

Serwis branżowy Press podaje informację o propozycji złożonej przez Polskapresse lokalnym tygodnikom w województwie kujawsko-pomorskim (podajemy za portalem biznes.pl).

Jak wygląda sytuacja na polskim rynku prasowym?

Źródło infografiki: PRESS.PL

Źródło infografiki: PRESS.PL

Na regionalnym i lokalnym rynku prasowym w Polsce dominuje  kapitał niemiecki. Do jednego niemieckiego koncernu (Verlagsgruppe Passau) należy dziś 95% sprzedawanych egzemplarzy gazet regionalnych. W Polsce koncern działa pod nazwą Polskapresse – ta spółka córka miała dotychczas dzienniki w połowie kraju (Polska Dziennik Zachodni, Polska Dziennik Bałtycki i pozostałe, których nazwy zaczynają się od „Polska…”). Po transakcji w roku 2013 Polskapresse przejęła również dzienniki regionalne z drugiej połowy Polski (m. in. Gazetę Pomorską, Echo Dnia, Głos – Dziennik Pomorza, Nowiny).

Kapitał zagraniczny: szkodzi i pomaga?

Do oceny tej sytuacji, którą mamy w Polsce użyjemy tez sformułowanych przez ekonomistę niemieckiego Heinera Flassbecka (cytat z portalu Forsal.pl):
” … kompetencji w temacie międzynarodowych przepływów kapitału odmówić mu nie sposób. Dość powiedzieć, że w latach 2003–2012 Niemiec był głównym ekonomistą UNCTAD, czyli Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju – wspomnianej już agencji ONZ, która z bliska przygląda się tematyce inwestycji zagranicznych. – W kręgach politycznych, a czasem nawet wśród ekonomistów dominuje naiwne przekonanie, że inwestycje zagraniczne to gra, w której obie strony wygrywają. Rzeczywistość jest niestety dużo bardziej skomplikowana – mówi nam Flassbeck. Działa to mniej więcej tak. Do kraju o niższym poziomie rozwoju wchodzi z nową inwestycją kapitał zagraniczny. On już na dzień dobry dysponuje dużo lepszą (przywiezioną ze sobą) technologią, a co za tym idzie produktywnością rodem wręcz z innej planety. Uzupełnia to jeszcze tanią siłą roboczą kraju przyjmującego i staje się graczem wręcz nie do pobicia. W starciu z takim rywalem większość lokalnych konkurentów jest bezradna. A to nie koniec przewag inwestora zagranicznego. Większość z nich stosuje bowiem tzw. ceny transferowe. Czyli preferencyjny sposób księgowania kosztów pomiędzy rozsianymi po świecie spółkami córkami jednej globalnej firmy. Takie ceny transferowe mają decydujący wpływ na konkurencyjność międzynarodowej grupy wobec innych przedsiębiorstw działających lokalnie. Bywa, że firma zagraniczna omija z ich pomocą zobowiązania wobec lokalnego fiskusa. W praktyce więc duże zachodnie korporacje nie mają zazwyczaj najmniejszych problemów, by w krótkim czasie uzyskać dominującą pozycję na najbardziej intratnych rynkach państw o słabszym potencjale ekonomicznym.”

Niemiecki ekonomista ujawnia nam wiedzę, której, mam wrażenie, bardzo boją się ekonomiści polscy, którym kapitał zagraniczny jawi się jako manna z nieba i jest używany często jako wskaźnik rozwoju kraju. Tymczasem może szkodzić, szczególnie w sytuacji, gdy uzyskuje przewagę monopolisty. Pamiętajmy, że Polskapresse to nie tylko wydawca prasowy, ale też właściciel wielu portali w tym Gratka.pl, naszemiasto.pl a po przejęciu Mediów Regionalnych również sieci portali Moje Miasto. Daje to mu możliwość ekspansji zarówno w przejmowaniu czytelników, jak i reklamodawców.

 

Atak na ostatni bastion

To, o czym mówi Flassbeck, już zadziało się w Polsce na rynku gazet regionalnych. Polskapresse najwyraźniej jednak chce „dorżnąć” watahę i przejąć również tygodniki lokalne – ostatni bastion polskiej prasy w Polsce powiatowej. Według relacji Press zaczęły się podchody do tego przejęcia:

„Tydzień temu menedżer „Gazety Pomorskiej” (należy do Mediów Regionalnych, które pod koniec października br. zostały przejęte przez Polskapresse) odwiedził Dominika Księskiego, prezesa Stowarzyszenia Gazet Lokalnych i właściciela tygodników „Pałuki” oraz „Pałuki i Ziemia Mogileńska” ukazujących się w województwie kujawsko-pomorskim. Menedżer zaproponował mu „współpracę kapitałową”. – Zapytałem, czy Polskapresse ma do sprzedania udziały. Odpowiedział, że chodzi o współpracę „w drugą stronę” – mówi Dominik Księski, który odrzucił propozycję. Uzasadniał, że modele biznesowe i redakcyjne obu wydawnictw zbyt się różnią, by współpraca mogła się udać. – Nie ukrywałem, że dalszy zanik konkurencyjności na rynku lokalnym będzie szkodliwy dla czytelników – dodaje Księski. Taką samą ofertę otrzymał Maciej Grzmiel, właściciel wydawnictwa Magraf wydającego w województwie pomorskim „Czas Chojnic” i „Tygodnik Człuchowski” oraz w województwie kujawsko-pomorskim „Tygodnik Tucholski”. – Nie jestem zainteresowany współpracą kapitałową z Polskapresse. Już cztery lata temu Polskapresse proponowała mi kupno moich tytułów, ale odmówiłem – mówi Grzmiel. – Polskapresse jest zainteresowana monopolizacją rynku prasy lokalnej. Nie wiadomo tylko, czy rozmowy prowadzone przez koncern z lokalnymi wydawcami służą do wypracowania decyzji w sprawie przejęcia lokalnych tygodników, czy decyzja ta już została podjęta – mówi Dominik Księski.”

Jak widzimy póki co trafiła kosa na kamień a Dominik Księski zachował się jak Drzymała (ten od wozu, który jest symbolem oporu przeciwko germanizacji za zaborów) i oparł się niemieckiej ekspansji w sposób dość finezyjny. Co prawda z jego wypowiedzi wynika, że bardziej kieruje się motywem rzetelności dziennikarskiej (chęć zachowania pluralizmu mediów w regionie) niż patriotyzmem gospodarczym, ale faktem jest, że obie motywacje w zaistniałej sytuacji idą ramię w ramię i są korzystne dla konsumenta mediów w Polsce (z czego niestety przeciętny czytelnik rzadko zdaje sobie sprawę).

Wróćmy do artykułu na Forsal.pl, ponieważ znajdujemy tam kolejne wątki pozwalające na właściwą ocenę kapitału zagranicznego w kraju.

„Symptomatyczne jest również to, że takie procesy przechodzą zazwyczaj niezauważone. Dlaczego? Dosyć łatwo wyliczyć, ile pieniędzy inwestor zagraniczny przeznaczył na reinwestycje w danym kraju albo ile utrzymuje tam miejsc pracy (w Polsce to ok. 1,5 mln stanowisk). Trudniej natomiast przedstawić wiarygodne wyliczenia na temat utraconych szans biznesowych lokalnych przedsiębiorstw związanych z pojawieniem się potężnego zagranicznego konkurenta, który pożarł im rynek.”

Ostatnią polską konkurencję wobec zagranicznego kapitału stanowią jeszcze tygodniki lokalne  i dwa dzienniki: Kurier Szczeciński i Super Nowości wychodzące w Rzeszowie. Oprócz Polskapresse rynek ten opanowały inne niemieckie firmy wykupując Gazetę Olsztyńską, Express Bydgoski i Nowości (Toruń).  Wielcy gracze zza Odry mając do dyspozycji dużo większą machinę marketingową i biznesową, przygotowują się teraz na rozdrobnionych, lokalnych wydawców.

A jak to się dzieje, że mają  tak wielki udział w rynku? Owo pożeranie rynku przez zagraniczne koncerny odbywa się poprzez codzienne decyzje zakupowe tysięcy polskich czytelników, którzy bardzo często kupując lokalną gazetę kierują się patriotyzmem. Uważają, że to ich lokalna/regionalna gazeta, często kupowana już w kolejnym pokoleniu. W ostatecznym rachunku ogólna sytuacja na rynku zależy od tysięcy indywidualnych decyzji podejmowanych świadomie lub bezrefleksyjnie przez nas – konsumentów. Swoimi decyzjami konsumenckimi możemy więc sobie szkodzić – nawet w dobrej wierze – lub pomagać.

Kod 590… wprowadza polskich konsumentów w błąd

IMAG0488-300x199
IMAG0486

Chiński ręcznik

Często zdarza się, że w akcjach oraz działaniach na rzecz patriotyzmu konsumenckiego jego  rzecznicy powołują się na kod kreskowy zaczynający się od sekwencji 590. Kierowanie się przy wyborze produktu tym kodem ma rzekomo gwarantować płacenie za produkt polskich firm.

Wiele jednak wskazuje na to, że nie musi to być prawda. Prezentujemy obok zdjęcia metki od ściereczki, na której widnieje kod zaczynający się od 590 oraz napis informujący, że ściereczkę wyprodukowano w CHRL (Chińskiej Republice Ludowej). Takich przykładów, jak ten, jest wiele.

Faktem jest, że kod rozpoczynający się od  590 może informować o tym, że produkt  wyprodukowano na zlecenie firmy zarejestrowanej w Polsce lub, że faktycznie został on wyprodukowany w Polsce  (w jakiejś części, np. złożony z przywiezionych komponentów). Powinniśmy więc przestać całkowicie ufać odwołaniu do kodu 590, nawet jeśli dopisano przy nim, że produkt został zrobiony w Polsce. Nie wiemy bowiem, czy:

  • produktu nie zrobiono z gotowych komponentów wwiezionych do Polski

    Wyprodukowano w Chinach

  •  nie wykonała go zarejestrowana w Polsce „córka” zagranicznej firmy, która za pomocą działań księgowych i tak nie płaci podatków w Polsce, a poza tym zysk wyprowadza zagranicę, tam gdzie mieszkają jej właściciele.

 

Oczywiście nie wyklucza to, że takim kodem może być oznaczony produkt wyprodukowany całościowo w Polsce, przez firmę należąca do polskich obywateli, uczciwie płacących podatki w Polsce. Jednak, jak pokazują przykłady, kod niczego nie gwarantuje.

Bezkrytyczne bazowanie na  kodzie 590 może nieść odwrotny, do zamierzonego skutek – zamiast bowiem zwiększać świadomą konsumpcję obywateli, zgodną ze swoim interesem, wdrukowuje fałszywy stereotyp, który może prowadzić do wydawania pieniędzy na produkty i w firmach niezwiązanych interesem z Polską.

IMAG0488-300x199

590 to za mało

Z tymi problemami radzi sobie Polski Ślad. Jego znak skojarzony z firmą oznacza, że firma jest polska i płaci w Polsce podatki. Natomiast znak na produkcie oznacza, że jest to produkt firmy Polskiego Śladu, który został wykonany w Polsce.

Promowanie interesów „szerokiego portfela społecznego” wymaga rzetelnej i kompleksowej wiedzy. Rozwój inicjatywy na stronie www.polskislad.pl ma na celu prowadzić, do jak najbardziej zobiektywizowanego sposobu oceny, czy dane zjawisko ekonomiczne niesie ze sobą Polski Ślad.

Google nie płaciło podatków w W. Brytanii – co to znaczy dla nas?

doodle

Press.pl: „Barney Jones, były dyrektor brytyjskiego oddziału Google, oskarżył swojego dawnego pracodawcę o to, że zyski wygenerowane w Wielkiej Brytanii przepuszcza przez oddziały w Irlandii, a następnie przelewa do raju podatkowego na Bermudach.”

Co taka informacja znaczy dla Polski? Bardzo dużo, bo po raz kolejny potwierdza, że obecność zagranicznych koncernów na polskim rynku nie jest zbyt korzystna. Od roku 1989 zagraniczne inwestycje to był termin, który utożsamialiśmy z rozwiązaniem wszystkich problemów. Zagranicznych inwestor miał znaczyć lepsze technologie, utrzymanie miejsc pracy, rozwój gospodarki. Rzeczywistość weryfikuje te oczekiwania. Utrzymanie miejsc pracy tylko na jakiś czas, lepsze technologie czasami tak, czasami nie. Bardzo często chodziło tylko o to, żeby wejść na nasz rynek z produktem z rodzimego kraju koncernu usuwając polską konkurencję. W przypadku rynku chemii gospodarczej dziś wiemy, że niemieckim firmom chodziło o zalanie polskiego rynku proszkami i płynami, które chociaż nazywają się tak samo jak niemieckie odpowiedniki, są dużo gorszej jakości. Dlatego tak wielu konsumentów albo kupuje na bazarach oryginalną chemię sprowadzaną z Niemiec, albo odkrywa na nowo polskie produkty firm, które pozostały w polskich rękach i jednocześnie dużo lepiej dbają od jakość (np.: Biały Jeleń).

Zagraniczne koncerny na rynku to przede wszystkim unikanie podatków (efekt „jazdy na gapę” jak nazywają to ekonomiści). Te wielkie firmy korzystając z infrastruktury, do której dorzucają się podatnicy w Polsce (drogi, Policja, infrastruktura komunikacyjna, utrzymanie zieleni) stosują mnóstwo trików, które pozwalają im wyprowadzać dochody bez opodatkowania albo do firm matek w rodzimych krajach, albo do rajów podatkowych. I tak na przykład zagraniczna firma kurierska działająca w Polsce płaci mniej na utrzymanie dróg w naszym kraju niż Jan Kowalski, który po tych drogach jeździ mniej.

Zagraniczni inwestorzy czasami czują trend rodzącego się w Polsce patriotyzmu gospodarczego i szczególnie mocno podkreślają, jakimi są polskimi patriotami. Temu służą wykupione znaki Teraz Polska wiszące na sklepach niemieckiej sieci Lidl, czy kampania „My Polacy tak mamy…” w należącej do portugalskiej rodziny sieci Biedronka. Jest w tym drugie dno, bo nawet jeżeli w tych sieciach są polskie produkty, to czy dostawcy polscy nie muszą bardziej ustępować, żeby umieścić swoje produkty niż dostawcy z rodzimego kraju sieci? Nie istniejąca już na naszym rynku sieć hipermarketów reklamowała się kiedyś hasłem „30% produktów polskich”. Pytanie, ile procent obrotów tej sieci (w PLN) stanowiło te 30% polskich produktów i ile z tego mieli dostawcy?

Czasami zagraniczne inwestycje są wprost działaniem wrogim. Tak było w przypadku wielu polskich browarów, które kupiono tylko po to, żeby je zamknąć. Tak obecnie jest z próbą przejęcia największych zakładów chemicznych w Polsce przez spółki rosyjskie. W tym drugim przypadku chodzi o uzależnienie polskiej gospodarki od dostaw gazu z Rosji oraz przejęcie kilku ciekawych patentów.

Czy można coś z tym zrobić? Po pierwsze musimy wymagać od rządzących, żeby chcieli i umieli walczyć z wykorzystywaniem nas przez koncerny. I rozliczać ich z tego przy urnach wyborczych. A między wyborami możemy sami kierować się na zakupach patriotyzmem konsumenckim wybierając produkty i usługi firm z polskim kapitałem.

P.S. Według badania Megapanel serwisy Grupy Google są od wielu lat liderem w Polsce pod względem liczby odwiedzających jej osób.

Zabetonowany rynek prasy regionalnej w Polsce

mapa1

W marcu 2013 dokonała się fuzja prasy regionalnej w Polsce. Należąca do do niemieckiej Verlagsgruppe Passau spółka córka Polskapresse kupiła 100% udziałów w Mediach Regionalnych (dotychczas należących do brytyjskiego Mecomu). W ten sposób powstaje koncern, który skupi prawie całą prasę regionalną oraz około setki portali lokalnych w jednym ręku. W ten sposób rynek prasy regionalnej został praktycznie zabetonowany niemieckim betonem. W komentarzach na temat tej transakcji możemy znaleźć wiele informacji o biznesowej stronie, czyli o nowych możliwościach, które zyskuje Polskapresse i idealnym uzupełnianiu się dwóch dotąd odrębnych organizmów. Komentarze te taktownie utrzymywane są w ramach przekonania, że „kapitał nie ma ojczyzny”.

Kapitał może i ojczyzny nie ma, ale właściciele kapitału już tak. A właściciele Polskapresse są Niemcami i ten fakt należy rozważyć. W tej chwili o tym co pisze się o Polsce wojewódzkiej i powiatowej będzie decydował w całości ktoś w Niemczech. Nie będzie oczywiście jawnych instrukcji ani zaleceń. Istnieje jednak w pracy dziennikarzy coś jak autocenzura. Ilu z nich zawaha się, gdy trzeba będzie drążyć sprawę uchybień w zakładzie należącym do jakiegoś niemieckiego koncernu?

Ile z nich będzie bało się chwalić niemieckosceptycznych polityków polskich lub ilu zacznie na wszelki wypadek promować polityków niemieckoentuzjastycznych? Pamiętajmy, że obecnie samorządy mają bardzo duże znaczenie w organizacji życia i gospodarki. Rozdzielają duże środki unijne, wyłaniają wykonawców dużych kontraktów. Do tych przetargów bardzo często przystępują firmy z Niemiec. Niemieckie prawo skarbowe pozwala odpisać od podatku duże kwoty wydane na tzw. fundusz reprezentacyjny o ile zostały wydane za granicą (w praktyce chodzi o dane za granicą łapówki). Pracy naszych samorządów głównie przyglądają się gazety regionalne, które obecnie należą do niemieckiego koncernu.

Sama obecność obcych koncernów w naszej gospodarce nie przeszkadza mi. Wprowadzają element rywalizacji, który służy potem konsumentom, w przypadku gazet: czytelnikom. W przypadku mediów, które pełnią rolę IV władzy służy to również wszystkim obywatelom, czyli również tym nieczytającym. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z powstaniem monopolu na rynku gazet regionalnych. A monopole nie służą poprawie jakości usług, wręcz przeciwnie. Monopole zawyżają ceny i obniżają jakość usług. Dlatego czułbym się dużo lepiej, gdyby w Polsce na poziomie wojewódzkim i powiatowym obok Polskapresse działały też rodzime media o tym samym zasięgu. A takich nie ma lub są bardzo niszowe. Tam gdzie jednak powstają dużo zależy od nas, zwykłych ludzi, bo to my wybieramy po jakie medium sięgniemy.

 

Wykop – zakop

mały sabotaż

Wykop.pl popularny serwis internetowy (1,3 mln odwiedzających miesięcznie) służący propagowaniu treści został wykupiony przez Grupę Allegro. Samo Allegro jest własnością południowoafrykańskiego Naspersa, firmy inwestującej na całym świecie w media. Grupa Allegro w Polsce to 15 portali, z których najbardziej znane to allegro.pl, otomoto.pl, ceneo.pl, otodom.pl. Poza tym Naspers posiada Grupę Gadu-Gadu i Grupę Bankier.pl (każda po kilkadziesiąt portali).

Ta transakcja jest dobrym momentem, żeby zapytać o to, ile jest Polski w Internecie. Owszem polscy internauci są bardzo aktywni. Na demotywatory.pl czy mistrzowie.org (oba portale chyba jeszcze w rękach Polaków) często pojawiają się memy dotyczące „przejmowania forów przez Polaków”. Ale taką obecność można porównać do udziału Polskich żołnierzy w wojnach napoleońskich – Polacy walczyli, ale Polska z tego niewiele miała. Obecność, która się liczy i daje konkretne efekty (na przykład zyski finansowe, ale też lobbowanie dla kraju w międzynarodowych rozgrywkach) to obecność zinstytucjonalizowana. To oznacza, że jest ważne, w czyich rękach jest medium.

Przyjrzyjmy się więc, kto rządzi w polskim Internecie. Według badania Megapanel pierwsza dziesiątka grup internetowych (wg własności) wygląda następująco:

Google (U.S.A)

Facebook (U.S.A)

Onet (Francja)

YouTube (U.S.A)

Wirtualna Polska (Francja)

Allegro (RPA)

Gazeta.pl (Polska)

Interia (Niemcy)

O2 (Polska)

Nasza Klasa (spółka zarejestrowana na Cyprze, w mediach pojawiały się informacje o prawdopodobnym właścicielu rosyjskim)

Daje to trochę smutny obraz polskiego Internetu. Smutny z punktu widzenia polskiego interesu, bo przecież wesołości jako takiej w nim co nie miara. Chciałoby się zapytać, gdzie jest Polska w Internecie. Możliwe, że trzeba jej szukać głębiej, w internetowych niszach. Taką niszą są małe małe lokalne portale informacyjne (na przykład znaleziony niedawno faktygrudziadz.pl, supernowosci24.pl, bialystokonline.pl, ngopole.pl czy duży portal lokalny trojmiasto.pl, który już taką niszą nie jest). Inną niszą są polskie (najczęściej propolskie) portale tematyczne jak: wpolityce.pl, antypolonizm.pl, kresy.pl, malysabotaz.pl, polskislad.pl, bloggpress.pl czy niezalezna.pl, która już taką niszą nie jest :). Warto szukać.

Problemem tej polskiej sfery internetowej jest duże rozproszenie. Trochę jak plemiona Indian Ameryki Północnej, z których każde walczyło z białymi na własną rękę, co jakiś czas próbując tworzyć jakieś sojusze, zwykle nietrwałe. Potrzebujemy zjednoczenia w Internecie. Jakiegoś portalu horyzontalnego, który zbierałby informacje lokalne i regionalne w jednym miejscu, który sam byłby silny i wzmacniał swoją siłą małe lokalne serwisy. Mam nadzieję, że kiedyś coś takiego powstanie.

Polski przedsiębiorca ma w Polsce trudniej od zagranicznego.

isuzu

Niedługi czas temu kilka mediów z radością doniosły o kolejnej dużej, zagranicznej inwestycji w Gdyni. Ma to być filia indyjskiego koncernu świadczącego usługi biznesowe. Docelowo ma zatrudniać 500 osób i już rekrutuje (w pierwszej kolejności księgowych). Bardzo ciekawy okazuje się motyw (jeden z motywów?) przyciągający inwestora do Polski.

„Wiceprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych Marek Łyżwa poinformował, że firma WNS otrzyma wsparcie rządowe w formie grantu gotówkowego. Dodał, że kwota, jaką otrzyma holding jest jeszcze tajemnicą, a odpowiednie porozumienie w tej sprawie podpisze z WNS Ministerstwo Gospodarki. Wiceprezes PAIiIZ dodał, że pomoc finansowa dla firm inwestujących w Polsce zależy głównie od wielkości zatrudnienia i waha się od tysiąca złotych do 20 tys. zł za jedno miejsce pracy” (za: Interia).

Krótko mówiąc rząd polski dopłaca do inwestycji, których celem jest wypracowanie zysku i wyprowadzenie go do kraju macierzystego. Nasuwa się pytanie czy polska firma, która chciałaby założyć w Gdyni konkurencyjne dla WNS centrum usług biznesowych też mogłoby liczyć przynajmniej na tej samej wielkości grant finansowy?

Oczywiście można powiedzieć, że granty dla inwestorów zagranicznych rozdają też inne państwa w Europie Środkowej (np.: Słowacja). Jest to ten typ odpowiedzi, który opiera się na założeniu, że należy zawsze przyłączać się do pędzącego stada. A jeżeli stado biegnie w stronę przepaści? Myślę, że jednak strategia inkubowania własnych start-upów jest lepszą od przyciągania (a to przyciąganie kosztuje) inwestycji zagranicznych.

Jednolity patent europejski szkodzi polskim firmom! Wyślij petycję.

czerwony telefon

Trwają rozmowy dotyczące przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do jednolitego patentu europejskiego. Wszystko wskazuje na to, że byłaby to szkodliwa dla Polski umowa. Według rzeczników patentowych, PKPP Lewiatan, Business Centre Club, Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, NSZZ „Solidarność” oraz licznej grupy naukowców jednolity patent będzie faworyzował międzynarodowe koncerny i postawi w dużo gorszej pozycji polskie firmy. Stanie się tak, bo zgłoszenia patentu można dokonać w języku angielskim, niemieckim lub francuskim. Więc koszty tłumaczeń będą trudne do udźwignięcia dla mniej zamożnych polskich firm. Patent zgłoszony gdziekolwiek w Europie ma automatycznie obowiązywać we wszystkich państwach, które przystąpią do porozumienia. W związku z tym każda firma, zanim zacznie produkcję nawet tylko na polski rynek, będzie musiała zainwestować w przeszukanie tysięcy dokumentów, by sprawdzić, czy dane rozwiązanie nie zostało już opatentowane w innym kraju.

„Czeka nas czwarty rozbiór Polski. Tym razem dokonany na naszej gospodarce”  – tak skomentowała możliwość przystąpienia do jednolitego patentu europejskiego Anna Korbela, prezes Izby Rzeczników Patentowych.

Spróbujmy to zatrzymać! Czasami masowy sprzeciw „otrzeźwia” trochę polityków. Wyślij proszę poniższą petycję do Ministra Administracji i Cyfryzacji oraz do Premiera RP Donalda Tuska. To w ich rękach leży możliwość przystąpienia lub nie do jednolitego patentu.

Podaj swoje imię i nazwisko oraz adres email, następnie kliknij „Wyślij”.

STOP jednolitemu patentowi europejskiemu

406 signatures

Poleć petycję znajomym

 

„W całej Europie nie ma drugiego kraju, który by tak lekkomyślnie sprzedał banki”.

bank-placowka

Na portalu Niezalezna.pl ukazał się artykuł autorstwa profesora Andrzej Zybertowicza. Chciałbym zwrócić uwagę na przytoczony przez autora fragment ze słynnych, nagranych rozmów byłego premiera RP Józefa Oleksego z biznesmenem Aleksandrem Gudzowatym:
„Przekręty szły, tak (…) w bankach zrobiono krętactwo, tylko naukowe. (…) W całej Europie nie ma drugiego kraju, który by tak lekkomyślnie sprzedał banki”.

Oleksy jako były premier i osoba z dostępem do informacji tajnych wie więcej niż przeciętny obywatel, myślę, że również więcej niż przeciętny dziennikarz.

Wtedy dziennikarze skupili się na wulgarnym języku rozmówców – ten fragment w mediach być może ukazał się po raz pierwszy. A przecież przekaz w nim zawarty mówi nam o naszej sytuacji gospodarczej więcej niż tysiące stron ekonomicznych publikacji i wystąpień Ministra Finansów. Wynika z niego, że jeden z kluczowych sektorów polskiej gospodarki został po prostu Polakom ukradziony.Zastanawiam się czy kogoś kto bierze kredyt, zakłada konto lub lokatę w jednym z tych „lekkomyślnie sprzedanych bankach” nie można porównać do delikwenta kupującego kradziony towar od złodzieja.

Nie wierzę, że sprzedane, polskie, banki można będzie łatwo odzyskać. O takich próbach mówiło się przy okazji wystawienia na sprzedaż przez Irlandczyków banku BZ WBK. Plan był taki, żeby PKO BP, który jest jeszcze pod kontrolą polskiego rządu wykupił BZ WBK tworząc tym samym bardzo silny bank w rejonie Europy Środkowej i Wschodniej. Rząd jednak wolał pieniądze przeznaczyć na łatanie dziury budżetowej i BZ WBK został przejęty przez hiszpańskiego Santandera.

Walka o polskich sektor bankowy to gra zespołowa. Tu naprawdę wszyscy jesteśmy reprezentacją. Wyobraźmy sobie jak spadnie wartość zagranicznych banków działających w Polsce, gdy większość z nas przeniesie swoje konta do Kas Stefczyka, banków spółdzielczych lub do PKO B.P. O ile nasze marzenia o lepszej jakości życia traktujemy poważnie to musimy odzyskać banki, ponieważ dla współczesnych gospodarek stanowią one niezbędny fundament. Najwyraźniej wszyscy poza nami zdają sobie z tego sprawę, ponieważ chyba nie ma w UE kraju, który taki procent sektora bankowego oddałby w obce ręce.

Czytaj także Kolonializm bankowy.

Ratujemy hiszpańskie banki – kto uratuje polskie?

PKOBP

Rząd hiszpański prosi o pomoc w ratowaniu swoich banków. Prawdopodobnie ją dostanie. W Polsce zaangażowany jest największy hiszpański bank, Santander. Należy do niego były BZ WBK, któreg próbował przejąć PKO B.P. jednak rząd chyba wolał, żeby największy polski bank wypłacił dywidendę (której Skarb Państwa otrzymuje najwięcej) niż, żeby konsolidował polski rynek bankowy w rodzimych rękach. Mamy więc ciekawą sytuację: Santander prowadzi ekspansję w Europie (poza Polską również w Szkocji i Niemczech), a z drugiej strony otrzyma pomoc od… no właśnie od kogo?

Instytucje, które udzielą Hiszpanii pożyczki, liczą na zwrot. Santander będzie musiał wyprowadzić zyski między innymi z Polski. Pewnego dnia. Coraz bardziej wygląda na to, że w czasie kryzysu nie opłaca się być „zieloną wyspą”, bo zielona wyspa ponosi koszty a nie dostaje wsparcia. Wydaje się, bowiem, że skoro hiszpańskie banki mają problemy to powinny wystawić się na sprzedaż i być może wtedy to PKO B.P., bank z kraju, który oparł się kryzysowi, mógłby kupić Santandera.

Czytaj również: Drenowanie polskich banków