Archive for badaniowiec

Na co czeka polska rewolucja naukowo-techniczna?

Polski uczony z lubelskiego UMCS – prof. Dobiesław Nazimek – opracował technologię pozwalającą przetwarzać niechciany dwutlenek węgla w pożądane paliwo…

Tą dobrą wiadomość z weekendowego wydania Pulsu Biznesu dziennikarz zakończył zdaniem:

We wrześniu [profesor] odchodzi z uniwersytetu na emeryturę. Z pewnością pracę zaproponują mu zachodnie koncerny energetyczne.

Cały artykuł był utrzymany w tonie oburzenia, że w Polsce pomysłem naukowca nikt się nie interesuje podczas, gdy odkrycie docenia włoski koncern energetyczny ENI. Nie wiem, czy autorowi artykułu chodziło o pokiwanie polskiemu państwu palcem, czy jest to tylko kolejny przejaw defetyzmu narodowego – myślenia w kategoriach, że „Takie rzeczy mogą udać się tylko… na zachodzie”. Obie motywacje mnie kompletnie nie pociągają, więc zacząłem się zastanawiać nad odpowiedzią na istotniejsze w tym kontekście pytanie:

Co trzeba zrobić, żeby potencjał polskich naukowców skutecznie wykorzystywać w kraju?

Faktem jest, że wielu zdolnych ludzi polskiej nauki wyjeżdżało do innych państw i zrobiło tam karierę na uczelniach wyższych, w korporacjach lub we własnych firmach. Nie przypominam sobie jednak przypadku, żeby Polak, który wyemigrował w ciągu ostatnich 50 lat zdobył nagrodę Nobla lub założył firmę, która osiągnęłaby światowy sukces. W zasadzie trudno mi jest nawet sobie przypomnieć lokalny sukces polskiego naukowca za granicą, który nie byłby porównywalny z sukcesami jakie osoby wywodzące się ze świata nauki odnoszą w Polsce. Dlaczego więc „zachód” wyciąga wielu zdolnych Polaków, a ich osiągnięcia za granicą postrzegamy jako większe niż te, które osiągnęliby w Polsce? Wydaję mi się (ale jestem otwarty na dyskusję i komentarze), że różnice można sprowadzić do dwóch rzeczy.

Po pierwsze – wykorzystanie w gospodarce.

Fakt, że wyniki czyiś badań posłużyły do zwiększenia efektywności konkretnego procesu w fabrykach konkretnego koncernu, musi robić wrażenie. Mało który naukowiec w Polsce może pochwalić się podobnym osiągnięciem. Nie jest to jednak zasługa li tylko indywidualnych zdolności badacza. Pytanie jakie powinni mu zadać jego koledzy z kraju brzmi: a czy w ogóle robicie badania, które nie służą poprawie efektywności konkretnego procesu dla konkretnego koncernu? Sukcesy w wykorzystaniu w praktyce biorą się bowiem często z tego, że na inne niż „praktyczne” badania praktycznie nie sposób zdobyć finansowania! [Ojej, a co z wolnością badań naukowych? Czar prysł?]

Po drugie – wyższe zarobki.

Emigrując (w charakterze naukowców) polscy badacze mogli liczyć na kilkukrotnie większe zarobki niż w Polsce. Poziom życia osób, które na polu nauki osiągnęły sukcesy na „zachodzie” był (i nadal jest) nieosiągalny dla pracowników polskich uczelni. Z drugiej strony są to zarobki wysokie pod warunkiem, że patrzymy na nie z perspektywy naszego kraju. Faktem jest jednak, że wiele dóbr luksusowych wszędzie kosztuje X dolarów, przez co świadomość, że zarabiam tyle samo „średnich-krajowych” co kolega z uczelni w Stanach może być nie dość satysfakcjonujący.

Czy podniesienie zarobków naukowców w Polsce przyniesie rewolucję?

Niestety nie. Część zdolnych i ambitnych osób zrezygnowałaby z eksploatowania swoich talentów w przedsiębiorstwach, zostałaby na uczelniach żeby robić karierę naukową, co paradoksalnie pogorszyłoby sprawę.

Naukowcy w Polsce powinni być wynagradzani znacznie lepiej niż obecnie, ale niekoniecznie za to co obecnie robią. Większość pracowników naukowych polskich uczelni zajmuje się głównie dydaktyką. Resztę czasu zajmuje pozyskiwanie, realizacja i rozliczanie indywidualnych grantów na badania o charakterze podstawowym (nie-stosowanym). Daje to polskim naukowcom niesamowite możliwości swobodnego rozwoju, a studentom dostęp do najlepszych wykładowców. Cała machina nauki działa jednak ukierunkowana na inne cele niż przykładowe „zwiększanie efektywności procesów”. Dla tak ukierunkowanych badaczy problemy i potrzeby polskich firm wydają się być po prostu… za mało ambitne [sic!]. Tymczasem przedsiębiorstwa nie potrzebują rozwiązań, które sprawdzą się w teorii i laboratorium, ale w środowisku rzeczywistym. Tego polska nauka nie jest w stanie im dać, ponieważ przez 20 lat spychano na margines badania stosowane i prace rozwojowe. Potwierdza się „prawo Budki Suflera” [ech, jak ja nie lubię tego powiedzonka]…

…bo do tanga trzeba dwojga.

Nie można nie wyjść z wprawy w tańcu towarzyskim, jeśli nie ma się z kim tańczyć. Polscy naukowcy – jeszcze w latach 80-tych – mieli dla kogo prowadzić badania stosowane. W całym kraju działały przedsiębiorstwa, które miały swoich rzeczników patentowych i działy badawczo-rozwojowe. Byli – jacy by nie byli – partnerzy do współpracy przy wdrażaniu wyników badań w praktykę. Było dla kogo i z kim sprawdzać teorię w środowisku rzeczywistym, a nie tylko w laboratorium. Teoretycznie zmiana ustroju nie miała wpływu na świat akademicki w Polsce, zachował on przecież swoją ciągłość. Zerwaniu uległa natomiast współpraca, nie tyle z niechęci przedsiębiorstw do współpracy z uczelniami, ale z braku tych przedsiębiorstw. Podzielone, polikwidowane, zredukowane i posprzedawane firmy nie miały już ani takiego potencjału, ani potrzeby, ani [przede wszystkim] woli politycznej [tak! politycznej], żeby utrzymywać kontakty z polskimi naukowcami. Technologie przychodziły „gotowe” wraz z inwestorami, albo kupowano na nie licencje i niczego nie trzeba było już samemu wymyślać. 20 lat tak niesprzyjających warunków spustoszyło zdolności polskiej nauki do współpracy z przemysłem. Ten czas będzie bardzo trudno nadrobić. Firmy wymagają dziś innych procedur i standardów, efektywności ćwiczonej przez lata oraz elastyczności, której od niepamiętnych czasów w Polsce od ludzi nauki się po prostu nie wymagało.

To nie polski przemysł potrzebuje nauki, ale nasza nauka potrzebuje polskiego przemysłu!

Możliwość uzyskania przez polską gospodarkę skokowej, ale i trwałej przewagi na globalnym rynku zależy od odkryć naukowych. Polska nauka jest potrzebna gospodarce jako dostawca nowych technologii i rozwiązań, które pozwolą nam konkurować nie tylko tanią siłą roboczą, ale i pomysłem. Jednak jest mrzonką sądzić, że wystarczy zapłacić polskim naukowcom za prowadzenie badań stosowanych zamiast podstawowych, a w gospodarce pojawi się naraz wysyp technologicznych „kur znoszących złote jajka”. Technologie nie przynoszą zysków w próżni. Muszą mieć solidny grunt w postaci przedsiębiorstwa, które będzie zdolne ją wdrożyć i co najważniejsze wykorzystać jej potencjał. Dla większości nowych rozwiązań warunkiem przyniesienia zysków jest wcześniejsze istnienie odpowiednich warunków infrastrukturalnych lub osiągnięcie odpowiedniego poziomu rozpowszechnienia. Do stworzenia takich warunków zdolne są tylko podmioty o odpowiedniej wielkości (kapitale, udziale w rynku, potencjale produkcyjnym lub dystrybucyjnym). Muszą one też wybrać naszą technologię spośród szeregu alternatyw – np. kupna licencji na gotowe i sprawdzone rozwiązanie z bardziej dojrzałego rynku. Muszą podjąć polityczną decyzję, że inwestują w badania polskich naukowców zamiast w niemiecką, francuską lub amerykańską licencję. Wydają być może początkowo więcej pieniędzy, ale z czasem wychowują sobie rodzimy potencjał i uniezależniają się od obcego know-how. Zatem do wdrażania nowych technologii i rozwoju potencjału polskiej nauki…

…potrzebujemy silnych korporacji narodowych.

Duże przedsiębiorstwa – mające potencjał do wytworzenia, wdrożenia i wykorzystania technologii – są niezbędnym partnerem dla nauki, aby mogła ona rzeczywiście służyć rozwojowi naszej gospodarki. Nie przez przypadek uczelnią, która odnosi największe sukcesy w dziedzinie dostarczania rozwiązań dla gospodarki jest Akademia Górniczo-Hutnicza. Nie zawdzięcza ona ich wyjątkowej kadrze – na wielu uczelniach pracują wybitni naukowcy i specjaliści. AGH miało to szczęście, że przemysł górniczo-wydobywczy w Polsce nie został w pełni sprywatyzowany i uczelnia miała z kim i dla kogo pracować. Natomiast wszędzie tam, gdzie następowała atrofia polskiego przemysłu, jak np. w telekomunikacji, ulegały degradacji wybitne niegdyś ośrodki rozwojowe zajmujące się tą problematyką. Jaki interes ma nowy właściciel Telekomunikacji Polskiej – spółka kontrolowana przez francuski skarb państwa – w finansowaniu polskiej nauki zamiast swojej rodzimej? Bez polskich firm – nie będzie rozwoju i wykorzystania potencjału polskiej nauki – bo tylko polskim firmom takie inwestycje długoterminowe będą się opłacać.

Dobrą wiadomością zawartą w artykule, którzy przytaczałem na początku jest to, iż technologia opracowana przez prof. Nazimka ma być testowana w elektrowni Kozienice. Teraz dopiero okaże się, jaki ma potencjał w warunkach rzeczywistych. Najważniejsze, że ścieżki współpracy pomiędzy nauką a przemysłem zaczynają się powoli odbudowywać. Przykład profesora nie powinien być jednak wyjątkiem, ale regułą. Dużo w tym zależy od decyzji politycznych. Skoro minister może wydać polecenie i wszystkie – także notowane na giełdzie – polskie firmy z branży wydobywczej zaczynają wiercić w poszukiwaniu gazu łupkowego, dlaczego by nie ogłosić podobnych „poszukiwań” na naszych uczelniach? Akurat w branży profesora Nazimka mamy własne korporacje narodowe (na razie jeszcze dwie). Być może pomoc ENI – włoskiego odpowiednika Orlenu – nie będzie potrzebna, żebyśmy wkrótce jeździli na paliwie z dwutlenku węgla, a pan profesor dostał za swoje odkrycie nagrodę Nobla. Polska rewolucja naukowo-techniczna jest w zasięgu ręki – ale sięgnąć po nią muszą silne polskie firmy.

Lidl manipuluje godłem „Teraz Polska”?

teraz polska

Jakiś czas temu dokonałem niefajnego odkrycia. Zainspirowany pytaniem Rebisa w komentarzu do tekstu Sejny o eksporcie zysków z firm w Polsce Przyznaję, że robię to z pewnym żalem, bo zawsze bardzo ceniłem sobie to co robiła Fundacja „Teraz Polska”. Musiałem zweryfikować swoją opinię.

Niemiecki Lidl nagrodzony godłem „Teraz Polska”?

Seria produktów sprzedawanych w Polsce w sklepach Lidl pod marką własną PIKOK otrzymała godło „Teraz Polska”. Sieć niemieckich sklepów chwali się tym faktem na prawo i lewo. Generalnie wchodząc do sklepu tej sieci można by odnieść wrażenie, że to sam Lidl ten znak otrzymał. Tak w zasadzie się stało: link. Problem w tym, że prawa do używania godła otrzymały konkretne produkty pochodzące z kilku różnych zakładów w Polsce. Niby ok – polska kiełbasa, wyprodukowana przez polski zakład, np. Balcerzak czy BMC (nie pamiętam które, bo takiej informacji oczywiście na stronie sklepów nie znajdziemy), czemu miała by nie dostać tego zaszczytnego godła. Jednak na stronie lidl.pl informacja przedstawiona jest pod nieco innym kątem:

KOLEJNY KONKURS – KOLEJNA WYGRANA! XXI edycja Konkursu „Teraz Polska” wyłoniła zwycięzców – wędliny oryginalnej marki PIKOK dołączyły do szerokiego grona laureatów.

Z obrazka umieszczonego na stronie obok nie wynika, że nagrodę dostały określone wędliny, pochodzące z określonych zakładów:

Pikok = Teraz Polska? (źródło: lidl.pl)

Ponadto w zakładce NASZE NAGRODY o tych samych produktach czytamy w informacji zatytułowanej: „Lidl Laureatem Konkursów Wędliniarskich Polagra 2011″, że nagrody za wędliny Pikok otrzymał właśnie Lidl. Otrzymał nawet „II miejsce w Konkursie o tytuł Najlepszego Producenta Wędlin w grupie zakładów większych”. ANI SŁOWA o polskich producentach wędlin, z których zakładów tak naprawdę pochodzą produkty sprzedawane pod marką Pikok! Czyżby eksperci uznali, że Lidl jest producentem wędlin? To tak jakby księgarnia za książkę, którą ma na półkach, otrzymała literackiego Nobla.

„Teraz Polska”, jutro…?

Niestety na tym nie koniec. Jeśli kierujesz się przy zakupie wędlin godłem „Teraz Polska” nie licz, że wybierając wędlinę Pikok kupisz polski produkt.

Wędlina PIKOK z CZECH!

„Teraz Polska” jutro… Czechy!

Prawdziwa wolność

Na kanwie artykułu Piotra Kowalczyka „Dobre, bo toskańskie”, Rzeczpospolita 11 X 2011, s. A13.

Gdy przeczytałem ten artykuł – pierwsze co mi przyszło do mojej poskolonialnej głowy to pytanie „Czy w Unii Europejskiej tak wolno?” O co chodzi? Chodzi o właśnie o wolność.

Rzymski korespondent Rzeczpospolitej napisał, że władze włoskiego miasteczka Forte dei Marmi właśnie zakazały sprzedaży w restauracjach potraw innych niż tradycyjnie włoskie lub najlepiej toskańskie. Z nadmorskiego kurortu, który co roku przyciąga setki tysiące turystów mają zniknąć lokale serwujące hamburgery, frytki, sushi, kaczkę po pekińsku, czy smażonego w głębokim oleju kurczaka. Władze miasta już wcześniej zablokowały możliwość otwierania się nowych placówek banków i firm ubezpieczeniowych, a także międzynarodowych sieci odzieżowych.

Na pierwszy rzut oka jest to skrajny przypadek braku poszanowania wolności. Na tym nie koniec. Zgodnie ze słowami polskiego dziennikarza – każdy inwestor chcący postawić w centrum Forte dei Marmi nową kamienicę musi zagwarantować, że część powierzchni najmu zarezerwuje na preferencyjnych warunkach dla lokalnych przedsiębiorców.

Ksenofobia? Zamach na wolność? Nie. Świadome korzystanie z posiadanej wolności. Wolność przejawia się bowiem tym, że jesteśmy w stanie suwerennie decydować o sobie, a nie pozwolić innym decydować za nas.

Wcześniej mieszkańcy Forte dei Marmi obserwowali jak ich lokalne butiki są wypierane przez sieciowe sklepy odzieżowe, a lokalna kuchnia zastępowana fastfoodowymi hitami sprzedaży. Nie estetyka i smak mieszkańców zostały podrażnione, ale ich portfele. W efekcie kolonizacji handlu i usług przez duże sieci ceny nieruchomości poszybowały w górę, a lokalni producenci żywności nie mieli kogo zaopatrywać. Straty ponosili miejscowi przedsiębiorcy. Do Forte przybywali turyści, ale wydawane przez nich pieniądze tylko w niewielkiej części zostawały na kontach miejscowych firm.

Decyzje podjęte przez burmistrza Umberto Buratti być może zniechęcą część turystów do przyjazdu (co jest raczej mało prawdopodobne), ale to co wydadzą na wakacjach zostanie w mieście i w mieście zostanie ponownie wydane, zamiast trafić na konta firm nie mających z miastem nic wspólnego. Myślę, że kurort odzyska także coś więcej – swoją tożsamość.

Jaka jest puenta tej historii? Wolność jest po to żeby nam służyć, a nie my po to żeby służyć (często źle pojętej) wolności. Jak widać na przykładzie Forte dei Marmi oraz kilku innych włoskich miast, które przywołuje Piotr Kowalczyk, w Unii Europejskiej nie tylko można w ten sposób korzystać z wolności, ale tak się właśnie w Unii robi. W mojej historii nie chodzi o to, żeby wszystkie miasta w Polsce promowały golonkę i pierogi, ale żeby ich władze nie miały takich defetystycznych myśli jak ja i jeśli uznają, że im się to opłaci – bez skrupułów zakazały serwowania w mieście glonów, kotletów w bułce i piwa w zielonych butelkach.

Prof. A. Koźmiński o patriotyzmie ekonomicznym

Idea patriotyzmu ekonomicznego nie umknęła uwadze polskich naukowców. W Realiach(nr 6/2008) Andrzej Koźmiński – profesor zarządzania i rektor Akademii im. Leona Koźmińskiego – jednej z bardziej znanych polskich uczelni prywatnych – w krytyczny sposób analizuje ideę patriotyzmu ekonomicznego.

Zdjęcie autora artykułu

prof. Andrzej Koźmiński (źródło: franchising.pl)

Cały artykuł jest do przeczytania tutaj: http://realia.com.pl/pdf/6_2008/06_06_2008.pdf

Profesor Koźmiński odróżnia przede wszystkim patriotyzm od nacjonalizmu ekonomicznego

Patriotyzm jest „za” a nacjonalizm „przeciw”.

…i w wielu punktach daje wyraz krytyki dla wszelkich (nawet domniemanych) form protekcjonizmu w gospodarce, które utożsamia z działaniem „przeciw”.

Godny odnotowania jest wątek patriotyzmu ekonomicznego, jako wspólnej odpowiedzialności ludzi biznesu i polityki za dobrobyt gospodarczy kraju.

Zasada odpowiedzialności publicznej wymaga przestrzegania przez obie strony, czyli biznes i władze publiczne pewnych norm i wartości odwołujących się do „wspólnego dobra”, czyli innymi słowy właśnie do „patriotyzmu ekonomicznego”.

Jednak z tekstu wyziera przede wszystkim przekonanie autora, iż nie ma alternatywy dla ekonomicznego rozwoju Polski poprzez dalszą integrację naszej gospodarki z rynkiem globalnym. Żeby wykluczyć z dyskusji refleksję nad tym procesem używa on instrumentalnie wcześniejszego rozróżnienia – błędnie klasyfikując politykę gospodarczą II RP jako nacjonalizm. Czy zdaniem profesora patriotyzm gospodarczy np. w stylu Eugeniusza Kwiatkowskiego jest anachronizmem? Czy naprawdę…

w warunkach postępującej integracji ekonomicznej i globalizacji nie ma najmniejszych szans na jego realizację [?]

Teza autora zaskakuje w świetle sukcesów gospodarek państw azjatyckich. Przecież to m.in. dzięki narodowej polityce gospodarczej, przypominającej tą jaka obowiązywała w Polsce przed wojną, takie kraje jak Japonia, Korea Pd., czy Malezja osiągają kolejno swoje sukcesy ekonomiczne na skalę globalną.

Na koniec tekstu prof. Koźmiński zdradza, że jest zwolennikiem „pragmatycznej wykładni” patriotyzmu ekonomicznego, której przejawem miałaby być przede wszystkim inwestycja w wykształcenie przyszłych pokoleń Polaków.

Oczywiście bez kapitału ludzkiego rozwój gospodarczy Polski nie jest możliwy, ale w tekście wyraźnie brakuje odpowiedzi na pytanie dla czyich firm Ci wykształceni Polacy mieliby pracować?

Zapraszam do dyskusji nad artykułem!

 

Polski SPAR planuje rozwój

Mało kto wie, że za wieloma polsko brzmiącymi nazwami stoją zagraniczni właściciele. Swojsko brzmiąca Biedronka – ulubiony sklep tysięcy Polaków – w rzeczywistości należy do portugalskiej firmy Jeronimo Martins. Inna popularna sieć, która odniosła wielki sukces na rodzimym rynku – Żabka – od kilku lat nie jest już w polskich rękach.

Prawdopodobnie jeszcze mniej osób wie, że z kolei za niemiecko brzmiącą nazwą sklepów SPAR kryje się od niedawna polski właściciel – firma Bać-Pol. Dysponująca 9 hurtowniami cash & carry grupa kapitałowa zapewni solidne zaplecze logistyczne znanej przede wszystkim na południu Polski sieci sklepów SPAR.

– Dzięki temu sklepy będą mogły zaoferować asortyment nie tylko po atrakcyjnej cenie, lecz i z przyzwoita marżą. To powinno przełożyć się na sukces rynkowy – zauważa Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

(źródło: gazetaprawna.pl)

Prawo do korzystania z międzynarodowej marki SPAR nowy właściciel wykupił razem z 61 sklepami, które obecnie funkcjonują pod nią w Polsce. Sklepy SPAR można spotkać przede wszystkim w Niemczech i Austrii, gdzie z powodzeniem konkurują z międzynarodowymi koncernami. W tej chwili sklepy SPAR w Polsce i innych krajach są osobnymi firmami.

Nowy właściciel planuje dalszy rozwój polskiej sieci. Tylko do końca tego roku do istniejących obecnie 61 sklepów ma dołączyć kolejnych 25. Polski SPAR będzie konkurować na bardzo trudnym i zdominowanym przez zagraniczne firmy rynku sklepów dyskontowych – a więc sklepach oferujących niewielki asortyment, ale w konkurencyjnych cenach. Ten segment handlu detalicznego rozwija się obecnie w Polsce najdynamiczniej. Jeśli spośród portugalskiej Biedronki, angielskiego Tesco, czy niemieckiego Lidla polscy konsumenci będą mogli wybierać także polskie dyskonty – jest to z pewnością dobra wiadomość.

Obywatele przeciw sprzedaży Lotosu

Na ostatnim posiedzeniu sejmu VI kadencji odbyło się pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy o zachowaniu przez Państwo Polskie większościowego pakietu akcji Grupy Lotos SA (treść projektu i uzasadnienia).

Jest to wspaniały i bardzo budujący przykład odwagi i determinacji w walce o dobrobyt gospodarczy naszego kraju. Warto zapoznać się z wystąpieniem pełnomocnika komitetu inicjatywy ustawodawczej, który przedstawia szereg rzeczowych argumentów ekonomicznych za tym, aby gdańska firma pozostała w polskich rękach (treść wystąpienia).

O Grupie Lotos SA (źródło: polskilotos.pl)

Grupa LOTOS to polska grupa kapitałowa skupiająca kilkanaście spółek produkcyjnych, handlowych oraz usługowych, głównie z branży przetwórstwa ropy naftowej i dystrybucji produktów ropopochodnych (paliw, olejów, asfaltu, smarów itp.). Najważniejszą jej częścią jest rafinacja ropy naftowej zlokalizowana w Gdańsku – jest to największe przedsiębiorstwo na Pomorzu i druga pod względem przerobu rafineria w Polsce.

Spółką matką grupy kapitałowej jest spółka Grupa LOTOS S.A., co powoduje, że dla uniknięcia nieporozumień używa się czasem nazw Grupa Lotos S.A.(dla spółki) i Grupa kapitałowa LOTOS (dla grupy kapitałowej). W skład grupy kapitałowej wchodzi kilkanaście spółek córek zatrudniających łącznie ponad 5 tys. pracowników. Jedną z nich jest najnowocześniejszy przewoźnik towarowy na polskim rynku kolejowym – spółka LOTOS Kolej – o której pisaliśmy niedawno w kontekście zakupu pierwszej od 20 lat lokomotywy elektrycznej polskiej produkcji. Rafineria Gdańska zakończyła w kwietniu 2011 proces rozbudowy nazywany Programem 10+, dzięki czemu może przerabiać ponad 10 mln ton ropy naftowej rocznie i dzięki czemu jest najnowocześniejszą rafinerią na świecie!!!

Lotos to także jeden z największych mecenasów sportu w Polsce. To sponsor klubu żużlowego GKS Wybrzeże, Lechii Gdańsk, koszykarek Lotos Gdynia, siatkarzy Lotos Trefl Sopot , Polskiego Związku Narciarskiego i wielu innych. To miedzy innymi dzięki Lotosowi biega Justyna Kowalczyk i skakał Adam Małysz.

Historia obywatelskiego projektu

Powstanie projektu było reakcją na złożoną rok temu zapowiedź ministra Aleksandra Grada sprzedaży posiadanych przez Skarb Państwa 53,19% udziałów w spółce. Od początku nie była brana przez rząd możliwość przejęcia Lotosu przez jedną z polskich firm z branży, np. Orlen lub PGNiG. 16 września 2010 roku Dziennik.pl pisał:

Minister skarbu Aleksander Grad powiedział w czwartek, że resort chce jeszcze we wrześniu zaprosić inwestorów branżowych do międzynarodowego przetargu w sprawie prywatyzacji Lotosu. „Spróbujemy to zrobić jak najszybciej” – powiedział dziennikarzom. Pytany o możliwość udziału w tym przedsięwzięciu PGNiG, odparł: „Nie rozważam takiego scenariusza”.

Jeszcze większy niepokój o los polskiego koncernu paliwowego wzbudziła wypowiedź Premiera w marcu tego roku. Chociaż lista oferentów została przez rząd utajniona to od początku mówiło się o zainteresowaniu koncernów rosyjskich. Odnosząc się do pytania o możliwość zakupu Grupy Lotos SA przez Rosjan Donald Tusk powiedział (źródło: money.pl):

Na pewno nie będzie jakichś ideologicznych zakazów na robienie wspólnych interesów. Nasi sąsiedzi są również od tego, abyśmy robili z nimi wspólne interesy. [...] Nie ma kraju, który wzgardziłby pieniędzmi inwestorów i Polska nie jest krajem, który może się od inwestorów odwracać. [...] Ze względu na pozycję surowcową Rosji i na nasze częściowe – Bogu dzięki – tylko, ale jednak uzależnienie od strony rosyjskiej, wskazana jest pewna ostrożność i powściągliwość. [...] To nie będzie rewolucyjna czujność, ale wystarczająca, żeby nie popełnić żadnego błędu.

Zupełnie innego zdania są nie tylko polscy politycy, ale także były komisarz Unii Europejskiej Günther Verheugen. Podczas marcowej konferencji „Bezpieczeństwo w sektorze energii w basenie Morza Bałtyckiego” Verheugen powiedział (źródło: wybrzeze24.pl):

Aktywa strategiczne, a z takimi mamy do czynienia w tym przypadku, nie powinny być kontrolowane przez kraje spoza Unii. Do takich inwestycji należy podchodzić z dużym dystansem.

Być może wypowiedź premiera na otwarciu nowych instalacji technicznych w gdańskiej rafinerii stała się katalizatorem dla zawiązania się obywatelskiego komitetu inicjatywy ustawodawczej. 24 marca złożono w Sejmie projekt ustawy, a 5 maja Marszałek Sejmu zarejestrował Komitet, który od tej chwili mógł zbierać podpisy poparcia pod projektem ustawy. Do zebrania wymaganych 100 tys. i jeszcze dodatkowych 55 tys. wystarczyły 3 miesiące. W zbieranie podpisów zaangażowało się szereg organizacji, m.in. Kluby Gazety Polskiej, NSZZ Solidarność, Prawo i Sprawiedliwość.

Ostatecznie udało się doprowadzić do I czytania w Sejmie. Pierwszym sukcesem na tym etapie jest fakt, iż nie odrzucono projektu w I czytaniu. Przegłosowano na razie skierowanie ustawy do prac w komisji, co przedstawiciele inicjatywy Polski Lotos skomentowali słowami:

trzeba tu dodać że klub PO nie popiera samego projektu, ale niby ze względu na szacunek dla osób które złożyły podpisy wnioskuje o skierowanie sprawy do komisji … tak naprawdę zapewne przestraszyli się że tą sprawę przegrają w głosowaniu

Pytanie, które się nasuwa w związku z tą sprawą na koniec to, o które głosowanie chodziło? O te nad projektem, czy o te większe – 9 października?

Pierwsza od 20 lat polska lokomotywa

Zakłady Naprawcze Lokomotyw Elektrycznych w Gliwicach oddały w tym roku do testowania polskim przewoźnikom kolejowym swój najnowszy produkt – ponad stutonowego smoka – lokomotywę E6ACT DRAGON.

ZNLE jest przedsiębiorstwem prywatnym, którego większościowym udziałowcem jest od 2008 roku kontrolowany przez Zbigniewa Jakubasa Newag S.A. w Nowym Sączu. Gliwickie przedsiębiorstwo po zaledwie 2 latach od pozyskania inwestora wyprodukowało pierwszą od ponad 20 lat polską lokomotywę elektryczną. Nie jest to jedyny sukces Newagu. W zeszłym roku firma, w konsorcjum z niemieckim Siemensem, wygrała przetarg na dostarczenie taboru na II linię warszawskiego metra. Pierwsze 10 składów wyprodukują Niemcy, pozostałe 25 sześciowagonowych pociągów powstanie w zakładach w Nowym Sączu.

W projekcie DRAGONa uwzględniono zarówno uwarunkowania rodzimej infrastruktury kolejowej (lokomotywa jest 6 a nie 4-osiowa celem zmniejszenia nacisku osi na tory), jak i potrzeby polskich przewoźników – moc pozwalająca ciągnąć nawet 50 wagonowe składy z prędkością 120km/h. Więcej o nowej lokomotywie można dowiedzieć się z odcinka programu Jak to ruszyć? z TVN Turbo: http://www.youtube.com/watch?v=76uyK3Xsu34

Obecnie lokomotywę testuje od miesiąca LOTOS Kolej. Jest to należąca do państwowego koncernu naftowego spółka zajmująca się transportem kolejowym. Posiada ona jeden z najnowocześniejszych taborów w Polsce oraz 7% udział w rynku. Dotychczas jej flotę zasilały lokomotywy firm niemieckich i kanadyjskich – mamy nadzieję, że lokomotywa przejdzie testy celująco i przyszedł czas na zakup sprzętu od polskich producentów.

Patriotyzm formą CSR?

Okazuje się, że patriotyzm ekonomiczny może być uznaną formą działań z zakresu CSR, czyli bardzo ostatnio modnej społecznej odpowiedzialności biznesu.

Opublikowany w tym roku raport firmy Accreo Taxand Przegląd zachęt podatkowych w kontekście CSR w wybranych krajach europejskich porównuje jak poszczególne państwa wspierają idee społecznej odpowiedzialności biznesu za pomocą przepisów podatkowych. Co ważne, w raporcie uwzględniono praktyki prowadzące do zrównoważonego rozwoju lokalnych rynków oraz wspierania narodowej kultury i edukacji. Niestety takie praktyki nie są w Polsce jeszcze dostatecznie wspierane przez system podatkowy.

Zaopatrywanie się u lokalnych dostawców

Jako przykład z zakresu zaopatrywania się lokalnie raport podaje politykę podatkową zachęcającą do zakupów produktów od krajowych rolników:

Ułatwienie korzystania z krajowych produktów rolnych ogranicza koszty transportu, zwiększa zaufanie społeczne do sprzedawanych produktów oraz rozwija w sposób zrównoważony gospodarkę.

Tą samo tyczy się także innych branż. Przedsiębiorstwa kupując produkty i usługi od lokalnych dostawców zapewniają sobie korzyści w postaci zapłaconych i wydanych lokalnie podatków. Zlecając i kupując „po sąsiedzku” pośrednio dają pracę i pozwalają zarobić mieszkańcom regionu – swoim potencjalnym klientom. Pieniądze wydane lokalnie wracają więc do firm szybciej niż gdyby zaopatrywali się na rynkach zewnętrznych. Upowszechnienie się postaw sprzyjających kupowaniu u lokalnych dostawców zapobiega także powstawaniu oligo- i monopoli, gdyż chroni konkurencję dając szansę na przetrwanie większej ilości przedstawicieli danej branży.

Wspieranie nauki i kultury narodowej przez firmy

W Finlandii osoby prawne mają prawo do odliczenia darowizn na cele wspierania nauki, sztuki lub fińskiego dziedzictwa kulturowego oraz środków przekazanych na rzecz uniwersytetów.

W Polsce przepisy pozwalają odliczyć od podstawy opodatkowania darowizny jeśli były przekazane organizacjom pozarządowym realizującym cele pożytku publicznego nawet do wartości 10% przychodów (w przypadku osób fizycznych tylko do 6%). Nie ma jednak takiej możliwości w przypadku przekazania środków instytucjom publicznym np. na wsparcie działań na rzecz ochrony i promocji polskiego dziedzictwa kulturowego lub prowadzenia badań naukowych.