Archive for Sejna

Zamki na piasku z dotacji UE

źródło: tvp.info

Na fali wakacyjnych klimatów w mediach pojawiła się informacja o bezrobotnym, który otrzymał 40 tys. dotacji i 1200zł wsparcia przez pół roku na działalność polegającą na budowaniu zamków z piasku. Obszarem działalności nowej firmy powstałej dzięki UE jest plaża w Kołobrzegu. Nie słyszałem o projekcie, który stanowiłby lepszą alegorię systemu dopłat UE. Dotacje UE to „zamki na piasku”. Takie stwierdzenie zrani wiele uszu w Polsce, ponieważ dotacje UE są u nas traktowane jak manna z nieba, dar od losu, czymś co nie do końca rozumiemy, ale wielbimy – słowem: bóstwo. Jak w każdej religii i w tej nagromadziło się wiele mitów. Proponuję zweryfikować kilka z nich.

Mit pierwszy polega na przekoaniu, że dotacje UE dostajemy dzięki życzliwej postawie krajów starej UE (szczególnie Niemiec) do Polski. W tym założeniu kryje się między wierszami konieczność wyrażenia wdzięczności wobec nich. Tymczasem tu nie ma żadnych sentymentów i za dotacje UE zapłaciliśmy zanim zaczęliśmy je dostawać. I płacimy nadal. Kosztem jest otwarcie polskiego rynku zbytu na eksport z krajów UE oraz umożliwienie wykupienia polskich zakładów i ziemi. Czasami na tym zyskujemy (gdy zachodni inwestor ratuje upadający zakład i daje miejsca pracy) a czasami tracimy (gdy inwestor kupuje tylko po to, żeby zamknąć konkurencyjny zakład). W Polsce, w związku z wysokim bezrobociem, bardzo cenimy sobie tworzenie nowych miejsc pracy. Zagraniczni inwestorzy wiedząc o tym obiecują dużo miejsc pracy ale w zamian żądają dotacji i zwolnień od podatków, a polskie władze najczęściej się na to godzą. W specjalnych strefach ekonomicznych dzieje się to nawet systemowo. W efekcie polscy przedsiębiorcy muszą sumiennie płacić wysokie, polskie podatki, a zachodni inwestorzy są z nich zwolnieni.

Drugi mit, w który wierzymy to, że dotacje UE to dodatkowe pieniądze dla Polskiej gospodarki, dzięki którym może się ona rozwijać. Ciekawe jest to, jak często można w mediach znaleźć informację o tym ile dostajemy z UE a jak rzadko podawana jest wysokość polskiej składki do UE (około 18 mld zł w 2013). Licząc w prosty sposób wychodzimy na plus, ponieważ dotacja dla Polski jest kilkakrotnie wyższa. Nie uwzględnia się tu jednej ważnej rzeczy: kto realizuje projekty z pieniędzy UE. Największe pieniądze są w projektach infrastrukturalnych: drogi, mosty, obiekty użyteczności publicznej. W nich bardzo często wykonawcami są firmy ze starej unii (głównie z Niemiec).

Z badania MRR wynika, że suma pośrednich i bezpośrednich korzyści uzyskanych przez firmy zachodnioeuropejskie dzięki realizacji projektów finansowanych z funduszy europejskich jest ogromna: w okresie 2004-15 sięgnie 151 mld zł (czyli 37,8 mld euro)! To prawie 50 proc. całej kwoty, którą Unia przyznała Polsce w obecnie obowiązującym budżecie.
Najwięcej kontraktów zgarnęły firmy niemieckie (50 proc. łącznej wartości umów). Na drugim miejscu są Duńczycy (12 proc.), potem Austriacy (10 proc.), a dopiero na czwartym Francuzi (ok. 6 proc.).

Cały tekst: wyborcza.pl

I tak naprawdę to taką sytuację możemy nazwać budowaniem zamków z piasku. Jeżeli drogę wybuduje firma z Niemiec, to większość pieniędzy z tego kontraktu trafi do niemieckiego obiegu gospodarczego a nie do polskiego. Im więcej pieniędzy obraca się w gospodarce tym więcej państwo ma podatków, z których między innymi utrzymuje drogi. Jeżeli pieniądze obracane przy okazji budowy drogi nie zostają w Polsce to państwo polskie nie będzie miało za co tych dróg utrzymać, a więc fundujemy sobie kilkuletnią jednorazówkę. Bo drogę nie wystarczy wybudować. Trzeba ją odśnieżać, naprawiać, wykaszać pobocza itd. Oczywiście: lepiej jest mieć drogę (nawet jednorazówkę) niż jej nie mieć. Ale jeszcze lepiej mieć drogę, którą wybuduje polska firma. Firma, która zapłaci podatki w Polsce, zysk ulokuje w Polsce. Lepiej mieć solidny dom na skale niż piaskowy zamek na plaży.

Niemiecka obecność w mediach w Polsce

mapa

Gdy mieszkaniec kraju leżącego nad Wisła sięga po gazetę to z dużym prawdopodobieństwem pomnaża zysk jakiegoś niemieckiego potentata medialnego. Również, gdy słucha radia to pieniądze za reklamy, które sączą się mu do uszu wypełniają konta niemieckich koncernów. Nawet w Internecie obecność niemiecka jest znaczna, bo największy „polski” portal informacyjny Onet nie jest tak naprawdę polski. To samo dotyczy niewiele mniejszej Interii.

Ktoś zadał sobie trud i sporządził mapę obecności niemieckiego kapitału na rynku medialnym w Polsce*.

Mapa dostępna tu:

Jakie to ma konsekwencje. W mediach praca redakcji i praca sprzedawców reklamy to naczynia połączone. Niewiele mediów stać na to, żeby zaatakować koncert dopuszczający się złych praktyk, gdy jednocześnie ten koncert jest dużym reklamodawcą. Czy spotkaliście się kiedykolwiek z prasie lokalnej z opisem złych praktyk w wykonaniu koncernów niemieckich? Pamiętamy jakie cięgi zebrała kiedyś Biedronka za traktowanie pracowników. Biedronka jest portugalska a ten kraj nie kupił w Polsce mediów. Czy wierzycie, że pracownicy w Lidlu mają lepiej od tych z Biedronki? W społeczeństwie polskim pokutuje przekonanie, że niemiecki przedsiębiorca do dobry pracodawca. Może dlatego, że grzechy niemieckich firm nigdy nie ujrzą w Polsce światła dziennego. Jak już jakiś dziennikarz upiera się na to, żeby prześwietlać ciemne sprawy biznesu to się go wypuszcza na polskich przedsiębiorców – oni w swoim kraju nie mają parasola ochronnego w postaci koniunkturalnych mediów.

Czy kiedy słuchasz radia lub przeglądasz wcześniej wspomniany Onet płacisz za coś? Oczywiście, że… tak. Na każdej podstronie Onetu znajdziesz reklamy. Każda komercyjna stacja przerywa swoje audycje reklamami. Czy Ci się to podoba czy nie za te reklamy zapłacisz w sklepie kupując reklamowane towary.

Większości współczesnych Polaków ta prawda nie obchodzi nic a nic podobnie jak naszych przodków w XVIII wieku nie obchodziło to, że w Polsce faktycznie rządził ambasador rosyjski, że szczytem zaradności ekonomicznej było zostać opłacanym przez obcy dwór zdrajcą Ojczyzny.

Nasi przodkowie doznali momentu przebudzenia, gdy nagle polskość stała się dla nich ważniejsza od rosyjskich rubli. Co prawda naiwnie wierzyli, że Prusy są po ich stronie (przedstawiciel Prus intensywnie tę wiarę podsycał aż do drugiego rozbioru).

Czy nas dziś stać na przebudzenie i zauważenie, że niemiecka obecność gospodarcza w Polsce działa na pewno na korzyść Niemiec – naszą niekoniecznie.

 

* Mapa zawiera jedną informację nieaktualną: Media Regionalne i Polskapresse zostały zmuszone przez UOKiK do sprzedaży Dziennika Wschodniego – gazety wydawanej na terenie woj. lubelskiego. Ta decyzja to listek figowy, którym UOKiK zakrywa fakt, że dopuścił do stworzenia monopolu na rynku prasy regionalnej. Niemiecki koncern Polskapresse ma tej chwili 95% prasy regionalnej w naszym kraju.

W kryzysie kapitał wraca na swój bazowy rynek

zielonawyspa

Czy w Polsce żyje się dobrze? Zależy jaki punkt odniesienia przyjmiemy. Z punktu widzenia mieszkańca afrykańskiego Czadu, w którym codziennym problemem jest zdobycie wody i jedzenia, Polska jest krajem dobrobytu. Z kolei jeżeli porównamy się do naszego bezpośredniego, zachodniego sąsiada jesteśmy krajem biednym, w którym marnuje się wiele ludzkiej energii poprzez biedę, bezrobocie i coraz gorszy system edukacji. Jestem daleki od fatalizmu i uważam, że w Polsce jest dobrze. Jednak wyznaję zasadę, że kto stoi w miejscu ten się cofa i dlatego za naturalne uznaję dążenie do poprawiania bytu ekonomicznego obywateli Rzeczypospolitej.

Jednym z kierunków wzrostu dobrobytu może być kształtowanie się wśród Polaków postawy patriotyzmu gospodarczego i konsumenckiego. Patriotyzm gospodarczy to odpowiednia polityka państwa sprzyjająca przedsiębiorstwom z rodzimym kapitałem. Mimo wielu wiążących umów międzynarodowych, szczególnie w Unii Europejskiej, jest to możliwe. Wiedzą o tym przedsiębiorcy w Niemczech, których rząd aktywnie wspiera „swoich”. Polscy przedsiębiorcy nie bardzo mogą liczyć na poparcie swoich władz. Może to zmieni się. Niebagatelna w tym rola mediów, które swoją narracją mogą ukierunkować zmiany społeczne i gospodarcze.

Ostatnio z dużą satysfakcją zauważyłem, że temat patriotyzmu gospodarczego wreszcie zaczął być dostrzegany przez polskich dziennikarzy. W Dzienniku Gazecie Prawnej możemy zobaczyć w tytule: „Ciemna strona polskiej gospodarki: Obce koncerny miały w 2013 roku 16,1 mld euro dochodu”. Autor przytacza opinię:

„Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ, mówi, że duże wypłaty dla zagranicy nie powinny dziwić przy takim stanie gospodarki, w jakim była ona w ubiegłym roku. – W czasie spowolnienia mało kto inwestuje. Poza tym ostatni kryzys dość wyraźnie pokazał, że kapitał ma jakiś paszport i wraca na swój bazowy rynek, gdy dzieje się na nim źle – dodaje ekonomista”.

Po latach lansowania tezy, że kapitał nie ma ojczyzny polscy ekonomiści zaczynają więc mówić do rzeczy. Dla ścisłości dodajmy, że kapitał z BGŻ wraca na rynek holenderski, ponieważ tam mieści się siedziba Rabobanku, który jest właścicielem BGŻ.

W miesięczniku UważamRze pojawił się artykuł „Problem krajowy brutto”, w którym autor przedstawia w przystępny sposób różnicę między wskaźnikami: produkt narodowy brutto i produkt krajowy brutto. Ten drugi został w Polsce wprowadzony w 1990 roku. Jak zauważa autor zysk niemieckiej firmy operującej w Polsce (np.: Lidla) zwiększa PKB, ale nie zwiększa PNB. Kiedy zatem cieszymy się ze wzrostu polskiego PKB (i np.: nazywamy Polskę „zieloną wyspą”) pamiętajmy, że istotna część tego PKB to zyski i dochody zagranicznych koncernów, które nie przyczyniają się do wzrostu zamożności Polaków.

Takie publikacje w mediach można poczytywać za oznakę dobrych zmian, ale te zmiany nie odbędą się same. Potrzebne są zorganizowane działania zarówno odgórne (rządowe/parlamentarne) jak i oddolne. Jeżeli nam Polakom nie będzie zależało, żeby nasze rodzime firmy wzrastały to ani UE, ani Opatrzność za nas tego nie zrobią.

Wóz Drzymały znowu potrzebny

newspapers2

Serwis branżowy Press podaje informację o propozycji złożonej przez Polskapresse lokalnym tygodnikom w województwie kujawsko-pomorskim (podajemy za portalem biznes.pl).

Jak wygląda sytuacja na polskim rynku prasowym?

Źródło infografiki: PRESS.PL

Źródło infografiki: PRESS.PL

Na regionalnym i lokalnym rynku prasowym w Polsce dominuje  kapitał niemiecki. Do jednego niemieckiego koncernu (Verlagsgruppe Passau) należy dziś 95% sprzedawanych egzemplarzy gazet regionalnych. W Polsce koncern działa pod nazwą Polskapresse – ta spółka córka miała dotychczas dzienniki w połowie kraju (Polska Dziennik Zachodni, Polska Dziennik Bałtycki i pozostałe, których nazwy zaczynają się od „Polska…”). Po transakcji w roku 2013 Polskapresse przejęła również dzienniki regionalne z drugiej połowy Polski (m. in. Gazetę Pomorską, Echo Dnia, Głos – Dziennik Pomorza, Nowiny).

Kapitał zagraniczny: szkodzi i pomaga?

Do oceny tej sytuacji, którą mamy w Polsce użyjemy tez sformułowanych przez ekonomistę niemieckiego Heinera Flassbecka (cytat z portalu Forsal.pl):
” … kompetencji w temacie międzynarodowych przepływów kapitału odmówić mu nie sposób. Dość powiedzieć, że w latach 2003–2012 Niemiec był głównym ekonomistą UNCTAD, czyli Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju – wspomnianej już agencji ONZ, która z bliska przygląda się tematyce inwestycji zagranicznych. – W kręgach politycznych, a czasem nawet wśród ekonomistów dominuje naiwne przekonanie, że inwestycje zagraniczne to gra, w której obie strony wygrywają. Rzeczywistość jest niestety dużo bardziej skomplikowana – mówi nam Flassbeck. Działa to mniej więcej tak. Do kraju o niższym poziomie rozwoju wchodzi z nową inwestycją kapitał zagraniczny. On już na dzień dobry dysponuje dużo lepszą (przywiezioną ze sobą) technologią, a co za tym idzie produktywnością rodem wręcz z innej planety. Uzupełnia to jeszcze tanią siłą roboczą kraju przyjmującego i staje się graczem wręcz nie do pobicia. W starciu z takim rywalem większość lokalnych konkurentów jest bezradna. A to nie koniec przewag inwestora zagranicznego. Większość z nich stosuje bowiem tzw. ceny transferowe. Czyli preferencyjny sposób księgowania kosztów pomiędzy rozsianymi po świecie spółkami córkami jednej globalnej firmy. Takie ceny transferowe mają decydujący wpływ na konkurencyjność międzynarodowej grupy wobec innych przedsiębiorstw działających lokalnie. Bywa, że firma zagraniczna omija z ich pomocą zobowiązania wobec lokalnego fiskusa. W praktyce więc duże zachodnie korporacje nie mają zazwyczaj najmniejszych problemów, by w krótkim czasie uzyskać dominującą pozycję na najbardziej intratnych rynkach państw o słabszym potencjale ekonomicznym.”

Niemiecki ekonomista ujawnia nam wiedzę, której, mam wrażenie, bardzo boją się ekonomiści polscy, którym kapitał zagraniczny jawi się jako manna z nieba i jest używany często jako wskaźnik rozwoju kraju. Tymczasem może szkodzić, szczególnie w sytuacji, gdy uzyskuje przewagę monopolisty. Pamiętajmy, że Polskapresse to nie tylko wydawca prasowy, ale też właściciel wielu portali w tym Gratka.pl, naszemiasto.pl a po przejęciu Mediów Regionalnych również sieci portali Moje Miasto. Daje to mu możliwość ekspansji zarówno w przejmowaniu czytelników, jak i reklamodawców.

 

Atak na ostatni bastion

To, o czym mówi Flassbeck, już zadziało się w Polsce na rynku gazet regionalnych. Polskapresse najwyraźniej jednak chce „dorżnąć” watahę i przejąć również tygodniki lokalne – ostatni bastion polskiej prasy w Polsce powiatowej. Według relacji Press zaczęły się podchody do tego przejęcia:

„Tydzień temu menedżer „Gazety Pomorskiej” (należy do Mediów Regionalnych, które pod koniec października br. zostały przejęte przez Polskapresse) odwiedził Dominika Księskiego, prezesa Stowarzyszenia Gazet Lokalnych i właściciela tygodników „Pałuki” oraz „Pałuki i Ziemia Mogileńska” ukazujących się w województwie kujawsko-pomorskim. Menedżer zaproponował mu „współpracę kapitałową”. – Zapytałem, czy Polskapresse ma do sprzedania udziały. Odpowiedział, że chodzi o współpracę „w drugą stronę” – mówi Dominik Księski, który odrzucił propozycję. Uzasadniał, że modele biznesowe i redakcyjne obu wydawnictw zbyt się różnią, by współpraca mogła się udać. – Nie ukrywałem, że dalszy zanik konkurencyjności na rynku lokalnym będzie szkodliwy dla czytelników – dodaje Księski. Taką samą ofertę otrzymał Maciej Grzmiel, właściciel wydawnictwa Magraf wydającego w województwie pomorskim „Czas Chojnic” i „Tygodnik Człuchowski” oraz w województwie kujawsko-pomorskim „Tygodnik Tucholski”. – Nie jestem zainteresowany współpracą kapitałową z Polskapresse. Już cztery lata temu Polskapresse proponowała mi kupno moich tytułów, ale odmówiłem – mówi Grzmiel. – Polskapresse jest zainteresowana monopolizacją rynku prasy lokalnej. Nie wiadomo tylko, czy rozmowy prowadzone przez koncern z lokalnymi wydawcami służą do wypracowania decyzji w sprawie przejęcia lokalnych tygodników, czy decyzja ta już została podjęta – mówi Dominik Księski.”

Jak widzimy póki co trafiła kosa na kamień a Dominik Księski zachował się jak Drzymała (ten od wozu, który jest symbolem oporu przeciwko germanizacji za zaborów) i oparł się niemieckiej ekspansji w sposób dość finezyjny. Co prawda z jego wypowiedzi wynika, że bardziej kieruje się motywem rzetelności dziennikarskiej (chęć zachowania pluralizmu mediów w regionie) niż patriotyzmem gospodarczym, ale faktem jest, że obie motywacje w zaistniałej sytuacji idą ramię w ramię i są korzystne dla konsumenta mediów w Polsce (z czego niestety przeciętny czytelnik rzadko zdaje sobie sprawę).

Wróćmy do artykułu na Forsal.pl, ponieważ znajdujemy tam kolejne wątki pozwalające na właściwą ocenę kapitału zagranicznego w kraju.

„Symptomatyczne jest również to, że takie procesy przechodzą zazwyczaj niezauważone. Dlaczego? Dosyć łatwo wyliczyć, ile pieniędzy inwestor zagraniczny przeznaczył na reinwestycje w danym kraju albo ile utrzymuje tam miejsc pracy (w Polsce to ok. 1,5 mln stanowisk). Trudniej natomiast przedstawić wiarygodne wyliczenia na temat utraconych szans biznesowych lokalnych przedsiębiorstw związanych z pojawieniem się potężnego zagranicznego konkurenta, który pożarł im rynek.”

Ostatnią polską konkurencję wobec zagranicznego kapitału stanowią jeszcze tygodniki lokalne  i dwa dzienniki: Kurier Szczeciński i Super Nowości wychodzące w Rzeszowie. Oprócz Polskapresse rynek ten opanowały inne niemieckie firmy wykupując Gazetę Olsztyńską, Express Bydgoski i Nowości (Toruń).  Wielcy gracze zza Odry mając do dyspozycji dużo większą machinę marketingową i biznesową, przygotowują się teraz na rozdrobnionych, lokalnych wydawców.

A jak to się dzieje, że mają  tak wielki udział w rynku? Owo pożeranie rynku przez zagraniczne koncerny odbywa się poprzez codzienne decyzje zakupowe tysięcy polskich czytelników, którzy bardzo często kupując lokalną gazetę kierują się patriotyzmem. Uważają, że to ich lokalna/regionalna gazeta, często kupowana już w kolejnym pokoleniu. W ostatecznym rachunku ogólna sytuacja na rynku zależy od tysięcy indywidualnych decyzji podejmowanych świadomie lub bezrefleksyjnie przez nas – konsumentów. Swoimi decyzjami konsumenckimi możemy więc sobie szkodzić – nawet w dobrej wierze – lub pomagać.

Słoń a sprawa Polska, czyli PR naszych przodków

EvaCurie

Polska laureatka nagrody Nobla Maria Skłodowska-Curie podczas spotkania Międzynarodowego Komitetu Współpracy Intelektualnej Ligi Narodów w 1921 opowiedziała następujący dowcip:

W konkursie literackim na temat słonia Anglik przedstawił pracę: „Moje doświadczenia w polowaniu na słonie w Afryce Południowej”, Francuz napisał esej na temat: „Seksualne i erotyczne życie słoni”, a tytuł opowiadania Polaka – „Słoń a Polska Niezależność Narodowa”.

Czy dziś jeszcze czujemy pointę tego żartu? Wynika ona z tego, że Polacy pod koniec XIX i na początku XX wieku wiele swoich działań podporządkowywali odzyskaniu niepodległości, a gdy to już się udało, budowaniu dobrobytu odrodzonej Ojczyzny. Nie mieli oporów, żeby w każdej sytuacji domagać się godnego miejsca w społeczności międzynarodowej. Mówiąc współczesnym językiem: nie mieli kompleksów.

Przykładem takiego pozbawionego kompleksów prezentowania walorów Polski jest film dokumentalny polsko-amerykańskiej produkcji, w którym Ewa Curie opowiada o Ojczyźnie swojej matki. Warto obejrzeć również dlatego, żeby zobaczyć jak wyglądały polskie miasta przed wojną.

Polecam:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=vVKtUw8vuU8#!

Polskie wódki w rękach rosyjskiego kapitału

zobr2

Zagadka? Wolisz rosyjską wódkę czy Żubrówkę? Odpowiedź nie ma znaczenia, bo w obu przypadkach wybierasz rosyjską wódkę. Polmos Białystok a z nim marki Żubrówka, Bols i Soplica już od lat nie są w polskich rękach, ale w obecnie (maj 2013) przechodzi w ręce rosyjskiego koncernu Russian Standard Corporation.

Jest to porażka tyleż biznesowa co prestiżowa. Można powiedzieć, że właśnie przegrywamy wieloletnią (wielowiekową?) konkurencję o palmę pierwszeństwa w produkcji tej klasy alkoholi. Z rosyjskim biznesem jest taki problem, że jest on podporządkowany mafijno-politycznemu układowi. A ten polityczno-mafijny układ na pewno nie będzie pozwalał na rynkowy sukces polskiej wódki.

Cóż… zna ktoś jeszcze jakieś marki wódek, które pozostały w ręku polskiego kapitału, bo już nawet upić się na smutno nie wiem czym.

Google nie płaciło podatków w W. Brytanii – co to znaczy dla nas?

doodle

Press.pl: „Barney Jones, były dyrektor brytyjskiego oddziału Google, oskarżył swojego dawnego pracodawcę o to, że zyski wygenerowane w Wielkiej Brytanii przepuszcza przez oddziały w Irlandii, a następnie przelewa do raju podatkowego na Bermudach.”

Co taka informacja znaczy dla Polski? Bardzo dużo, bo po raz kolejny potwierdza, że obecność zagranicznych koncernów na polskim rynku nie jest zbyt korzystna. Od roku 1989 zagraniczne inwestycje to był termin, który utożsamialiśmy z rozwiązaniem wszystkich problemów. Zagranicznych inwestor miał znaczyć lepsze technologie, utrzymanie miejsc pracy, rozwój gospodarki. Rzeczywistość weryfikuje te oczekiwania. Utrzymanie miejsc pracy tylko na jakiś czas, lepsze technologie czasami tak, czasami nie. Bardzo często chodziło tylko o to, żeby wejść na nasz rynek z produktem z rodzimego kraju koncernu usuwając polską konkurencję. W przypadku rynku chemii gospodarczej dziś wiemy, że niemieckim firmom chodziło o zalanie polskiego rynku proszkami i płynami, które chociaż nazywają się tak samo jak niemieckie odpowiedniki, są dużo gorszej jakości. Dlatego tak wielu konsumentów albo kupuje na bazarach oryginalną chemię sprowadzaną z Niemiec, albo odkrywa na nowo polskie produkty firm, które pozostały w polskich rękach i jednocześnie dużo lepiej dbają od jakość (np.: Biały Jeleń).

Zagraniczne koncerny na rynku to przede wszystkim unikanie podatków (efekt „jazdy na gapę” jak nazywają to ekonomiści). Te wielkie firmy korzystając z infrastruktury, do której dorzucają się podatnicy w Polsce (drogi, Policja, infrastruktura komunikacyjna, utrzymanie zieleni) stosują mnóstwo trików, które pozwalają im wyprowadzać dochody bez opodatkowania albo do firm matek w rodzimych krajach, albo do rajów podatkowych. I tak na przykład zagraniczna firma kurierska działająca w Polsce płaci mniej na utrzymanie dróg w naszym kraju niż Jan Kowalski, który po tych drogach jeździ mniej.

Zagraniczni inwestorzy czasami czują trend rodzącego się w Polsce patriotyzmu gospodarczego i szczególnie mocno podkreślają, jakimi są polskimi patriotami. Temu służą wykupione znaki Teraz Polska wiszące na sklepach niemieckiej sieci Lidl, czy kampania „My Polacy tak mamy…” w należącej do portugalskiej rodziny sieci Biedronka. Jest w tym drugie dno, bo nawet jeżeli w tych sieciach są polskie produkty, to czy dostawcy polscy nie muszą bardziej ustępować, żeby umieścić swoje produkty niż dostawcy z rodzimego kraju sieci? Nie istniejąca już na naszym rynku sieć hipermarketów reklamowała się kiedyś hasłem „30% produktów polskich”. Pytanie, ile procent obrotów tej sieci (w PLN) stanowiło te 30% polskich produktów i ile z tego mieli dostawcy?

Czasami zagraniczne inwestycje są wprost działaniem wrogim. Tak było w przypadku wielu polskich browarów, które kupiono tylko po to, żeby je zamknąć. Tak obecnie jest z próbą przejęcia największych zakładów chemicznych w Polsce przez spółki rosyjskie. W tym drugim przypadku chodzi o uzależnienie polskiej gospodarki od dostaw gazu z Rosji oraz przejęcie kilku ciekawych patentów.

Czy można coś z tym zrobić? Po pierwsze musimy wymagać od rządzących, żeby chcieli i umieli walczyć z wykorzystywaniem nas przez koncerny. I rozliczać ich z tego przy urnach wyborczych. A między wyborami możemy sami kierować się na zakupach patriotyzmem konsumenckim wybierając produkty i usługi firm z polskim kapitałem.

P.S. Według badania Megapanel serwisy Grupy Google są od wielu lat liderem w Polsce pod względem liczby odwiedzających jej osób.

Polskie drogi bez polskich wykonawców

droga

Do przetargów na budowę dróg w naszym kraju coraz rzadziej stają firmy z polskim kapitałem, informuje Rzeczpospolita. Niektóre upadły, inne walczą o przetrwanie, a te drugie mają problem z pozyskaniem kapitału. To oznacza, że o ile dotąd na 10 euro dotacji z UE 7 euro wypływało z Polski w postaci kontraktów dla firm zagraniczny, teraz ten wskaźnik przesunie się jeszcze bardziej w kierunku dla polskiej gospodarki niekorzystnym. Takie zjawisko źle wróży na przyszłość, ponieważ nie wystarczy wybudować drogę, żeby wygodnie po niej jeździć. Drogę należy jeszcze utrzymać, a na to potrzebne są podatki od polskich podmiotów gospodarczych. Kiedy drogę buduje firma z zagranicy spora część podatków odpływa do innego kraju a my możemy cieszyć się drogą tylko tak długo, dopóki nie zacznie się ona rozpadać.

Kiedy mowa o pozyskiwaniu kapitału, nie sposób pominąć roli banków. Czy taki biznes jak budowanie dotowanych z UE dróg może być opłacalny? Może, skoro firmy zachodnie (które chyba są droższe) chcą u nas budować. Dlaczego więc banki nie mogą uruchomić linii kredytowych dla polskich firm, według takich kryteriów, które wymuszą właściwe gospodarowanie?

Nie wiem tego na pewno, ale może problem wynika z tego, że 80% kapitału banków działających w Polsce należy do właścicieli zagranicznych, a tym nie zależy na tym, żeby polskie firmy budowały drogi w Polsce i być może zależy im na tym, żeby robiły to firmy z ich krajów.

Zabetonowany rynek prasy regionalnej w Polsce

mapa1

W marcu 2013 dokonała się fuzja prasy regionalnej w Polsce. Należąca do do niemieckiej Verlagsgruppe Passau spółka córka Polskapresse kupiła 100% udziałów w Mediach Regionalnych (dotychczas należących do brytyjskiego Mecomu). W ten sposób powstaje koncern, który skupi prawie całą prasę regionalną oraz około setki portali lokalnych w jednym ręku. W ten sposób rynek prasy regionalnej został praktycznie zabetonowany niemieckim betonem. W komentarzach na temat tej transakcji możemy znaleźć wiele informacji o biznesowej stronie, czyli o nowych możliwościach, które zyskuje Polskapresse i idealnym uzupełnianiu się dwóch dotąd odrębnych organizmów. Komentarze te taktownie utrzymywane są w ramach przekonania, że „kapitał nie ma ojczyzny”.

Kapitał może i ojczyzny nie ma, ale właściciele kapitału już tak. A właściciele Polskapresse są Niemcami i ten fakt należy rozważyć. W tej chwili o tym co pisze się o Polsce wojewódzkiej i powiatowej będzie decydował w całości ktoś w Niemczech. Nie będzie oczywiście jawnych instrukcji ani zaleceń. Istnieje jednak w pracy dziennikarzy coś jak autocenzura. Ilu z nich zawaha się, gdy trzeba będzie drążyć sprawę uchybień w zakładzie należącym do jakiegoś niemieckiego koncernu?

Ile z nich będzie bało się chwalić niemieckosceptycznych polityków polskich lub ilu zacznie na wszelki wypadek promować polityków niemieckoentuzjastycznych? Pamiętajmy, że obecnie samorządy mają bardzo duże znaczenie w organizacji życia i gospodarki. Rozdzielają duże środki unijne, wyłaniają wykonawców dużych kontraktów. Do tych przetargów bardzo często przystępują firmy z Niemiec. Niemieckie prawo skarbowe pozwala odpisać od podatku duże kwoty wydane na tzw. fundusz reprezentacyjny o ile zostały wydane za granicą (w praktyce chodzi o dane za granicą łapówki). Pracy naszych samorządów głównie przyglądają się gazety regionalne, które obecnie należą do niemieckiego koncernu.

Sama obecność obcych koncernów w naszej gospodarce nie przeszkadza mi. Wprowadzają element rywalizacji, który służy potem konsumentom, w przypadku gazet: czytelnikom. W przypadku mediów, które pełnią rolę IV władzy służy to również wszystkim obywatelom, czyli również tym nieczytającym. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z powstaniem monopolu na rynku gazet regionalnych. A monopole nie służą poprawie jakości usług, wręcz przeciwnie. Monopole zawyżają ceny i obniżają jakość usług. Dlatego czułbym się dużo lepiej, gdyby w Polsce na poziomie wojewódzkim i powiatowym obok Polskapresse działały też rodzime media o tym samym zasięgu. A takich nie ma lub są bardzo niszowe. Tam gdzie jednak powstają dużo zależy od nas, zwykłych ludzi, bo to my wybieramy po jakie medium sięgniemy.

 

Patriotyzm gospodarczy jest na czasie

Fiat

Co jest problemem polskiej gospodarki?  Jest ich wiele, ale podstawowy sprowadza się do tego, że bardzo mało w niej… polskiej gospodarki. Od początku lat 90. rządzący z ochotą rzucili się do prywatyzowania gospodarki, która dotychczas była państwowa. W większości przypadków miało to uzasadnienie ekonomiczne, ponieważ przedsiębiorstwa ponosiły straty, były źle zarządzane i produkowały niekonkurencyjne produkty. Niestety proces ten został tak bardzo pozostawiony sam sobie, że doszło tu do wielu niekorzystnych dla budżetu Polski zjawisk, a niekiedy nawet oszustw.

Przede wszystkim sprzedawano za tanio (nie uwzględniając lub niedoszacowując takich walorów, jak cena marki – co w przypadku na przykład Wedla na pewno oznacza stratę liczoną w mln zł). W przypadku PZU dopiero zmiana rządu doprowadziło do cofnięcia bardzo niekorzystnej dla Polski prywatyzacji. Nie obyło się to bez wysokich kosztów. Trudno też zrozumieć działania obecnego rządu, który w najgorszym momencie sprzedaje przedsiębiorstwa, które przynoszą zyski!

Po drugie sprzedawano pochopnie firmy kluczowe dla gospodarki, jak chociażby banki, co spowodowało, że jesteśmy pod względem finansowym kolonią, gdyż zaledwie 15% bankowości (liczonej zasobami finansowymi banków) pozostało już w rękach rodzimego kapitału. A w bankowości nie ma sentymentów. Gdy w czasie kryzysu włoski UniCredit miał kłopoty ratował się wydrenowaniem PeKaO S.A., którego jest właścicielem. Poza tym skąd mamy pewność, że zagraniczne banki nie faworyzują, na przykład za pomocą polityki kredytowej, firm ze swojego kraju? Przesłanką do postawienia takiego pytania jest historia fabryki makaronów Malma.

Po trzecie często prywatyzowano nie prywatyzując. Telekomunikacja Polska oraz sieć Idea zostały sprzedane państwowej (francuskiej) spółce France Telekom (właściciel marki Orange). Dlaczego Francuzi swoje telekomy utrzymują w formie firm państwowych, a my musieliśmy je „sprywatyzować”? Nie ma to chyba uzasadnienia biznesowego, bo przecież sieci komórkowe w Polsce rozwijały się razem ze ścisłą czołówką europejską. Nie mieliśmy tu zaszłości, weszliśmy razem z innymi i byliśmy jednymi z najlepszych.

Z drugiej strony mamy do czynienia z szeregiem ulg podatkowych serwowanych zagranicznym koncernom w zamian za to, że raczą założyć u nas fabrykę. Dlaczego tych pieniędzy nie przeznacza się na wspieranie polskich przedsiębiorców, którzy często muszą potem walczyć z tymi zagranicznymi? Nie mówiąc o tym, że z ulg korzystają u nas zagraniczni inwestorzy z takich branż jak handel, gdzie nie powinno być w ogóle mowy o ulgach.

Chaotyczne prywatyzowanie i faworyzowanie „zagranicznych inwestorów” nie jest poparte rachunkiem ekonomicznym, nie mówiąc już o kosztach społecznych. Jest wyłącznie wynikiem politycznej ideologii. Jakaś wpływowa grupa ludzi w Polsce wierzy, że prywatyzowanie jest dobre dla gospodarki. Wierzą, że „przyciąganie zagranicznych inwestorów” jest dobre dla naszych (czy ich?) portfeli.

Nietrudno dopatrzyć się w tym przeświadczeniu jakiegoś cienia PRL-u. Wtedy „zachodni produkt” z automatu oznaczał „lepszy produkt”. Państwowe to było niczyje i źle zarządzane. Ale PRL skończył się ponad 20 lat temu. Czas chyba zacząć myśleć kategoriami tu i teraz. A współcześnie świat powraca do patriotyzmu gospodarczego. Odczuliśmy to na własnej skórze, gdy Fiat zabrał produkcję Pandy do Włoch.

Czy polscy pracownicy pracowali gorzej od włoskich? Wręcz przeciwnie. Prezes Fiata przyznał, że decyzja nie miała uzasadnienia ekonomicznego, tylko chodziło o to, żeby dawać pracę ludziom we Włoszech. Obecnie produkcję do własnego kraju przywracają  Ford i  Apple a amerykańska sieć Walmart zobowiązuje się, do kupowania określonego % towarów na amerykańskim rynku. Niektóre kraje po prostu nigdy nie przestały był patriotyczne gospodarczo (Francja, Niemcy, Skandynawia). Warto zauważyć, że cały czas mówimy o krajach, które są od nas bogatsze i do poziomu których ciągle staramy się dobić. Ile to już lat? Może po prostu do tej pory robiliśmy to źle?