Polski przedsiębiorca ma w Polsce trudniej od zagranicznego.

isuzu

Niedługi czas temu kilka mediów z radością doniosły o kolejnej dużej, zagranicznej inwestycji w Gdyni. Ma to być filia indyjskiego koncernu świadczącego usługi biznesowe. Docelowo ma zatrudniać 500 osób i już rekrutuje (w pierwszej kolejności księgowych). Bardzo ciekawy okazuje się motyw (jeden z motywów?) przyciągający inwestora do Polski.

„Wiceprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych Marek Łyżwa poinformował, że firma WNS otrzyma wsparcie rządowe w formie grantu gotówkowego. Dodał, że kwota, jaką otrzyma holding jest jeszcze tajemnicą, a odpowiednie porozumienie w tej sprawie podpisze z WNS Ministerstwo Gospodarki. Wiceprezes PAIiIZ dodał, że pomoc finansowa dla firm inwestujących w Polsce zależy głównie od wielkości zatrudnienia i waha się od tysiąca złotych do 20 tys. zł za jedno miejsce pracy” (za: Interia).

Krótko mówiąc rząd polski dopłaca do inwestycji, których celem jest wypracowanie zysku i wyprowadzenie go do kraju macierzystego. Nasuwa się pytanie czy polska firma, która chciałaby założyć w Gdyni konkurencyjne dla WNS centrum usług biznesowych też mogłoby liczyć przynajmniej na tej samej wielkości grant finansowy?

Oczywiście można powiedzieć, że granty dla inwestorów zagranicznych rozdają też inne państwa w Europie Środkowej (np.: Słowacja). Jest to ten typ odpowiedzi, który opiera się na założeniu, że należy zawsze przyłączać się do pędzącego stada. A jeżeli stado biegnie w stronę przepaści? Myślę, że jednak strategia inkubowania własnych start-upów jest lepszą od przyciągania (a to przyciąganie kosztuje) inwestycji zagranicznych.

Comments are closed.