Na ile się otworzyć?

telefon

W historii było kilka państw, które dążyły do samowystarczalności gospodarczej. Dążenia te na przykład w ZSRR okazały się zgubną utopią. Dlatego kiedy twierdzę, że patriotyzm ekonomiczny jest czymś potrzebnym, czymś co może przyczyniać się do poprawy naszego życia, nie zachęcam do polityki samowystarczalności. Ważne jest natomiast uchwycenie złotego środka między otwartością a samowystarczalnością.

Otwartość jest potrzebna każdemu społeczeństwu jednak otwartość totalna może prowadzić tylko do skutków negatywnych. Otwartość jakiejś społeczności w stosunku do świata można porównać do otwierania okien w domu: czasami trzeba je otworzyć, żeby wprowadzić ożywcze powietrze, zoptymalizować temperaturę, ale zwykle zamykamy okna przy dużej ulewie, huraganie czy śnieżycy. Dobrym przykładem zrównoważonego otwierania się na inne kultury była XIX-wieczna Japonia, która zmuszona przez U.S.A. do otwarcia portów utrzymała swoją tożsamość kulturową i potrafiła „ugiąć się aby zwyciężyć” (termin dotyczy japońskich sztuk walki). Przejęła tylko to co uznała dla siebie za korzystne.

Sytuacja społeczeństwa polskiego obecnie ma pewne podobieństwa do XIX-wiecznej Japonii. Też po latach izolacji od świata zachodniego zostaliśmy gwałtownie otwarci. Odnoszę jednak wrażenie, że nie umiemy do końca oddzielać ziarna od plew. Zafascynowaliśmy się produkcją z państw zachodnich nawet, gdy polskie firmy produkują lepsze lub równie dobre produkty (na PatriotyzmEkonomiczny.pl omawialiśmy te zjawiska na przykładzie sektora bankowego, rynku piwa czy rynku spożywczego). Sprzedaliśmy kapitałowi zagranicznemu tak kluczowe branże jak bankowość i telekomunikacja. Warto zauważyć, że polskie sieci komórkowe (ERA, IDEA, PLUS) rozwijały się równie szybko i efektywnie jak ich zachodni konkurenci nie było więc mowy o potrzebie sprzedaży w celu unowocześnienia ich. Warto zauważyć, że  Telekomunikację Polską i sieć Idea sprzedano narodowemu operatorowi francuskiemu, więc nie ma tu mowy o prywatyzacji (własność prywatna jest rzekomo lepsza od państwowej).

Kiedy sprzedawano TP S.A. robiono tej firmie czarny PR próbując przekonać społeczeństwo polskie, że tylko sprzedaż może uleczyć ten rynek. Chyba nie uleczyła skoro Polacy najwięcej w Europie płacą za dostęp do Internetu i jednocześnie jesteśmy w ogonie pod względem udziału osób, które w ogóle z niego korzystają. Również w przypadku prywatyzacji warszawskiego Stoena często pojawiły się głosy, że zamiana monopolu państwowego na prywatny to zły pomysł (na transakcji suchej nitki nie zostawił NIK wykazując wiele nieprawidłowości już w samym pomyśle sprzedaży przedsiębiorstwa).

Podobny zabieg próbuje się obecnie uskutecznić w odniesieniu do Poczty Polskiej. Zaczyna się o czarnego PR, który jest uzasadniony, bo nie jest to idealna firma. Należy jednak pamiętać, że wadliwe funkcjonowanie Poczty Polskiej nie wynika z tego, że jest ona polska tylko z tego, że jest monopolistą. Tymczasem mamy na rynku polskim konkurenta prywatnego (z polskim kapitałem), któremu ogranicza się swobodę gospodarczą poprzez monopolistyczne uprawnienia dla państwowego molocha (przesyłki do 50g). W ten sposób, gdy rynek usług pocztowych zostanie otwarty dla koncernów z UE ani Poczta Polska ani InPost nie będą na tyle silne, żeby obronić przed nimi rynek polski.

A czy warto bronić? Oczywiście tak! Państwo, żeby sprawnie funkcjonować  potrzebuje pieniędzy z podatków. Gdy większość kluczowych i najbardziej dochodowych sektorów będzie w rękach zagranicznych koncernów to podatki i zyski będą płynęły do Niemiec, Francji, Holandii, Włoch, U.S.A, Rosji itd. Każdy wysłany przez nas list to będzie jakaś kwota, którą wspomożemy państwo niemieckie (jeżeli nasz rynek zdominuje niemiecki operator pocztowy), tak jak obecnie z każdą wygadaną minutą w TP S.A. i Orange wspieramy państwo francuskie.

 

Comments are closed.